Słowo "biorę" pojawiające się w przysiędze małżeńskiej może sprawiać pewien problem. Jest w końcu dość suche i ma w sobie wręcz coś z brutalności. Można by sądzić, że mówiąc "biorę" nie zakładam w ogóle zgody tej drugiej strony, że po prostu przyszedłem po swoje, po to, co mi się należy. Chwała Bogu, że wypowiadają je obydwie strony, bo wypowiadane tylko przez mężczyznę już dawno zostałoby okrzyknięte symbolem patriarchalnego ucisku rzekomo promowanego przez Kościół.
Obrona tego słowa nie jest zatem łatwa. Uważam jednak, że to "biorę" zawiera w sobie bardzo wielką mądrość. Mądrość mówiącą o tym, czym w ogóle jest miłość i małżeństwo i absolutnie nie należy go zmieniać.