Czy Warszawa jest swojska? Pytanie: co to znaczy „swojski”? Swojski to taki, który jest oswojony. To taki, który jest nam przyjazny. To środowisko, w którym czujemy się pewnie, czujemy się u siebie. To miejsca, ludzie i sytuacje, które sprawiają, że mamy o sobie samym – o sobie samej – dobre mniemanie. Coś, co jest swojskie, jest znane. Coś, co jest swojskie, wchodzi zakres naszego doświadczenia. Pierre Bourdieu, francuski socjolog, nazywał to „habitusem”. Gdy mamy nasz ustalony habitus, budzimy się rano w poczuciu, że jesteśmy u siebie i wykonujemy wszystkie kolejne gesty tak, jak na co dzień i wydaje nam się że są one właściwe – możemy powiedzieć, że jesteśmy w miejscu swojskim. Czy miasto jest terenem terytorium swojskim? To zależy oczywiście od osoby, o której mówimy. Miasta od samego swojego początku były terytoriami ograniczonymi, niejako zamkniętymi, które przyjmowały obcych. Ale właśnie obcymi ich zarazem czyniły. Przychodzień, przybysz do miasta – niektórzy mówią nawet o „nachodźcach” – przychodzień do miasta czuł się w nim początkowo prawdopodobnie obco. Prawie zawsze dawano mu nawet do zrozumienia, że jest obcym, że jest przybłędą, że jest tylko tolerowany, że znajduje się tutaj tylko na łasce prawdziwych mieszkańców miasta. Po czym na ogół starał się robić wszystko, żeby sam tego rodzaju miejską osobowość uzyskać. Na ogół też następnym przychodźcom pokazywał, że oni są obcymi. To jest pewien mechanizm rozwijania się miast, w sumie banalny, znany pod każdą szerokością geograficzną i w Warszawie także od samego początku występujący.
Ci, którzy do Warszawy przyszli, którzy Warszawę założyli – zasadźca i ludzie którzy tutaj się w średniowieczu umówili, żeby mieszkać i podzielili między siebie terytorium, wyznaczając działki, okupując te działki, budując sobie domy, stając się stopniowo miejskim patrycjatem, czyli taką najbardziej uprzywilejowaną warstwą – oni wszyscy przez długi czas czuli się na Mazowszu obco. Świadectwa archeologiczne tego to chociażby Warszawska wczesna ceramika, garnki wykonywane w Warszawie mniej więcej przez 100 lat od jej zasadzenia, założenia, były zupełnie inne niż te, którymi się posługiwali mieszkańcy okolicy, czyli Mazowsza i zupełnie inny nawet niż na zamku książęcym, który znajdował się obok miasta. Mieszkańcy Warszawy byli obcymi na Mazowszu. W swoim trzonie, w swojej kulturze, natomiast stopniowo oni się poczuli swojsko w mieście, które zbudowali – w jego murach. Poczuli się na tyle swojsko, że dominowali nad tymi, którzy do miasta próbowali się sprowadzić. Żeby się w okresie nowożytnym do Warszawy sprowadzić i stać się jej obywatelem, mieszczaninem warszawskim, trzeba było mieć sporą sumę pieniędzy, ponieważ należało sobie kupić nieruchomości w mieście, co dawało człowiekowi status prawdziwego mieszkańca miasta. Ci, którzy w mieście nie mieli żadnego majątku, byli w zasadzie w nim tylko tolerowani – mogli pracować dla tych, którzy byli miejskim trzonem kultury. Czyli mieszczaństwem, jego elitą, czyli patrycjatem. Oni się czuli w mieście swojsko. To im zapewniało istnienie rady i ławy miejskiej, czyli instytucji, do których należeli, w których mieli głos. Instytucji, które miały prawo ukarać mieszkańców miasta. Miały prawo wypędzić mieszkańców miasta. Miały prawo nakładać na nich różne zobowiązania finansowe. Ci ludzie w Warszawie czuli się swojsko, czuli się u siebie. Ale Warszawa w przeciągu swojej historii się zmieniała i stała się stopniowo czymś zupełnie innym, niż była początkowo. Czyli nie miastem kupieckim i rzemieślniczym, wydzielonym jak gdyby z przestrzeni, tylko stolicą Rzeczypospolitej. Czyli stolicą szlachty Polski, która w mieście czuła się obco, dla której miasta nie były naturalnym żywiołem ponieważ szlachta oczywiście żyła na wsi. I tutaj nie trzeba przywoływać Mikołaja Reja i Kochanowskiego, żeby pokazać ten wizerunek prawdziwego, poczciwego człowieka, który mieszka w dworku pośród swoich wsi, w swoim folwarku i tam pędzi szczęśliwy żywot. To nie jest...