Po czterech dniach od przylotu do Australii nie mogę sobie poradzić z jetlagiem. Mój biologiczny zegar uparcie trzyma się europejskiej strefy czasowej i śpię tu po 2-3 godziny na dobę. Podobno każda godzina zmiany czasu wymaga jednego dnia na adaptację. Jeśli to prawda, to czeka mnie koszmarny tydzień, bo różnica między Wrocławiem a Darwin to siedem i pół godziny!
Ale za to poranki są fantastyczne! Zmienia się też codziennie krajobraz, który obecnie przypomina mi nieco moje wojaże po Senegalu.
Zapraszam Was na kolejny odcinek Dziennika Wyprawy "Rowerem po Australii"