
Sign up to save your podcasts
Or


Od cyklu do cyklu, od wizyty do wizyty – tak zwykle mija nam czas podczas starań. Nim się obejrzymy, niepłodność wedrze się do każdej sfery naszego życia i pozbawi nas wszelkich przyjemności. Jak to zatrzymać? Usiądź, weź kartkę i długopis i zacznij rysować chmurki. Po co? Posłuchaj tego podcastu, wszystko wyjaśnimy. Dowiedz się, czym jest „projekt żyćko”.
Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko.
Ania: Witamy się z wami serdecznie w nowym podcaście. Dzisiaj mamy wtorek.
Z.: Co to jest „projekt żyćko”? Ania, powiedz nam. Kto to wymyślił, o co tu chodzi? Jak o tym mówimy, to co mamy na myśli? Jakiś projekt będzie, robimy coś?
Z.: Było to okupione zresztą morzem wątpliwości: czy powinnam, czy mogę wydać na to kasę, czy te pieniądze nie powinny pójść na kolejny cykl, czy to jest tego warte, bo przecież wiadomo, że jak tam pojadę, to będę jeść pizzę i pić Aperol, więc czy mogę sobie na to pozwolić, skoro się staram. I w końcu, dzięki Bogu, podjęłam decyzję, że z nimi jadę. Wycieczka oczywiście była bardzo udana, co prawda był to tylko weekend, ale mimo wszystko pamiętam, że bardzo naładował moje akumulatory.
I wyobraźcie sobie taką sytuację (to właśnie wtedy w mojej głowie powstał zamysł „projektu żyćko”): schodziłyśmy z placu Michała Anioła i stał tam taki gość, który puszczał ogromne bańki mydlane. Było ich bardzo dużo, jak w jakiejś reklamie, to wyglądało tak, że czułam się oderwana od rzeczywistości. Pamiętam, że nagrywałyśmy filmy, jak takie szczęśliwe skaczemy w tych bańkach. Był ciepły zachód słońca – było po prostu cudownie. Wzruszyło mnie bardzo to, że coś takiego mogło mi uciec sprzed nosa, gdybym tylko chciała pozostać w tym moim świecie oczekiwania, takiego smutnego albo w ciągłym napięciu.
I wtedy otworzyła się w mojej głowie furtka: Boże, maluchu (pamiętam, że tak zwracałam się wtedy do tego dziecka), bardzo chcę być twoją mamą, ale chcę oczekiwać tak szczęśliwie. To, że teraz jadę na tę wycieczkę, nie oznacza, że ciebie nie chcę. Dotarło wtedy do mnie, że bardzo bym nie chciała, aby niepłodność zabierała mi takie chwile. To był po prostu superwyjazd. I to właśnie tam, na tym placu, w tych bańkach mydlanych zdałam sobie z sprawę, że to „żyćko” może mi uciec. Pamiętam, jak dodawałam Instastories z muzyczką, bardzo chciałam wam to przekazać. Jezu, jak to było dawno!
Z.: Oglądałam filmy z tego wyjazdu i uświadomiłam sobie, że tam było tak super… Naprawdę bardzo się wzruszałam, Dudek też. Jak dodawałam te filmiki, to zdałam sobie sprawę z tego, ile wspaniałych rzeczy wydarzyło się przez ostatnie trzy dni, a na co być może bym się zamknęła. Wtedy nazwałam to roboczo „projektem żyćko” i ta nazwa przetrwała do dzisiaj. Pod tym hasłem chcemy wam właśnie przemycić to, aby wyrywać tej niepłodności takie małe chwile, choć to bardzo trudne. Dla mnie to akurat była ta wycieczka do Florencji, a u was to może być milion różnych rzeczy. I właśnie chcemy z Anią, żebyście to zauważyli w swoim życiu.
A.: Ale po pewnym czasie przychodzi taka refleksja, ile człowiek może przeć do przodu tylko w tym jednym celu, a po drodze deptać wszystko inne, właśnie te małe rzeczy, które tak naprawdę tworzą nasz świat. Ile jestem w stanie jeszcze wytrzymać, żeby biec i nie zwracać uwagi na to, co mnie otacza, na ludzi, przyjaciół, bliskich. Ile jeszcze? I właśnie wtedy przychodzi taki etap starań, kiedy zapala się zielona albo czerwona lampka – jak chcecie.
Oczywiście, że kiedy kolejny cykl się nie udał, to wyłam. Jednak gdzieś ten promyk słońca się przedarł. Nawet to, że mogłam obejrzeć zdjęcia, jak było super, jak siedziałam z dziewczynami i piłam Aperol albo jak chichrałyśmy się, jedząc pizzę, było momentem wynurzania się z wody, by złapać wdech i na nim przeżyć.
Z.: Bałyśmy się z Anią, czy nie odbierzecie tego podcastu tak opacznie: usiądą teraz we dwie i będą gadać o tym, że trzeba się cieszyć życiem, bo same już zapomniały, jak to było ciężko. Jest cholernie ciężko, nawet bym chciała użyć gorszych słów. Wiemy dokładnie, jak to jest, natomiast nie chodzi nam o taką dwubiegunowość, że albo jesteśmy w czarnej dolinie, albo teraz będziemy skakać. Chodzi o takie promyczki i o to, żebyście byli na nie otwarci i gotowi. Jeśli one się pojawią, to nie rezygnujmy z nich, wręcz pozwólmy im się zagnieździć w serduszku, bo one naprawdę będą nas ładować.
Dzięki temu nie stanie się to, o czym ja nie wiedziałam, a co teraz, z perspektywy czasu, mnie przeraża: lata starań były otchłanią. Dopiero później miałam takie promyki na zasadzie: „O, patrz, a w tym roku byłam z dziewczynami we Florencji”. Jeśli mnie zapytasz o poprzedni rok, to ci powiem, że tam się nie działo nic oprócz tego, że miałam badanie drożności jajowodów, podchodziliśmy do inseminacji, pamiętam, jak płakałam… Sam dół. Może dzięki temu uda się z tego życia podczas starań nie zrobić czarnej dziury, która ochoczo wszystko pochłania.
Z.: To będzie taki coachingowy podcast na zasadzie: przedstawimy ci teorię, a teraz sprawdź to w praktyce. Mamy dla was propozycję, która trochę mi pomogła. Wymyśliłam sobie moją małą-wielką listę marzeń i wam też polecam ją zrobić. Jeśli macie taki czas, kiedy możecie zostać ze swoimi myślami, skupić się tylko na sobie i nic was nie rozprasza, to weźcie kartkę i na spokojnie zastanówcie się, jakie są wasze ogromne i mniejsze marzenia. Spodziewam się, że pewnie większość z was wypisałaby na pierwszym miejscu właśnie posiadanie dziecka, ale jeżeli zagłębicie się w zakamarki swojej głowy, to może się okazać, że mieszkają tam jeszcze inne pragnienia.
Polecam wam zrobić sobie taką kartkę z chmurkami. Na środku napiszcie to największe marzenie, jakie macie w całym swoim życiu, takim długofalowym, nie tylko w perspektywie za rok. Później w tych małych chmurkach, gdzieś z boku, wypiszcie pozostałe marzenia. Nie chcemy tutaj niczego sugerować, bo to może być wszystko.
Jak tworzyłyśmy „projekt żyćko”, to starałyśmy się zrobić z tego taki miks, aby była tam przestrzeń na to, co przyjdzie wam na myśl. Chcemy wam jedynie otworzyć głowę na to, że to może być np. upragniony kurs fotografii albo to, że nauczycie się szydełkować, pójdziecie zrobić sobie paznokcie, o czym wspomniała Ania, czy umówicie się z koleżanką na kawę lub pojedziecie w góry. To są właśnie te małe-wielkie marzenia, czyli to, co ma się tam znaleźć.
A.: I ile, Zosiu, takich chmurek ma być? Ograniczysz ich liczbę?
Z.: Oczywiście jako zosia samosia tworzyłam swoje chmurki sama, ale wyobrażam sobie, że gdybym miała usiąść nad tym ze swoim starym, to mogłaby to być niezła przestrzeń do rozmowy i zauważenia siebie nawzajem. Już widzę tutaj Dudka, który wypisuje, że chciałby przebiec maraton, na co ja reaguję: „Boże! To jest moje antymarzenie!”.
A.: Ale mogłabyś być z nim i w jakiś sposób uczestniczyć w tych zawodach. Może nie jako biegacz, lecz kibic.
Z.: Aniusiu, mam teraz pytanie do ciebie. Bardzo chciałabym wiedzieć, czy ty też miałaś taką swoją małą-wielką listę marzeń? Co byś mogła na niej zapisać?
Stworzyłam swoją listę marzeń, bo nagle chciałam, aby w naszym życiu znalazło się coś więcej. Aby uciec od starań, złożyłam papiery na Erasmusa. Wtedy studiowałam, robiłam jeszcze drugi kierunek i stwierdziłam, że już mam tego tak serdecznie dość, że chcę odpocząć i uciec od tego życia, które mamy. Za późno złożyłam podanie i w ogóle nie wzięto go pod uwagę.
Z.: To mój życiowy sukces: 40 złotych w jedną stronę i 101 złotych w drugą. No halo! To jak do Biłgoraja.
Pojawiła się też u mnie taka myśl, że zawsze marzyłam o tym, aby pójść na medycynę i może najwyższy czas spróbować. Zaczęłam organizować wokół tego wszystkie sprawy, korepetycje, musiałabym poprawić maturę – bardzo się w to zaangażowałam. Powiem wam szczerze, że pierwszy raz wtedy poczułam, że odzyskałam swoje życie, i to tak, że nawet pamiętam takie uczucie, że wiem, kiedy mam wizytę, ale nie wiem, w którym dniu cyklu jestem. To było takie: „Wow, można tak w ogóle myśleć? Czy naprawdę można o tym zapomnieć?!”. Bo wcześniej próbowałam się oszukiwać, że nie myślę o cyklu. Ale faktycznie to się udało. Moje marzenie z małej chmurki miało się spełnić, ale życie napisało inny scenariusz.
Z.: To jest super, bo w pewnym momencie tego projektu w naszych życiach, bo i w moim, i w twoim, spełniło się właśnie to marzenie – zaszłyśmy w ciążę. Ale chciałabym wam powiedzieć, że nie wiemy, kiedy to się zdarzy, i czy w ogóle się zdarzy. Bardzo wam tego życzymy i gdybyśmy mogły mieć czarodziejską różdżkę, to sprawiłybyśmy, żeby stało się tak już po pierwszym cyklu. Ale takiej nie mamy, wciąż nad nią pracujemy. Chcę też powiedzieć, że jak będziecie musieli potem zrezygnować z tych małych marzeń, bo spełniło się to wielkie, to w ogóle nie będzie wam tego żal. Tak mi się wydaje.
Ja np. zwariowałam później na punkcie podróży. Jak zobaczyłam, że mogę lecieć gdzieś za 40 złotych, to szukanie lotów było wręcz celem mojego życia. Porezerwowałam te wyjazdy, może nie wydałam na to horrendalnych pieniędzy, ale na tamten czas to było dla nas sporo. Mieliśmy zorganizowany czas do listopada, naprawdę. Tu pojadę z bratem, tu z mamą – wszystko było zaplanowane. I okazało się potem, że jestem w ciąży. Jeszcze wynajęliśmy lokal, podpisałam umowę – jaja jak berety! To w ogóle nie bolało.
Potem wykreślałam z kalendarza te podróże i myślałam sobie, że super, że nie mogę ich zrealizować właśnie przez to. Ale gdybym nie zaszła w ciążę, to miałam już plan na życie, które znowu zaczęło mi smakować. Odliczałam dni nie tylko do wizyt, lecz także do innych rzeczy, na które miałam apetyt.
A.: I tym jest właśnie „projekt żyćko”.
Artykuł #058 – „Projekt żyćko”: lista marzeń pochodzi z serwisu Akademia płodności.
By Akademia PłodnościOd cyklu do cyklu, od wizyty do wizyty – tak zwykle mija nam czas podczas starań. Nim się obejrzymy, niepłodność wedrze się do każdej sfery naszego życia i pozbawi nas wszelkich przyjemności. Jak to zatrzymać? Usiądź, weź kartkę i długopis i zacznij rysować chmurki. Po co? Posłuchaj tego podcastu, wszystko wyjaśnimy. Dowiedz się, czym jest „projekt żyćko”.
Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, w której towarzyszymy parom starającym się o dziecko.
Ania: Witamy się z wami serdecznie w nowym podcaście. Dzisiaj mamy wtorek.
Z.: Co to jest „projekt żyćko”? Ania, powiedz nam. Kto to wymyślił, o co tu chodzi? Jak o tym mówimy, to co mamy na myśli? Jakiś projekt będzie, robimy coś?
Z.: Było to okupione zresztą morzem wątpliwości: czy powinnam, czy mogę wydać na to kasę, czy te pieniądze nie powinny pójść na kolejny cykl, czy to jest tego warte, bo przecież wiadomo, że jak tam pojadę, to będę jeść pizzę i pić Aperol, więc czy mogę sobie na to pozwolić, skoro się staram. I w końcu, dzięki Bogu, podjęłam decyzję, że z nimi jadę. Wycieczka oczywiście była bardzo udana, co prawda był to tylko weekend, ale mimo wszystko pamiętam, że bardzo naładował moje akumulatory.
I wyobraźcie sobie taką sytuację (to właśnie wtedy w mojej głowie powstał zamysł „projektu żyćko”): schodziłyśmy z placu Michała Anioła i stał tam taki gość, który puszczał ogromne bańki mydlane. Było ich bardzo dużo, jak w jakiejś reklamie, to wyglądało tak, że czułam się oderwana od rzeczywistości. Pamiętam, że nagrywałyśmy filmy, jak takie szczęśliwe skaczemy w tych bańkach. Był ciepły zachód słońca – było po prostu cudownie. Wzruszyło mnie bardzo to, że coś takiego mogło mi uciec sprzed nosa, gdybym tylko chciała pozostać w tym moim świecie oczekiwania, takiego smutnego albo w ciągłym napięciu.
I wtedy otworzyła się w mojej głowie furtka: Boże, maluchu (pamiętam, że tak zwracałam się wtedy do tego dziecka), bardzo chcę być twoją mamą, ale chcę oczekiwać tak szczęśliwie. To, że teraz jadę na tę wycieczkę, nie oznacza, że ciebie nie chcę. Dotarło wtedy do mnie, że bardzo bym nie chciała, aby niepłodność zabierała mi takie chwile. To był po prostu superwyjazd. I to właśnie tam, na tym placu, w tych bańkach mydlanych zdałam sobie z sprawę, że to „żyćko” może mi uciec. Pamiętam, jak dodawałam Instastories z muzyczką, bardzo chciałam wam to przekazać. Jezu, jak to było dawno!
Z.: Oglądałam filmy z tego wyjazdu i uświadomiłam sobie, że tam było tak super… Naprawdę bardzo się wzruszałam, Dudek też. Jak dodawałam te filmiki, to zdałam sobie sprawę z tego, ile wspaniałych rzeczy wydarzyło się przez ostatnie trzy dni, a na co być może bym się zamknęła. Wtedy nazwałam to roboczo „projektem żyćko” i ta nazwa przetrwała do dzisiaj. Pod tym hasłem chcemy wam właśnie przemycić to, aby wyrywać tej niepłodności takie małe chwile, choć to bardzo trudne. Dla mnie to akurat była ta wycieczka do Florencji, a u was to może być milion różnych rzeczy. I właśnie chcemy z Anią, żebyście to zauważyli w swoim życiu.
A.: Ale po pewnym czasie przychodzi taka refleksja, ile człowiek może przeć do przodu tylko w tym jednym celu, a po drodze deptać wszystko inne, właśnie te małe rzeczy, które tak naprawdę tworzą nasz świat. Ile jestem w stanie jeszcze wytrzymać, żeby biec i nie zwracać uwagi na to, co mnie otacza, na ludzi, przyjaciół, bliskich. Ile jeszcze? I właśnie wtedy przychodzi taki etap starań, kiedy zapala się zielona albo czerwona lampka – jak chcecie.
Oczywiście, że kiedy kolejny cykl się nie udał, to wyłam. Jednak gdzieś ten promyk słońca się przedarł. Nawet to, że mogłam obejrzeć zdjęcia, jak było super, jak siedziałam z dziewczynami i piłam Aperol albo jak chichrałyśmy się, jedząc pizzę, było momentem wynurzania się z wody, by złapać wdech i na nim przeżyć.
Z.: Bałyśmy się z Anią, czy nie odbierzecie tego podcastu tak opacznie: usiądą teraz we dwie i będą gadać o tym, że trzeba się cieszyć życiem, bo same już zapomniały, jak to było ciężko. Jest cholernie ciężko, nawet bym chciała użyć gorszych słów. Wiemy dokładnie, jak to jest, natomiast nie chodzi nam o taką dwubiegunowość, że albo jesteśmy w czarnej dolinie, albo teraz będziemy skakać. Chodzi o takie promyczki i o to, żebyście byli na nie otwarci i gotowi. Jeśli one się pojawią, to nie rezygnujmy z nich, wręcz pozwólmy im się zagnieździć w serduszku, bo one naprawdę będą nas ładować.
Dzięki temu nie stanie się to, o czym ja nie wiedziałam, a co teraz, z perspektywy czasu, mnie przeraża: lata starań były otchłanią. Dopiero później miałam takie promyki na zasadzie: „O, patrz, a w tym roku byłam z dziewczynami we Florencji”. Jeśli mnie zapytasz o poprzedni rok, to ci powiem, że tam się nie działo nic oprócz tego, że miałam badanie drożności jajowodów, podchodziliśmy do inseminacji, pamiętam, jak płakałam… Sam dół. Może dzięki temu uda się z tego życia podczas starań nie zrobić czarnej dziury, która ochoczo wszystko pochłania.
Z.: To będzie taki coachingowy podcast na zasadzie: przedstawimy ci teorię, a teraz sprawdź to w praktyce. Mamy dla was propozycję, która trochę mi pomogła. Wymyśliłam sobie moją małą-wielką listę marzeń i wam też polecam ją zrobić. Jeśli macie taki czas, kiedy możecie zostać ze swoimi myślami, skupić się tylko na sobie i nic was nie rozprasza, to weźcie kartkę i na spokojnie zastanówcie się, jakie są wasze ogromne i mniejsze marzenia. Spodziewam się, że pewnie większość z was wypisałaby na pierwszym miejscu właśnie posiadanie dziecka, ale jeżeli zagłębicie się w zakamarki swojej głowy, to może się okazać, że mieszkają tam jeszcze inne pragnienia.
Polecam wam zrobić sobie taką kartkę z chmurkami. Na środku napiszcie to największe marzenie, jakie macie w całym swoim życiu, takim długofalowym, nie tylko w perspektywie za rok. Później w tych małych chmurkach, gdzieś z boku, wypiszcie pozostałe marzenia. Nie chcemy tutaj niczego sugerować, bo to może być wszystko.
Jak tworzyłyśmy „projekt żyćko”, to starałyśmy się zrobić z tego taki miks, aby była tam przestrzeń na to, co przyjdzie wam na myśl. Chcemy wam jedynie otworzyć głowę na to, że to może być np. upragniony kurs fotografii albo to, że nauczycie się szydełkować, pójdziecie zrobić sobie paznokcie, o czym wspomniała Ania, czy umówicie się z koleżanką na kawę lub pojedziecie w góry. To są właśnie te małe-wielkie marzenia, czyli to, co ma się tam znaleźć.
A.: I ile, Zosiu, takich chmurek ma być? Ograniczysz ich liczbę?
Z.: Oczywiście jako zosia samosia tworzyłam swoje chmurki sama, ale wyobrażam sobie, że gdybym miała usiąść nad tym ze swoim starym, to mogłaby to być niezła przestrzeń do rozmowy i zauważenia siebie nawzajem. Już widzę tutaj Dudka, który wypisuje, że chciałby przebiec maraton, na co ja reaguję: „Boże! To jest moje antymarzenie!”.
A.: Ale mogłabyś być z nim i w jakiś sposób uczestniczyć w tych zawodach. Może nie jako biegacz, lecz kibic.
Z.: Aniusiu, mam teraz pytanie do ciebie. Bardzo chciałabym wiedzieć, czy ty też miałaś taką swoją małą-wielką listę marzeń? Co byś mogła na niej zapisać?
Stworzyłam swoją listę marzeń, bo nagle chciałam, aby w naszym życiu znalazło się coś więcej. Aby uciec od starań, złożyłam papiery na Erasmusa. Wtedy studiowałam, robiłam jeszcze drugi kierunek i stwierdziłam, że już mam tego tak serdecznie dość, że chcę odpocząć i uciec od tego życia, które mamy. Za późno złożyłam podanie i w ogóle nie wzięto go pod uwagę.
Z.: To mój życiowy sukces: 40 złotych w jedną stronę i 101 złotych w drugą. No halo! To jak do Biłgoraja.
Pojawiła się też u mnie taka myśl, że zawsze marzyłam o tym, aby pójść na medycynę i może najwyższy czas spróbować. Zaczęłam organizować wokół tego wszystkie sprawy, korepetycje, musiałabym poprawić maturę – bardzo się w to zaangażowałam. Powiem wam szczerze, że pierwszy raz wtedy poczułam, że odzyskałam swoje życie, i to tak, że nawet pamiętam takie uczucie, że wiem, kiedy mam wizytę, ale nie wiem, w którym dniu cyklu jestem. To było takie: „Wow, można tak w ogóle myśleć? Czy naprawdę można o tym zapomnieć?!”. Bo wcześniej próbowałam się oszukiwać, że nie myślę o cyklu. Ale faktycznie to się udało. Moje marzenie z małej chmurki miało się spełnić, ale życie napisało inny scenariusz.
Z.: To jest super, bo w pewnym momencie tego projektu w naszych życiach, bo i w moim, i w twoim, spełniło się właśnie to marzenie – zaszłyśmy w ciążę. Ale chciałabym wam powiedzieć, że nie wiemy, kiedy to się zdarzy, i czy w ogóle się zdarzy. Bardzo wam tego życzymy i gdybyśmy mogły mieć czarodziejską różdżkę, to sprawiłybyśmy, żeby stało się tak już po pierwszym cyklu. Ale takiej nie mamy, wciąż nad nią pracujemy. Chcę też powiedzieć, że jak będziecie musieli potem zrezygnować z tych małych marzeń, bo spełniło się to wielkie, to w ogóle nie będzie wam tego żal. Tak mi się wydaje.
Ja np. zwariowałam później na punkcie podróży. Jak zobaczyłam, że mogę lecieć gdzieś za 40 złotych, to szukanie lotów było wręcz celem mojego życia. Porezerwowałam te wyjazdy, może nie wydałam na to horrendalnych pieniędzy, ale na tamten czas to było dla nas sporo. Mieliśmy zorganizowany czas do listopada, naprawdę. Tu pojadę z bratem, tu z mamą – wszystko było zaplanowane. I okazało się potem, że jestem w ciąży. Jeszcze wynajęliśmy lokal, podpisałam umowę – jaja jak berety! To w ogóle nie bolało.
Potem wykreślałam z kalendarza te podróże i myślałam sobie, że super, że nie mogę ich zrealizować właśnie przez to. Ale gdybym nie zaszła w ciążę, to miałam już plan na życie, które znowu zaczęło mi smakować. Odliczałam dni nie tylko do wizyt, lecz także do innych rzeczy, na które miałam apetyt.
A.: I tym jest właśnie „projekt żyćko”.
Artykuł #058 – „Projekt żyćko”: lista marzeń pochodzi z serwisu Akademia płodności.