Zjednoczenie Włoch, które dziś znamy pod dumną nazwą Risorgimento, to opowieść pełna paradoksów. Kiedy myślimy o ostatecznym sukcesie tego procesu, przed oczami staje nam potężny król Wiktor Emanuel II i jego elegancki, pragmatyczny premier Camillo Cavour. Ale cała ta wielka machina nie ruszyłaby z miejsca, gdyby nie ludzie, którzy w głębi duszy nienawidzili monarchii. Na początku tej drogi stali bowiem włoscy radykałowie i republikanie. Ludzie zgromadzeni wokół Giuseppe Mazziniego czy samego Giuseppe Garibaldiego marzyli o zupełnie innych Włoszech - wolnych, sprawiedliwych, rządzonych przez lud, bez korony i bez królewskiego berła.
Ci rewolucjoniści przez lata próbowali wywołać ogólnonarodowe powstanie. Organizowali spiski, ryzykowali życie, ginęli na barykadach. Z czasem jednak, po kolejnych krwawych i przegranych zrywach, do tych płomiennych idealistów dotarła brutalna prawda. Zdali sobie sprawę, że rozproszone grupy buntowników, choćby najbardziej bohaterskie, nie mają szans w starciu z regularnymi armiami europejskich mocarstw. Aby pokonać Austrię, która trzymała w garści północne Włochy, potrzebowali realnej siły militarnej, sprawnie działającej dyplomacji i potężnego zaplecza państwowego. Jedyne miejsce na mapie podzielonego półwyspu, które mogło im to zapewnić, to Królestwo Sardynii, powszechnie nazywane Piemontem.
I wtedy stało się coś niezwykłego. Ci sami republikanie i radykalni demokraci, dla których monarchia była symbolem starego porządku, podjęli najtrudniejszą decyzję w swoim życiu. Uznali, że wolność i jedność ojczyzny są ważniejsze niż ich własne dogmaty polityczne. Schowali do kieszeni swoje republikańskie sztandary, zacisnęli zęby i zgodzili się poprzeć króla Wiktora Emanuela II. Uznali to za mniejsze zło i jedyną realną drogę do celu. Bez tego bolesnego, politycznego kompromisu, bez tej zgody na monarchię ze strony ruchu republikańskiego, zjednoczenie Włoch prawdopodobnie nigdy by się nie powiodło.
Jednak sam kompromis wewnątrz kraju to było za mało. Piemont musiał zaistnieć na arenie międzynarodowej. Szansa pojawiła się w połowie lat pięćdziesiątych XIX wieku, na drugim końcu Europy, gdzie wybuchła wojna krymska. Wielka Brytania i Francja stanęły wówczas do walki z Rosją. Premier Piemontu, Camillo Cavour, dokonał wtedy genialnego, choć niezwykle ryzykownego posunięcia. Choć jego małe królestwo nie miało żadnego interesu na Krymie, postanowił wysłać tam kilkunastotysięczny korpus włoskich żołnierzy, by walczyli u boku mocarstw zachodnich.
Z czysto militarnego punktu widzenia udział Piemontu w wojnie krymskiej nie zmienił losów świata, choć włoscy żołnierze dzielnie odznaczyli się w bitwie nad rzeką Czarną. Jednak cel polityczny został osiągnięty z nawiązką. Piemont wypadł znakomicie jako lojalny, nowoczesny i zorganizowany partner. Dzięki temu Cavour zyskał prawo do zasiadania przy stole konferencyjnym podczas kongresu pokojowego w Paryżu w 1856 roku. Tam, na oczach całej Europy, mógł głośno i oficjalnie postawić „sprawę włoską”. Pokazał, że Półwysep Apeniński jest beczką prochu, a obecność Austrii na tych ziemiach grozi permanentną rewolucją. To właśnie na Krymie i w Paryżu Piemont wywalczył sobie pozycję lidera, a Cavour zdobył uwagę i przychylność cesarza Francuzów, Napoleona III.
Kiedy przyjrzymy się globalnej mapie tamtych lat, zobaczymy, że świat znajdował się w stanie totalnego wrzenia. Włochy nie rodziły się w próżni. W czasie gdy proces zjednoczenia wchodził w decydującą fazę, za Oceanem Atlantyckim, w Stanach Zjednoczonych, trwała krwawa, bratobójcza wojna secesyjna. Ameryka płonęła, walcząc o swoją jedność i zniesienie niewolnictwa. Co ciekawe, prezydent Abraham Lincoln proponował Giuseppe Garibaldiemu objęcie dowództwa nad jedną z armii Unii. Garibaldi jednak odmówił, odpowiadając, że jego miecz jest teraz potrzebny we własnej ojczyźnie.
Jednocześnie, znacznie bliżej, bo tuż za Alpami, dokonywał się inny proces, który miał na zawsze zmienić układ sił na kontynencie. Równolegle ze zjednoczeniem Włoch dokonywało się zjednoczenie Niemiec. Te dwa procesy były jak naczynia połączone. Oba narody dążyły do zrzucenia obcej dominacji i zbudowania silnych, nowoczesnych państw narodowych. Zarówno dla Włochów, jak i dla Prusaków kierowanych przez żelaznego kanclerza Otto von Bismarcka, głównym przeciwnikiem było to samo imperium: Austria. Ta zbieżność interesów sprawiła, że Rzym i Berlin zaczęły pisać swoją historię wspólnie.
Wróćmy jednak na ziemię włoską, gdzie po dyplomatycznych sukcesach wojny krymskiej nadszedł czas na rozstrzygnięcia militarne. Sojusz Cavoura z Napoleonem III przyniósł owoce w 1859 roku, gdy wybuchła wyczekiwana wojna z Austrią. Po krwawych, okupionych wielkimi stratami bitwach pod Magentą i Solferino - gdzie widok tysięcy rannych zainspirował stworzenie Czerwonego Krzyża - Austria została rzucona na kolana. Zmuszono ją do oddania bogatej, uprzemysłowionej Lombardii, która natychmiast została włączona do Królestwa Sardynii.
Pod Magentą walczyli także Polacy, co Bolesław Prus genialnie uwiecznił na kartach “Lalki”. Wyprawa włoska i walka z Austrią budziły w Polakach ogromne, romantyczne nadzieje na odmianę własnego losu pod zaborami. Doskonałym tego przykładem jest wspomnienie pana Wirskiego, który opowiadał Ignacemu Rzeckiemu o swoich młodzieńczych doświadczeniach z 1859 roku:
“(...) w roku 1859 (...) byłem we Włoszech. Ciekawy byłem, jak wygląda kraj, z którego wypędzają Szwaba… A żem nie miał żony i dzieci, nie miałem dla kogo oszczędzać życia, więc przez amatorstwo jechałem z przednią strażą francuską… Szliśmy pod Magentę, panie Rzecki, choć nie wiedzieliśmy jeszcze, ani dokąd idziemy, ani kto z nas jutro zobaczy zachodzące słońce… Pan zna to uczucie, kiedy człowiek niepewny jutra znajdzie się w kompanii ludzi również niepewnych jutra?…”
Ta perspektywa zamożnego „amatora”, który rzuca wszystko, by gonić za wielką historią i z bliska oglądać upadek austriackiego hegemona, nie była jedynie literacką fikcją. Prus oddał w ten sposób głos całemu pokoleniu polskich ochotników, dezerterów z armii carskiej czy austriackiej oraz politycznych emigrantów, którzy ramię w ramię z Francuzami i Włochami ryzykowali życie na polach Lombardii, głęboko wierząc, że wolność Italii to pierwszy krok do zmartwychwstania Polski. Tak jak z Napoleonem I szli Polacy, tak samo poszli z Napoleonem III pomóc Włochom walczyć z Austrią.
To zwycięstwo zadziałało jak iskra rzucona na suchą trawę. W środkowych Włoszech wybuchła fala niepohamowanego entuzjazmu. Mieszkańcy Wielkiego Księstwa Toskanii, a także Modeny i Parmy, nie chcieli już dłużej swoich dotychczasowych władców powiązanych z Wiedniem. Obalili ich, powołali tymczasowe rządy, a w marcu 1860 roku zorganizowali plebiscyty. Wyniki były jednoznaczne - ludność masowo opowiedziała się za przyłączeniem do powstającego państwa. Cavour musiał jednak zapłacić Francji za akceptację tych aneksji. Ceną było przekazanie Napoleonowi III Sabaudii oraz Nicei - rodzinnego miasta Garibaldiego, co ten ostatni uznał za głęboką, osobistą ranę.
Garibaldi nie zamierzał jednak marnować energii na rozpacz. Wykorzystał ten moment na podjęcie najbardziej brawurowej akcji w swojej karierze. W maju 1860 roku wypłynął z portu w Genui na czele zaledwie tysiąca ochotników ubranych w charakterystyczne czerwone koszule. Ta legendarna „Wyprawa Tysiąca” wylądowała w Marsali na Sycylii. Przeciwko sobie mieli potężną, regularną armię Królestwa Obojga Sycylii, rządzoną przez hiszpańską dynastię Burbonów. Stał się jednak cud. Dzięki geniuszowi dowódczemu Garibaldiego, jego charyzmie i masowemu wsparciu sycylijskich chłopów, „czerwone koszule” błyskawicznie opanowały wyspę, a następnie przeprawiły się na kontynent, zdobywając sam Neapol. Wielu historyków zwraca jednak uwagę, że sukces Garibaldiego mógł być częściowo wspierany przez brytyjskie pieniądze i działania dyplomatyczne. Według niektórych relacji część dowódców burbońskich garnizonów na Sycylii została przekupiona lub celowo unikała zdecydowanej walki.
W tym samym czasie z północy ruszyły regularne wojska królewskie Piemontu. Maszerowały na południe, zajmując po drodze wschodnie terytoria Państwa Kościelnego. Ominięto wtedy sam Rzym, ponieważ Cavour doskonale wiedział, że zaatakowanie papieża wywołałoby natychmiastową interwencję wojsk francuskich. Obie armie - rewolucyjna armia Garibaldiego i królewska armia Wiktora Emanuela II - spotkały się 26 października 1860 roku w pobliżu miejscowości Teano. To był moment prawdy. Wszyscy w Europie wstrzymali oddech, obawiając się wybuchu wojny domowej między królem a rewolucjonistami. Wtedy Garibaldi, wierny obietnicy złożonej narodowi, podjechał do monarchy i głośno nazwał go królem Włoch. Kilka miesięcy później, 17 marca 1861 roku, oficjalnie ogłoszono powstanie zjednoczonego Królestwa Włoch ze stolicą w Turynie.
Do pełnego sukcesu brakowało jednak jeszcze dwóch kluczowych elementów: Wenecji i Rzymu. Tutaj ponownie dała o sobie znać wielka polityka międzynarodowa i wspomniane wcześniej zjednoczenie Niemiec. W 1866 roku wybuchła wojna prusko-austriacka. Włosi natychmiast zawarli sojusz z Prusami. Choć na polach bitew i na morzu Włosi ponosili porażki, to potęga armii pruskiej zdemolowała Austriaków. W ramach traktatu pokojowego, jako lojalny sojusznik Berlina, Włochy otrzymały upragnioną Wenecję.
Ostatni akt tego historycznego dramatu rozegrał się w roku 1870. Ponownie kluczem do wszystkiego były Niemcy. Wybuchła wojna francusko-pruska. Napoleon III, przyparty do muru przez wojska Bismarcka, desperacko potrzebował każdego żołnierza. Podjął więc decyzję o natychmiastowym wycofaniu francuskiego garnizonu, który od lat stacjonował w Rzymie i chronił papieża. Dla Włochów była to okazja, której nie mogli zmarnować. Gdy tylko Francuzi odeszli, wojska włoskie podeszły pod mury Wiecznego Miasta, dokonały wyłomu w okolicach Porta