Szary na białym

Miłość cz. 1 – #07 Przysięga małżeńska


Listen Later

Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ

 

Słowo „miłość” jest najważniejszym słowem przysięgi małżeńskiej i wymaga szerszego niż zwykle opisania i głębszego rozważenia. Ze względu na obszerność tekstu, zdecydowałem się na podzielenie go na dwie części. Poniższy wpis jest pierwszą z nich.
Druga część tekstu dotyczącego słowa „miłość”, wraz z nagranym podcastem, znajduje się TUTAJ.

Na początek historyjka

Opowiem Wam o pewnym bardzo ciekawym małżeństwie, które poznałem jakiś czas temu. Ona – wolna i frywolna. Trzeba jednak przyznać, że była naprawdę piękną kobietą, choć nie raz myślała o sobie dokładnie odwrotnie. Jeśli chodzi o jej zachowanie, można by je streścić jednym zdaniem – robiła co chciała i z kim chciała. Raczej nikt nie nazwałby jej porządną dziewczyną.

On – przystojny, z dobrego domu, ustatkowany i z dokładnym planem na życie. Od dzieciństwa wyróżniał się wyjątkowo głębokim spojrzeniem na świat i raczej nie był z tych, którzy lubią dać się ponieść chwili.

Poznali się, gdy on miał koło trzydziestki. Co do wieku kobiety – niewiele jestem w stanie powiedzieć, bo choć fizycznie wydawała się dojrzała, zachowywała się niekiedy jak dziecko.

Byli ze sobą trzy lata, gdy ogłosili światu, że biorą ślub. Znajomi faceta pukali się w czoło, mówiąc, że stać go na zdecydowanie więcej. No i rzeczywiście, nawet ja, patrząc na nich z boku, stwierdzam, że niewiele rzeczy miało w tym związku sens. Nikt nie mówił tego głośno, ale podobno każdy wiedział, że kobieta nie zmieniła zbytnio swojego zachowania, ani po poznaniu mężczyzny, ani po zaręczynach. Po cichu mówiono, że widywano ją z różnymi facetami w różnych nieciekawych miejscach. Nic też nie wskazywało na to, że po ślubie cokolwiek się w tym względzie zmieni. Co więcej, najprawdopodobniej on wiedział o jej niewiernościach, ale mimo tego szedł w zaparte. Aż w końcu nastał dzień ślubu.

Jako, że mężczyzna ten był dość znaną osobą, na ślubie pojawiło się naprawdę wielu gości. Raczej w mniejszości byli jednak ci, którzy nazwaliby się jego przyjaciółmi. Większość bliskich już jakiś czas temu zerwała z nim kontakt. Zdecydowanie więcej było znajomych od strony panny młodej. Ostatnia (i chyba najliczniejsza) grupa to ci, którzy przyszli z ciekawości, spodziewając się jakiegoś skandal

Ceremonia miała miejsce na wzgórzu, z którego pięknie było widać całe okoliczne miasto. Ostatecznie okazała się jednak bardzo skromną i dla wielu rozczarowującą. Może dlatego wyszli jeszcze przed końcem. Ale w końcu udało się zawrzeć ten przedziwny związek. Związek, który niewiele zmienił się do dzisiaj. Ona nadal zdradza, a on wciąż ją przyjmuje.

Wy też znacie ich bardzo dobrze. Ona ma na imię Człowiek. On – Chrystus.

 
Wzór na miłość

Do napisania tego tekstu zbierałem się bardzo długo. Słowo miłość wypowiadane w przysiędze małżeńskiej przez kilka miesięcy zdawało się zupełnie mnie przytłaczać. W końcu trzeba napisać na temat, o którym (jak się wydaje) już wszystko powiedziano. Truizmem jest już to, że dzisiaj każdy na miłość patrzy inaczej i inaczej ją definiuje. Również ja, myśląc nad tym słowem, zastanawiałem się nad tym jak ja na to słowo patrzę. Żeby lepiej to wszystko pozbierać w całość zacząłem rysować schematy – takie jak czasami robimy przy burzy mózgów. Na środku wypisałem wielkie MIŁOŚĆ. Od tego słowa wychodził szereg strzałek, które prowadziły do kolejnych słów, a od nich do kolejnych, itd. Strzałki biegły dalej, aż (ku mojemu pewnemu zaskoczeniu) przebiegły też przez wszystkie pozostałe słowa przysięgi małżeńskiej. Kontynuowałem jednak ten dziwny schemat, a gdy skończyłem, zauważyłem, że ostatecznie wszystkie zbiegły się w jednym słowie. W słowie KRZYŻ.

No i wtedy mnie zatkało. No bo jak? Małżeństwo i krzyż!? Przecież w pierwszym przysięgowym wpisie tak narzekałem na ludzi, którzy małżeństwo porównują z cierpieniem! Nie do końca wierząc, że to cokolwiek da, wziąłem dziesięć wdechów, poczekałem chwilę i ponownie spojrzałem na kartkę. Sprawdziłem cały mój dziwny rysunek jeszcze raz, tak jakbym sprawdzał poprawność działań matematycznych, ale wynik wyszedł dokładnie taki sam jak za pierwszym razem. Krzyż. I wtedy zrozumiałem. Nie chodzi o to, by stworzyć kolejną, własną definicję miłości, albo by skompilować to, co przede mną o miłości napisali inni. Chodzi o to, by popatrzeć na Tego, który jest Miłością i ten gotowy, zawieszony na krzyżu wzór na miłość zastosować we wszystkich obszarach naszego życia, również w małżeństwie.

Wino z Kany

Pamiętacie jeszcze mój wpis o słowach mąż i żona z przysięgi małżeńskiej? Opisywałem w nim to, jak historia dziejąca się na weselu w Kanie Galilejskiej jest pełna symboliki. Historię tę można bowiem odczytywać jako opis pragnienia człowieka, który chce budować związek oparty na doskonałej miłości. Tą miłością było wino, które Chrystus uczynił z wody. Wtedy zatrzymałem się na takiej interpretacji symbolu jakim w tej przypowieści jest właśnie wino. Gdy kończyłem tamten wpis jedna myśl wciąż nie dawała mi spokoju. Przecież wino w Ewangelii ma bardzo konkretną funkcję. Nie trzeba uciekać się do takich (może wręcz nieco karkołomnych) interpretacji.

To właśnie wina użył Chrystus w czasie ostatniej wieczerzy. To właśnie ono stało się krwią, którą przelał za nas na krzyżu. Zatem to krzyż jest kontynuacją opowieści z Kany Galilejskiej. To on jest kluczem do zrozumienia słowa miłość i do zrozumienia sakramentu małżeństwa. Te dwie sceny: dziejąca się w Kanie i na Golgocie, Kościół od wieków łączy ze sobą. Widać w nich wiele podobieństw i nawiązań. Obydwie stają się klamrą spinającą publiczną działalność Jezusa. Kana Galilejska i krzyż są ze sobą zatem ściśle związane.

Być mężem i być żoną to stawać się winem. Być mężem i być żoną znaczy doskonalić swoją miłość, a doskonalić swoją miłość oznacza ni mniej, ni więcej, jak stawać się świętym. A przecież świętość jest naszym ostatecznym celem. Świętość jest celem, który osiągnąć można tylko poprzez miłość. Zatem mówiąc w pewnym uproszczeniu – cały sens naszego życia sprowadza się do miłości. I również do miłości ostatecznie sprowadza się cała przysięga małżeńska.

Kilka lat temu byłem na ślubie, na którym kapłan powiedział, że słowo miłość jest sercem przysięgi małżeńskiej i w zasadzie cała mogłaby ograniczyć się do tego jednego słowa. I rzeczywiście – jest to najważniejsze słowo małżeńskiego ślubowania. Pojawia się zatem pytanie – po co w takim razie cała reszta zdania? Po co dodatkowe stwierdzenia i kolejne postanowienia? 

Okazuje się, że tekst przysięgi jest naprawdę wspaniale pomyślany. Otóż wszystko to, co znajdujemy przed słowem miłość okazuje się być wstępem do tego słowa. Wstęp ten jest konieczny, abyśmy zrozumieli o jaką miłość nam chodzi, co dokładnie ślubujemy. Z kolei wszystko to co pada w drugiej części przysięgi, tak naprawdę jest konsekwencją, rozwinięciem słowa miłość. Wszystko to wypływa ze słowa miłość i okazuje się konieczne, by miłości tej nie sprowadzić tylko do jakiegoś jednego, łatwego dla nas wymiaru.

W poprzednim wpisie zawarłem jednak coś, co wydaje się być sprzeczne z tym, co piszę powyżej. Wtedy twierdziłem, że w centrum przysięgi stoi słowo ślubuję. Obydwa te twierdzenia da się jednak pogodzić. Przysięga ta ma dwa momenty kulminacyjne. Słowo ślubuję stoi w centrum przysięgi i dzieli ją na dwie części pod względem logicznym i językowym. Słowo miłość, jak już wspomniałem, jest sercem tej przysięgi i punktem kulminacyjnym, w którym ujawnia się najmocniej jej treść i sens.

Małżeństwo z Chrystusem

Mówi się nieraz, że kształt naszego małżeństwa to w pewnym stopniu odzwierciedlenie małżeństwa naszych rodziców. Pewnie jest w tym sporo prawdy, bo właśnie w rodzinie, jeszcze jako dzieci, obserwujemy to, jak związek mężczyzny i kobiety wygląda. Potem z tym zakodowanym wzorem idziemy w świat i stosujemy go w relacjach z innymi. Wzory te są oczywiście różne, jedne nieco lepsze, inne nieco gorsze. Istnieje jednak wzór idealny, idealna miłość, do której zawsze możemy się odwołać, i z której zawsze możemy czerpać jak ze źródła.

Chrystus zawarł małżeństwo z Kościołem (nie ma w tym też przypadku, że Kościół we wszystkich językach poza językiem polskim ma rodzaj żeński – Ecclesia). Chrystus zawarł małżeństwo z człowiekiem. Z Tobą. Chrystus, mężczyzna z historii ze wstępu, zawarł małżeństwo ze mną – niewierną panną. I to właśnie od niego mogę i powinienem uczyć się miłości.

Tam, na górze za miastem, dwadzieścia wieków temu wypowiedział swoje ślubowanie. Właśnie tam, na Golgocie, zawarł małżeństwo z człowiekiem. Wszedł na tę górę jak na stopień ołtarza i w obliczu Boga i rodzącego się właśnie Kościoła zawarł wieczny związek z człowiekiem. Tam, odziany w nagość, która, paradoksalnie, musiała wystarczyć mu za ślubny garnitur, otrzymał rany na obu dłoniach. Rany, które niczym obrączka na palcu są znakiem miłości i wierności, aż do końca. A następnie przyszedł czas na ostateczne fizyczne zjednoczenie z człowiekiem – w śmierci. Na noc poślubną w łożu wykutym w skale. Na noc poślubną, w czasie której stał się do nas podobny we wszystkim, nawet w umieraniu.

To jest ideał małżeństwa. Jest to wzór, o którym mówi sama liturgia sakramentu małżeństwa.

Boże, Ty uświęciłeś związek małżeński przez tak wzniosły sakrament, że stał się obrazem mistycznego związku Chrystusa z Kościołem, spraw, aby ci nowożeńcy, którzy z wiarą przyjmują ten sakrament, przez całe życie urzeczywistniali to, co on wyraża.

Kolekta z Mszy za Nowożeńców


Tekst z Mszy za Nowożeńców wprost mówi, że właśnie do tego ideału, do tego wzoru trzeba się odwoływać. Mówią o tym słowa mąż i żona z przysięgi, które przez obraz wina z Kany Galilejskiej ostatecznie przenoszą nas pod krzyż Chrystusa.

Rozważna, nie romantyczna

Zanim jednak Chrystus sięgnął po swój krzyż, był Ogrójec i pełna emocji noc czuwania. Dobrze pamiętam noc przed naszym ślubem. Wiedziałem, że trzeba się wyspać. Kolejnego dnia czekały mnie najpierw długie godziny przygotowań, a następnie jeszcze dłuższe godziny zabawy. Wiedziałem też, że czeka mnie coś wielkiego. I to poczucie sprawiało, że tak trudno było zamknąć oczy. Ogrom emocji nie pozwalał na sen.

Również Chrystus przed swoim ukrzyżowaniem miał swoją noc zmagania, noc walki między dwoma wolami, noc emocji. W Jego przypadku nie była to jednak ekscytacja, lecz zwykły ludzki strach. Strach, który wręcz przytłacza, który doprowadza do hematohydrozji – krwawego potu wywołanego niezwykle silnym stresem. Ale czy daje się On ponieść tym emocjom? Czy w tym krytycznym momencie bazuje na własnych uczuciach? Nie, bo nie na tym polega miłość. Miłości nie da się budować na emocjach, ani nawet na uczuciach. Gdyby Chrystus posłuchał w ogrójcu swojego serca, gdyby posłuchał tego co czuł w tamtym momencie – nie poszedłby na Golgotę. Uciekłby, jak niedojrzały Pan młody w amerykańskiej komedii nieromantycznej.

I właśnie dlatego, zanim w przysiędze małżeńskiej powiemy miłość, najpierw musimy powiedzieć słowo biorę. To właśnie ono pokazuje co jest istotą miłości, a jest nią wybór. A rozbudowując nieco tę definicję możemy powiedzieć, że miłość jest wyborem i trwaniem w tym wyborze. Taka też jest Miłość Chrystusowa. Nie jest to szalona miłość romantyczna. Miłość Chrystusowa to miłość racjonalna.

(…) Ja życie moje oddaję, aby je znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja sam z siebie je oddaję.

Ewangelia według świętego Jana 10,17-18


Pójście Chrystusa na krzyż było decyzją, a nie czynem wypływającym z uczucia. I taka ma być też nasza miłość. Ona ma rodzić uczucia, ale nie na nich budować. Bo czy miłość znika na chwilę, gdy małżonkowie się kłócą? Czy znika wtedy, kiedy między nimi jest głównie złość? Czy znika wtedy, kiedy nie są w stanie ze sobą rozmawiać?

W małżeństwach będziemy się kłócić, będziemy się ranić. W rodzinach będziemy przeżywać trudne chwile. Będą momenty, kiedy będziemy woleli na chwilę zostać sami, gdy druga osoba sprawi, że będziemy z jej powodu cierpieć. Nie ma się co oszukiwać, że wszystko zawsze będzie kolorowe, słodkie i polane lukrem. Można jednak z tych trudnych momentów wychodzić mocniejszym. Niezwykle pomaga w tym świadomość, że to, co jest między nami, jest ponad zdrowiem i chorobą, ponad dobrą i złą dolą, ponad kłótnią, a nawet ponad szczęściem. To co jest między nami jest ponad każdą emocją i uczuciem. Między nami jest miłość, która jest decyzją i która jest racjonalna.

Niezwykle istotnym jest to, by to po pierwsze zauważać, a po drugie celebrować. Bardzo lubię słowo celebrować. Dokładnie tego słowa, wielokrotnie użył kapłan, który głosił homilię na naszym ślubie. A ja naprawdę wziąłem je sobie do serca. Bo ta miłość przecież tak pięknie może przejawiać się w tej najzwyklejszej codzienności. W decyzji o zrobieniu kolacji zmęczonej żonie, w zaskoczeniu jej jakąś drobnostką wrzuconą do koszyka specjalnie z myślą o niej w czasie zakupów, w grzaniu zimnych stóp, o ciepłe nogi tego drugiego, w słowach Kocham Cię, które według mnie trzeba mówić tak często, jak to tylko możliwe.

Kilka miesięcy temu, napisałem krótki tekst, właśnie o tych dwóch słowach. Wydaje się świetnie podsumowywać tę część rozważań o słowie miłość, dlatego poniżej przytaczam go w całości.

    Kocham Cię!

Te dwa słowa naprawdę ratują! Dlatego staramy się z Anią mówić je sobie jak najczęściej. Wiele razy ratowały nam dzień. Bo bywają takie dni, kiedy wkurzamy się na siebie bez powodu. Bo są też takie chwile, kiedy po kilku nadgodzinach i nieprzespanej nocy instynktownie szukamy kogoś lub czegoś, na czym możemy się wyżyć. Bo są dni, kiedy mimo szczerych chęci nie potrafimy się ze sobą zgodzić.

    Kocham Cię!

Te dwa słowa wypowiedziane w takich momentach zmieniają optykę patrzenia na siebie i na te trudniejsze chwile. Bo kochanie kogoś jest ponad emocjami. Matka kocha swoje niemowlę niezależnie od tego, jak mocno jest wkurzona kolejnym nieprzespanym z jego powodu miesiącem. Mąż kocha żonę niezależnie od tego, że jest zdenerwowany.

    Kocham Cię!

Te dwa słowa nie raz nas z Anią ratowały. Ratowały nas od wkręcenia się w spiralę emocji. Jestem zły, ale kocham; jestem słaby, ale kocham. Kocham i jestem kochany. Dlatego warto to sobie mówić jak najczęściej. A najlepiej w środku kłótni.

    Kocham Cię!

A potem spokojnie można kłócić się dalej.


Miłość należy celebrować. Miłość należy celebrować i praktykować. Bo same słowa to oczywiście za mało. Chrystus nie zatrzymał się na nauczaniu. Jego dzieło to nie tylko piękne zdania. Miłość pociąga za sobą wymagania. Miłość wymaga odpowiedzialności za to co się mówi i co się przysięga. Dlatego, choć powinna przejawiać się w codziennych prostych gestach, to nie może się na nich zatrzymać. Miłość to coś naprawdę wielkiego. Miłość to konkret. Tylko taka jest w stanie być mocniejsza niż każde uczucie, tylko taka może rodzić życie. Miłość na wzór tej, która wypłynęła z przebitego na Golgocie Serca, która zrodziła Kościół, wypełniła kielichy weselników w Kanie. Miłość, na wzór tej, która wypełnia kielich wznoszony w czasie Eucharystii. Miłość, która zniesie każdy trud i każdy ból.

Tak jak wspomniałem na początku, jest to pierwsza część tekstu dotyczącego słowa „miłość”.
Druga część znajduje się TUTAJ.

Zapraszam Cię na mojego Facebooka

Artykuł Miłość cz. 1 – #07 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.

...more
View all episodesView all episodes
Download on the App Store

Szary na białymBy Arkadiusz Szarek