
Sign up to save your podcasts
Or


Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ
Słowo „miłość” jest najważniejszym słowem przysięgi małżeńskiej i wymaga szerszego niż zwykle opisania i głębszego rozważenia. Ze względu na obszerność tekstu, zdecydowałem się na podzielenie go na dwie części. Poniższy wpis jest drugą częścią i naturalną kontynuacją części pierwszej. Dlatego zanim sięgniesz po ten tekst zachęcam do przeczytania poprzedniego wpisu.
Znajdziesz go TUTAJ
W pierwszej części tekstu mówiącego o słowie miłość wróciłem do obrazu wesela w Kanie Galilejskiej, który przywoływałem w kontekście słów za żonę / za męża. Pojawił się tam obraz wina. Wino, jak wtedy pisałem, jest symbolem miłości. Wino, w które zamieniła się woda, wskazuje też jednak na coś więcej – na Golgotę i krzyż Chrystusa. Krzyż stał się wzorem wszelkiej miłości, również miłości małżeńskiej. Co więcej, to co wydarzyło się na krzyżu można nazwać zaślubinami Chrystusa, Syna Bożego z Kościołem, z każdym człowiekiem.
W poprzednim tekście napisałem także, że zarówno Golgota, jak i wszystkie zdarzenia które ją poprzedziły, były racjonalną decyzją, wyborem. W śmierci Jezusa nie było nic przypadkowego. I jeśli mielibyśmy stworzyć jakąś definicję miłości, to tą definicją będzie właśnie: decyzja i wierność tej decyzji. Wybór i wierność wyborowi. Tylko taka miłość może wznieść się ponad wszelkie przeciwności, ponad humory i emocje (nawet te pozytywne), ponad wszelkie uczucia, a nawet ponad czas.
Konkret
Taka miłość, miłość która wznosi się ponad, musi być miłością na serio. Miłość małżeńska, która za wzór bierze sobie miłość Chrystusa nie może być na próbę, na niby, na pół gwizdka. Taka miłość angażuje w całości. I właśnie dlatego, zanim powiemy miłość, mówimy w przysiędze słowo ślubuję. Zanim staniemy razem przed ołtarzem musimy zbadać (zarówno razem, jak i każde z osobna), czy wiemy o co w tej miłości chodzi. W małżeństwie z kolei musimy wciąż sobie to przypominać i coraz bardziej zgłębiać.
Słowo ślubuję jest bardzo mocnym słowem. Ale jest ono konieczne, bo przyrzekamy naprawdę wielkie rzeczy. Mamy być obrazem związku Chrystusa z Kościołem. Jest to zadanie, które może nawet powinno przerażać. Chrystus pokochał człowieka na serio. Nawet w momencie aresztowania kochał tych, którzy po niego przyszli. Nie dał skrzywdzić żołnierza, któremu Piotr w przypływie emocji odciął ucho.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się – na próbę.
Jan Paweł II
Niedawno wróciłem do jednego z moich pierwszych tekstów o przysiędze małżeńskiej, mówiącego o słowie ja. Przeczytałem go i przemyślałem jeszcze raz i doszedłem do wniosku, że gdybym miał go dzisiaj pisać ponownie, to jeszcze mocniej podkreśliłbym jak ważne jest to słowo. Bez zrozumienia, bez odkrycia własnej godności, nie ma nawet sensu zaczynać małżeńskiej przysięgi.
Wróćmy do Chrystusa i do tego, co dalej wydarzyło się w Ogrójcu. Jezus kończy modlitwę i sam wychodzi na spotkanie żołnierzy, którzy po niego idą.
A Jezus wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: «Kogo szukacie?» Odpowiedzieli Mu: «Jezusa z Nazaretu». Rzekł do nich Jezus: «Ja jestem». Również i Judasz, który Go wydał, stał między nimi. Skoro więc rzekł do nich: «Ja jestem», cofnęli się i upadli na ziemię.
Ewangelia według świętego Jana 18,4-6
Ta scena i kolejne, które po niej następują, wskazują na niesamowite poczucie godności, które ma w sobie Chrystus. Nie ucieka, nie zaprzecza, nie próbuje się dogadać. Wie, że trzeba przejść do konkretów, dlatego nie czeka nawet na swoich oprawców, ale sam do nich wychodzi i przedstawia się im z takim majestatem, że ci cofają się i padają na ziemię.
Również w kolejnych godzinach jego duch nie słabnie. Nie daje się wciągnąć w prawne gierki przed Wysoką Radą i nie odpowiada na podchwytliwe pytania arcykapłanów. Trafia przed Heroda, który z kolei widzi w nim głównie kuglarza i człowieka, który poprzez swoje cuda mógłby dostarczyć mu nieco rozrywki. Jezus jednak nie chwyta się tej opcji, która pewnie o kilka godzin, albo nawet dni odłożyłaby moment jego śmierci w czasie. Jest ponad tym. O dziwo, dopiero Piłat wydaje się być człowiekiem, który zaczyna traktować Chrystusa poważnie. I może dlatego właśnie z nim Chrystus zaczyna poważnie rozmawiać.
Jakże często nam brakuje właśnie takiej postawy – bycia ponad. Jakże często dajemy się ponieść emocjom, toczymy jałowe kłótnie łapiąc się za słówka, byle stanęło na moim, byle jak Sanhedryn znaleźć kuczek prawny. Jak często traktujemy współmałżonka jako sposób na dostarczenie sobie rozrywki, poprawienie sobie humoru, niczym Herod patrzący na Jezusa.
Człowiek wchodzący w małżeństwo, chcący ślubować i praktykować miłość musi wiedzieć, że nie godzi mu się traktować drugiej osoby bez należytego szacunku. Małżeństwo nie może być miejscem, w którym będziemy chcieli zawsze stawiać na swoim, albo będziemy instrumentalnie traktować drugą osobę jak zabawkę. Człowiek znający własną wartość nie potrzebuje zniżać się do takiego poziomu.
Nie da się też budować małżeństwa, gdy wciąż porównujemy się do drugiej osoby. W takiej sytuacji wciąż będziemy konkurować i robić wszystko byśmy w różnych sferach życia wypadali lepiej; albo co jeszcze gorsze – będziemy robić wszystko, by to ta druga osoba wypadła względem nas gorzej. Tym bardziej nie sposób stworzyć trwałej i zdrowej relacji, gdy drugą osobę potraktujemy instrumentalnie. Jest jeszcze ostatnia możliwość. To sytuacja gdy nie znając własnej wartości zbudujemy ją w odniesieniu do współmałżonka. I choć nie wydaje się to taką złą opcją jak poprzednie, również ta droga może doprowadzić do nieszczęścia. Jeśli to relacja z drugą osobą nadaje nam wartość, to bez niej okazujemy się niewiele warci, a to daje ogromne pole do bycia wykorzystywanym.
Miłość małżeńska to miłość dwóch dojrzałych i znających swoją godność osób. To miłość ludzi, którzy świetnie by sobie bez siebie wzajemnie radzili. Zawsze śmieszyło mnie, gdy (czy to w filmach, czy w prawdziwym życiu) osoby będące ze sobą raptem kilka miesięcy, czy nawet kilka lat mówiły: nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie. Przecież wystarczy przescrollować galerię w telefonie i nie będzie nawet potrzeby wyobrażania sobie tego. Będzie można naocznie sprawdzić i przypomnieć sobie jak to było bez Ciebie.
Czy ja sobie wyobrażam życie bez mojej żony? Tak, jestem w stanie sobie to wyobrazić, choć oczywiście nie jest to tematem moich codziennych rozmyślań. W drugą stronę działa to podobnie – wiem, że moja żona, gdyby mnie dzisiaj zabrakło, z pewnością poradziłaby sobie w życiu. Co więcej, o tym zdarza mi się myśleć częściej, bo chcę taką ewentualną sytuację jak najlepiej zabezpieczyć (choćby ubezpieczając się na życie).
Czy gdyby jednego z nas zabrakło byłaby to łatwa sytuacja? Oczywiście, że nie! Ale kłamstwem są słowa: nie mogę żyć bez Ciebie. Możesz. A jeśli myślisz inaczej – pora popracować nad własną wartością i poczuciem godności. W małżeństwo wchodzimy i trwamy w nim dlatego, że chcemy, a nie dlatego, że musimy. A nie da się tego zrobić bez ja, które zna swoją wartość i godność.
Odwieczne Ty
Wróćmy ponownie do Jezusa. Po spotkaniu z Piłatem wziął on na ramiona krzyż, wyniósł go na Golgotę i tam na nim umarł. I choć z zewnątrz wyglądało to jak kolejna egzekucja, nieznacznie różniąca się od wielu podobnych, to jednak w rzeczywistości duchowej działy się wielkie rzeczy. Syn Boży, ten, który od początku istnieje w relacji do swojego Ojca, ten, którego możemy nazwać odwiecznym TY, składa siebie w ofierze na krzyżu. Nie pozostawia nic dla siebie. Nawet ostatnie słowo, ostatni oddech, ostatnią myśl kieruje ku Bogu Ojcu.
Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego.
Ewangelia według świętego Łukasza 23,46
W tych ostatnich słowach wypowiedzianych z krzyża, Chrystus posługuje się fragmentem Psalmu 31, który cały jest modlitwą, zawierzeniem się i oddaniem Bogu Ojcu. W tej modlitwie aż dwadzieścia razy padają słowa: Ty, Twój, Ciebie.
Wszystko co Jezus uczynił jest uwielbieniem skierowanym do Ojca. Całe jego istnienie to liturgia, w której uwielbia Ojca. Jest to liturgia, która rozpoczęła się jeszcze zanim powstał czas i cały wszechświat. Liturgię tę Jezus sprawuje od wieków, a krzyż stał się drzwiami, przez które również my możemy wziąć w niej udział. Jezus – odwiecznie Ty skierowane do Ojca, a przez krzyż wypowiedziane także w kierunku człowieka.
Aby zrozumieć miłość, którą ślubujemy w przysiędze małżeńskiej, musimy rozumieć trzecie słowo przysięgi – Ciebie. Musimy cali, na wzór Ukrzyżowanego, stać się Ty. To jest wzór miłości płynący z krzyża. Ślubować miłość to oddać życie za drugiego człowieka. Miłość nie jest szukaniem tego jedynego, czy tej jedynej, ale stawaniem się tym jedynym, tą jedyną dla drugiej osoby. To złożenie się jej w ofierze, tak jak Jezus złożył się Ojcu w ofierze na krzyżu.
Wiem, że brzmi to niejasno, bardzo górnolotnie i mało konkretnie. Spróbujmy zatem zejść na ziemię (a przynajmniej obniżyć nieco lot). Zdarza mi się spotykać pary, które swój związek budują na pewnego rodzaju konkurencji. Może nawet intuicyjnie wydaje się to czymś normalnym. Każdy przecież chce wyglądać lepiej niż inni (a przynajmniej być powyżej średniej), lepiej się wysławiać, błyszczeć wiedzą, itd. Z racji tego, że w małżeństwie sporą część życia spędzamy w swoim towarzystwie, nieraz zaczynamy się porównywać ze sobą nawzajem. Intuicyjnie szukamy tych przestrzeni, w których jesteśmy lepsi, by w ten sposób się dowartościować.
Niestety, to droga donikąd. I właśnie słowo Ty jest konieczne do zrozumienia tego, jak miłość małżeńska ma wyglądać. Im więcej w małżeństwie będzie Ja, tym więcej będzie nieporozumień, tym więcej będzie porównywania się, mojej racji, mojego punktu widzenia, ale też mojej krzywdy i mojej radości. Żona czy mąż będą w takiej relacji albo środkiem do celu, jakim jest moja przyjemność i ogólny dobrostan, albo będą przeszkodą na drodze do nich.
Słowo miłość odwraca jednak tę perspektywę. Zakłada ono częstsze mówienie Ty niż Ja. Jeśli mąż większość swojej uwagi skupi na żonie, na tym by rozwijała się jako człowiek, jako kobieta, matka, katoliczka, pracownik, obywatel; jeśli włoży swój wysiłek w to, żeby było jej dobrze w ich wspólnym domu, by było jej przyjemnie, by łatwiej jej było przechodzić przez trudności, które zawsze nam towarzyszą, to wydaje się, że w konsekwencji żona będzie żyła prawie jak w niebie, ale z kolei ten biedny chłop chyba ostatecznie się wykończy. I tak pewnie mogłoby być. Ale jak już niejednokrotnie wspominałem – przysięga małżeńska to umowa dwustronna, a to oznacza, że przed drugą stroną stoją takie same zadania.
Jeśli zatem w ten sposób spojrzymy na małżeństwo, ujrzymy dwoje ludzi, którzy nieustannie się mobilizują, nieustannie sobie służą, podciągają się nawzajem w górę. Ujrzymy dwoje ludzi, którzy nawet w trudnych chwilach chcą pracować nad tym, by były one jak najłatwiejsze do przetrwania. Wzajemne skupienie się w małżeństwie na Ty gwarantuje, że nieustannie będziemy się nawzajem zaskakiwać, obdarzać i ubogacać.
Nowe życie
Podsumowując dotychczasowe rozważania, otrzymujemy obraz małżeństwa, które jest naprawdę ogromnym wysiłkiem. Jednak tak jak krzyż nie wniósł się na Golgotę sam, lecz został wniesiony przez najwspanialszego Pana Młodego, tak też małżeństwo nie zbuduje się samo. Budowanie relacji to wysiłek, którego należy być świadomym i nie należy go bagatelizować. Z drugiej strony, dzieło Chrystusa nie skończyło się na krzyżu. Po męce przyszedł czas na zmartwychwstanie.
Przenieśmy się ponownie do Kany Galilejskiej. We wpisie o słowach mąż i żona napisałem, że małżeństwo jest drogą do świętości. Małżeństwo jest zatem szkołą nieba. Żyjąc w małżeństwie musimy budować taki związek, by doświadczyć nieba na ziemi. I tak, jak krzyż Chrystusa stał się bramą do nowego życia, tak sakrament małżeństwa (choć jest ono pełne wysiłku i trudu) ma wynieść nasze życie na zupełnie nowy, na nieosiągalny wcześniej poziom. Mówiąc krótko, musimy budować taki związek, by nasza żona, nasz mąż czuli się w nim jak w niebie.
Naprawdę bardzo mocno wierzę, że jest to możliwe. Jednak udane małżeństwo nie przydarza się samo z siebie. Małżeństwo trzeba budować w sposób przemyślany i świadomy. I choć oczywistym i intuicyjnym dla każdego jest to, że w małżeństwie musi być miłość, to już dużo trudniej przychodzi nam wytłumaczenie, co ta miłość właściwie znaczy. Jak zatem widzimy – przysięga małżeńska w piękny sposób nas do tego słowa podprowadza. I tak jak wspominałem w poprzednim wpisie – wszystko to, co wypowiadamy w przysiędze zanim powiemy słowo miłość, jest konieczne, by dobrze tę miłość zrozumieć. Miłość, której wzorem jest krzyż.
Ktoś może powiedzieć, że nadal brak tu konkretów, że tych wielkich słów nie sposób przełożyć na codzienną praktykę. Spotkałem się kiedyś z pewnego rodzaju ćwiczeniem, które wydaje się być świetną podpowiedzią i może nawet pewnego rodzaju planem prac nad naszą miłością małżeńską.
Chyba każdy zna Hymn o miłości z trzynastego rozdziału Listu św. Pawła do Koryntian. Czytany jest na co drugim ślubie i osłuchany wręcz do znudzenia. Miłość cierpliwa jest, łaskawa, nie szuka poklasku… Można by recytować z pamięci. To teraz zróbmy ćwiczenie. Skopiujmy sobie tekst tego hymnu do Worda i zaznaczmy wszystkie miejsca, w których mamy słowo Miłość i na to miejsce wpiszmy nasze imię. Arek cierpliwy, Arek łaskawy, Arek nie pamięta złego, Arek wszystko znosi, i tak dalej. Następnie wydrukujmy i połóżmy przy łóżku. Najlepiej czytajmy zaraz po przebudzeniu, a wieczorem traktujmy jako małżeński rachunek sumienia. Taka ma być nasza miłość. Miłość na wzór krzyża.
Co dalej?
O miłości można pisać bez końca, ale zawsze lepiej ją praktykować, niż przegadać. Pozostaje jednak jeszcze jedno pytanie – co dalej? Przecież jesteśmy dopiero w połowie tekstu przysięgi, a wydaje się, że wszystko co trzeba, zostało już w tym jednym słowie wypowiedziane. I po części jest to prawdą. Wierność, uczciwość, obecność, które ślubujemy potem, są w zasadzie (tylko i aż) rozwinięciem słowa miłość. Dlaczego zatem, mimo wszystko, wypowiadamy jeszcze te dodatkowe postanowienia?
Wydaje mi się, że chodzi o to, byśmy tej miłości za bardzo nie uprościli. Miłość małżeńska jest bowiem na tyle wyjątkowa, że zawiera w sobie wiele płaszczyzn, z których żadnej nie należy pomijać. Można wręcz powiedzieć, że miłość małżeńska łączy w sobie wiele różnych miłości.
W języku greckim istnieje kilka słów na opisanie miłości. Agape, eros, philia, storge. Nasz język jest, niestety, zdecydowanie uboższy jeśli chodzi o nazywanie tej rzeczywistości i wszystkie te słowa tłumaczone są na język polski po prostu jako miłość. Każde z nich opisuje jednak nieco inny rodzaj kochania. Tym, co mnie bardzo mocno intryguje jest fakt, że te cztery słowa opisujące różne rodzaje miłości zdają się dość dobrze pasować do kolejnych słów przysięgi małżeńskiej. Spójrzmy.
Tekst przysięgi pokazuje zatem, że w małżeństwie potrzebne są wszystkie cztery rodzaje miłości. Ograniczenie naszej miłości tylko do jednej z tych sfer będzie zawsze wypaczeniem i ogromnym uproszczeniem. W relacji małżeńskiej nie można skupić się na samym pożądaniu i realizacji namiętności, jednocześnie zaniedbując wszystkie pozostałe sfery. Małżeństwa nie da się też budować tylko w oparciu o przywiązanie (żartobliwie zwane przez niektórych zasiedzeniem).
Widzimy zatem, że te wszystkie cztery rodzaje miłości są konieczne. Co więcej, wszystkie te rodzaje miłości i wszystkie sfery życia małżeńskiego, do których się one odnoszą, są różnymi sposobami, różnymi drogami do świętości.
Małżeństwo to nie zabawa, to nie lepienie babek w piaskownicy, ale ogromny, kosztowny i pracochłonny projekt budowlany. Na szczęście mamy plan tej budowy – tekst przysięgi małżeńskiej. Przysięga ta najpełniej wyraża się w słowie miłość, jednak nie poprzestaje na tym słowie i prowadzi nas dalej, by jak świetny plan budowy – pomóc nam stworzyć związek, który będzie dla obojga małżonków czymś naprawdę wspaniałym i pięknym – doświadczeniem nieba.
Zapraszam do kolejnych wpisów mówiących o następnych słowach przysięgi małżeńskiej.
Artykuł Miłość cz. 2 – #08 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.
By Arkadiusz SzarekWpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ
Słowo „miłość” jest najważniejszym słowem przysięgi małżeńskiej i wymaga szerszego niż zwykle opisania i głębszego rozważenia. Ze względu na obszerność tekstu, zdecydowałem się na podzielenie go na dwie części. Poniższy wpis jest drugą częścią i naturalną kontynuacją części pierwszej. Dlatego zanim sięgniesz po ten tekst zachęcam do przeczytania poprzedniego wpisu.
Znajdziesz go TUTAJ
W pierwszej części tekstu mówiącego o słowie miłość wróciłem do obrazu wesela w Kanie Galilejskiej, który przywoływałem w kontekście słów za żonę / za męża. Pojawił się tam obraz wina. Wino, jak wtedy pisałem, jest symbolem miłości. Wino, w które zamieniła się woda, wskazuje też jednak na coś więcej – na Golgotę i krzyż Chrystusa. Krzyż stał się wzorem wszelkiej miłości, również miłości małżeńskiej. Co więcej, to co wydarzyło się na krzyżu można nazwać zaślubinami Chrystusa, Syna Bożego z Kościołem, z każdym człowiekiem.
W poprzednim tekście napisałem także, że zarówno Golgota, jak i wszystkie zdarzenia które ją poprzedziły, były racjonalną decyzją, wyborem. W śmierci Jezusa nie było nic przypadkowego. I jeśli mielibyśmy stworzyć jakąś definicję miłości, to tą definicją będzie właśnie: decyzja i wierność tej decyzji. Wybór i wierność wyborowi. Tylko taka miłość może wznieść się ponad wszelkie przeciwności, ponad humory i emocje (nawet te pozytywne), ponad wszelkie uczucia, a nawet ponad czas.
Konkret
Taka miłość, miłość która wznosi się ponad, musi być miłością na serio. Miłość małżeńska, która za wzór bierze sobie miłość Chrystusa nie może być na próbę, na niby, na pół gwizdka. Taka miłość angażuje w całości. I właśnie dlatego, zanim powiemy miłość, mówimy w przysiędze słowo ślubuję. Zanim staniemy razem przed ołtarzem musimy zbadać (zarówno razem, jak i każde z osobna), czy wiemy o co w tej miłości chodzi. W małżeństwie z kolei musimy wciąż sobie to przypominać i coraz bardziej zgłębiać.
Słowo ślubuję jest bardzo mocnym słowem. Ale jest ono konieczne, bo przyrzekamy naprawdę wielkie rzeczy. Mamy być obrazem związku Chrystusa z Kościołem. Jest to zadanie, które może nawet powinno przerażać. Chrystus pokochał człowieka na serio. Nawet w momencie aresztowania kochał tych, którzy po niego przyszli. Nie dał skrzywdzić żołnierza, któremu Piotr w przypływie emocji odciął ucho.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się – na próbę.
Jan Paweł II
Niedawno wróciłem do jednego z moich pierwszych tekstów o przysiędze małżeńskiej, mówiącego o słowie ja. Przeczytałem go i przemyślałem jeszcze raz i doszedłem do wniosku, że gdybym miał go dzisiaj pisać ponownie, to jeszcze mocniej podkreśliłbym jak ważne jest to słowo. Bez zrozumienia, bez odkrycia własnej godności, nie ma nawet sensu zaczynać małżeńskiej przysięgi.
Wróćmy do Chrystusa i do tego, co dalej wydarzyło się w Ogrójcu. Jezus kończy modlitwę i sam wychodzi na spotkanie żołnierzy, którzy po niego idą.
A Jezus wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: «Kogo szukacie?» Odpowiedzieli Mu: «Jezusa z Nazaretu». Rzekł do nich Jezus: «Ja jestem». Również i Judasz, który Go wydał, stał między nimi. Skoro więc rzekł do nich: «Ja jestem», cofnęli się i upadli na ziemię.
Ewangelia według świętego Jana 18,4-6
Ta scena i kolejne, które po niej następują, wskazują na niesamowite poczucie godności, które ma w sobie Chrystus. Nie ucieka, nie zaprzecza, nie próbuje się dogadać. Wie, że trzeba przejść do konkretów, dlatego nie czeka nawet na swoich oprawców, ale sam do nich wychodzi i przedstawia się im z takim majestatem, że ci cofają się i padają na ziemię.
Również w kolejnych godzinach jego duch nie słabnie. Nie daje się wciągnąć w prawne gierki przed Wysoką Radą i nie odpowiada na podchwytliwe pytania arcykapłanów. Trafia przed Heroda, który z kolei widzi w nim głównie kuglarza i człowieka, który poprzez swoje cuda mógłby dostarczyć mu nieco rozrywki. Jezus jednak nie chwyta się tej opcji, która pewnie o kilka godzin, albo nawet dni odłożyłaby moment jego śmierci w czasie. Jest ponad tym. O dziwo, dopiero Piłat wydaje się być człowiekiem, który zaczyna traktować Chrystusa poważnie. I może dlatego właśnie z nim Chrystus zaczyna poważnie rozmawiać.
Jakże często nam brakuje właśnie takiej postawy – bycia ponad. Jakże często dajemy się ponieść emocjom, toczymy jałowe kłótnie łapiąc się za słówka, byle stanęło na moim, byle jak Sanhedryn znaleźć kuczek prawny. Jak często traktujemy współmałżonka jako sposób na dostarczenie sobie rozrywki, poprawienie sobie humoru, niczym Herod patrzący na Jezusa.
Człowiek wchodzący w małżeństwo, chcący ślubować i praktykować miłość musi wiedzieć, że nie godzi mu się traktować drugiej osoby bez należytego szacunku. Małżeństwo nie może być miejscem, w którym będziemy chcieli zawsze stawiać na swoim, albo będziemy instrumentalnie traktować drugą osobę jak zabawkę. Człowiek znający własną wartość nie potrzebuje zniżać się do takiego poziomu.
Nie da się też budować małżeństwa, gdy wciąż porównujemy się do drugiej osoby. W takiej sytuacji wciąż będziemy konkurować i robić wszystko byśmy w różnych sferach życia wypadali lepiej; albo co jeszcze gorsze – będziemy robić wszystko, by to ta druga osoba wypadła względem nas gorzej. Tym bardziej nie sposób stworzyć trwałej i zdrowej relacji, gdy drugą osobę potraktujemy instrumentalnie. Jest jeszcze ostatnia możliwość. To sytuacja gdy nie znając własnej wartości zbudujemy ją w odniesieniu do współmałżonka. I choć nie wydaje się to taką złą opcją jak poprzednie, również ta droga może doprowadzić do nieszczęścia. Jeśli to relacja z drugą osobą nadaje nam wartość, to bez niej okazujemy się niewiele warci, a to daje ogromne pole do bycia wykorzystywanym.
Miłość małżeńska to miłość dwóch dojrzałych i znających swoją godność osób. To miłość ludzi, którzy świetnie by sobie bez siebie wzajemnie radzili. Zawsze śmieszyło mnie, gdy (czy to w filmach, czy w prawdziwym życiu) osoby będące ze sobą raptem kilka miesięcy, czy nawet kilka lat mówiły: nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie. Przecież wystarczy przescrollować galerię w telefonie i nie będzie nawet potrzeby wyobrażania sobie tego. Będzie można naocznie sprawdzić i przypomnieć sobie jak to było bez Ciebie.
Czy ja sobie wyobrażam życie bez mojej żony? Tak, jestem w stanie sobie to wyobrazić, choć oczywiście nie jest to tematem moich codziennych rozmyślań. W drugą stronę działa to podobnie – wiem, że moja żona, gdyby mnie dzisiaj zabrakło, z pewnością poradziłaby sobie w życiu. Co więcej, o tym zdarza mi się myśleć częściej, bo chcę taką ewentualną sytuację jak najlepiej zabezpieczyć (choćby ubezpieczając się na życie).
Czy gdyby jednego z nas zabrakło byłaby to łatwa sytuacja? Oczywiście, że nie! Ale kłamstwem są słowa: nie mogę żyć bez Ciebie. Możesz. A jeśli myślisz inaczej – pora popracować nad własną wartością i poczuciem godności. W małżeństwo wchodzimy i trwamy w nim dlatego, że chcemy, a nie dlatego, że musimy. A nie da się tego zrobić bez ja, które zna swoją wartość i godność.
Odwieczne Ty
Wróćmy ponownie do Jezusa. Po spotkaniu z Piłatem wziął on na ramiona krzyż, wyniósł go na Golgotę i tam na nim umarł. I choć z zewnątrz wyglądało to jak kolejna egzekucja, nieznacznie różniąca się od wielu podobnych, to jednak w rzeczywistości duchowej działy się wielkie rzeczy. Syn Boży, ten, który od początku istnieje w relacji do swojego Ojca, ten, którego możemy nazwać odwiecznym TY, składa siebie w ofierze na krzyżu. Nie pozostawia nic dla siebie. Nawet ostatnie słowo, ostatni oddech, ostatnią myśl kieruje ku Bogu Ojcu.
Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego.
Ewangelia według świętego Łukasza 23,46
W tych ostatnich słowach wypowiedzianych z krzyża, Chrystus posługuje się fragmentem Psalmu 31, który cały jest modlitwą, zawierzeniem się i oddaniem Bogu Ojcu. W tej modlitwie aż dwadzieścia razy padają słowa: Ty, Twój, Ciebie.
Wszystko co Jezus uczynił jest uwielbieniem skierowanym do Ojca. Całe jego istnienie to liturgia, w której uwielbia Ojca. Jest to liturgia, która rozpoczęła się jeszcze zanim powstał czas i cały wszechświat. Liturgię tę Jezus sprawuje od wieków, a krzyż stał się drzwiami, przez które również my możemy wziąć w niej udział. Jezus – odwiecznie Ty skierowane do Ojca, a przez krzyż wypowiedziane także w kierunku człowieka.
Aby zrozumieć miłość, którą ślubujemy w przysiędze małżeńskiej, musimy rozumieć trzecie słowo przysięgi – Ciebie. Musimy cali, na wzór Ukrzyżowanego, stać się Ty. To jest wzór miłości płynący z krzyża. Ślubować miłość to oddać życie za drugiego człowieka. Miłość nie jest szukaniem tego jedynego, czy tej jedynej, ale stawaniem się tym jedynym, tą jedyną dla drugiej osoby. To złożenie się jej w ofierze, tak jak Jezus złożył się Ojcu w ofierze na krzyżu.
Wiem, że brzmi to niejasno, bardzo górnolotnie i mało konkretnie. Spróbujmy zatem zejść na ziemię (a przynajmniej obniżyć nieco lot). Zdarza mi się spotykać pary, które swój związek budują na pewnego rodzaju konkurencji. Może nawet intuicyjnie wydaje się to czymś normalnym. Każdy przecież chce wyglądać lepiej niż inni (a przynajmniej być powyżej średniej), lepiej się wysławiać, błyszczeć wiedzą, itd. Z racji tego, że w małżeństwie sporą część życia spędzamy w swoim towarzystwie, nieraz zaczynamy się porównywać ze sobą nawzajem. Intuicyjnie szukamy tych przestrzeni, w których jesteśmy lepsi, by w ten sposób się dowartościować.
Niestety, to droga donikąd. I właśnie słowo Ty jest konieczne do zrozumienia tego, jak miłość małżeńska ma wyglądać. Im więcej w małżeństwie będzie Ja, tym więcej będzie nieporozumień, tym więcej będzie porównywania się, mojej racji, mojego punktu widzenia, ale też mojej krzywdy i mojej radości. Żona czy mąż będą w takiej relacji albo środkiem do celu, jakim jest moja przyjemność i ogólny dobrostan, albo będą przeszkodą na drodze do nich.
Słowo miłość odwraca jednak tę perspektywę. Zakłada ono częstsze mówienie Ty niż Ja. Jeśli mąż większość swojej uwagi skupi na żonie, na tym by rozwijała się jako człowiek, jako kobieta, matka, katoliczka, pracownik, obywatel; jeśli włoży swój wysiłek w to, żeby było jej dobrze w ich wspólnym domu, by było jej przyjemnie, by łatwiej jej było przechodzić przez trudności, które zawsze nam towarzyszą, to wydaje się, że w konsekwencji żona będzie żyła prawie jak w niebie, ale z kolei ten biedny chłop chyba ostatecznie się wykończy. I tak pewnie mogłoby być. Ale jak już niejednokrotnie wspominałem – przysięga małżeńska to umowa dwustronna, a to oznacza, że przed drugą stroną stoją takie same zadania.
Jeśli zatem w ten sposób spojrzymy na małżeństwo, ujrzymy dwoje ludzi, którzy nieustannie się mobilizują, nieustannie sobie służą, podciągają się nawzajem w górę. Ujrzymy dwoje ludzi, którzy nawet w trudnych chwilach chcą pracować nad tym, by były one jak najłatwiejsze do przetrwania. Wzajemne skupienie się w małżeństwie na Ty gwarantuje, że nieustannie będziemy się nawzajem zaskakiwać, obdarzać i ubogacać.
Nowe życie
Podsumowując dotychczasowe rozważania, otrzymujemy obraz małżeństwa, które jest naprawdę ogromnym wysiłkiem. Jednak tak jak krzyż nie wniósł się na Golgotę sam, lecz został wniesiony przez najwspanialszego Pana Młodego, tak też małżeństwo nie zbuduje się samo. Budowanie relacji to wysiłek, którego należy być świadomym i nie należy go bagatelizować. Z drugiej strony, dzieło Chrystusa nie skończyło się na krzyżu. Po męce przyszedł czas na zmartwychwstanie.
Przenieśmy się ponownie do Kany Galilejskiej. We wpisie o słowach mąż i żona napisałem, że małżeństwo jest drogą do świętości. Małżeństwo jest zatem szkołą nieba. Żyjąc w małżeństwie musimy budować taki związek, by doświadczyć nieba na ziemi. I tak, jak krzyż Chrystusa stał się bramą do nowego życia, tak sakrament małżeństwa (choć jest ono pełne wysiłku i trudu) ma wynieść nasze życie na zupełnie nowy, na nieosiągalny wcześniej poziom. Mówiąc krótko, musimy budować taki związek, by nasza żona, nasz mąż czuli się w nim jak w niebie.
Naprawdę bardzo mocno wierzę, że jest to możliwe. Jednak udane małżeństwo nie przydarza się samo z siebie. Małżeństwo trzeba budować w sposób przemyślany i świadomy. I choć oczywistym i intuicyjnym dla każdego jest to, że w małżeństwie musi być miłość, to już dużo trudniej przychodzi nam wytłumaczenie, co ta miłość właściwie znaczy. Jak zatem widzimy – przysięga małżeńska w piękny sposób nas do tego słowa podprowadza. I tak jak wspominałem w poprzednim wpisie – wszystko to, co wypowiadamy w przysiędze zanim powiemy słowo miłość, jest konieczne, by dobrze tę miłość zrozumieć. Miłość, której wzorem jest krzyż.
Ktoś może powiedzieć, że nadal brak tu konkretów, że tych wielkich słów nie sposób przełożyć na codzienną praktykę. Spotkałem się kiedyś z pewnego rodzaju ćwiczeniem, które wydaje się być świetną podpowiedzią i może nawet pewnego rodzaju planem prac nad naszą miłością małżeńską.
Chyba każdy zna Hymn o miłości z trzynastego rozdziału Listu św. Pawła do Koryntian. Czytany jest na co drugim ślubie i osłuchany wręcz do znudzenia. Miłość cierpliwa jest, łaskawa, nie szuka poklasku… Można by recytować z pamięci. To teraz zróbmy ćwiczenie. Skopiujmy sobie tekst tego hymnu do Worda i zaznaczmy wszystkie miejsca, w których mamy słowo Miłość i na to miejsce wpiszmy nasze imię. Arek cierpliwy, Arek łaskawy, Arek nie pamięta złego, Arek wszystko znosi, i tak dalej. Następnie wydrukujmy i połóżmy przy łóżku. Najlepiej czytajmy zaraz po przebudzeniu, a wieczorem traktujmy jako małżeński rachunek sumienia. Taka ma być nasza miłość. Miłość na wzór krzyża.
Co dalej?
O miłości można pisać bez końca, ale zawsze lepiej ją praktykować, niż przegadać. Pozostaje jednak jeszcze jedno pytanie – co dalej? Przecież jesteśmy dopiero w połowie tekstu przysięgi, a wydaje się, że wszystko co trzeba, zostało już w tym jednym słowie wypowiedziane. I po części jest to prawdą. Wierność, uczciwość, obecność, które ślubujemy potem, są w zasadzie (tylko i aż) rozwinięciem słowa miłość. Dlaczego zatem, mimo wszystko, wypowiadamy jeszcze te dodatkowe postanowienia?
Wydaje mi się, że chodzi o to, byśmy tej miłości za bardzo nie uprościli. Miłość małżeńska jest bowiem na tyle wyjątkowa, że zawiera w sobie wiele płaszczyzn, z których żadnej nie należy pomijać. Można wręcz powiedzieć, że miłość małżeńska łączy w sobie wiele różnych miłości.
W języku greckim istnieje kilka słów na opisanie miłości. Agape, eros, philia, storge. Nasz język jest, niestety, zdecydowanie uboższy jeśli chodzi o nazywanie tej rzeczywistości i wszystkie te słowa tłumaczone są na język polski po prostu jako miłość. Każde z nich opisuje jednak nieco inny rodzaj kochania. Tym, co mnie bardzo mocno intryguje jest fakt, że te cztery słowa opisujące różne rodzaje miłości zdają się dość dobrze pasować do kolejnych słów przysięgi małżeńskiej. Spójrzmy.
Tekst przysięgi pokazuje zatem, że w małżeństwie potrzebne są wszystkie cztery rodzaje miłości. Ograniczenie naszej miłości tylko do jednej z tych sfer będzie zawsze wypaczeniem i ogromnym uproszczeniem. W relacji małżeńskiej nie można skupić się na samym pożądaniu i realizacji namiętności, jednocześnie zaniedbując wszystkie pozostałe sfery. Małżeństwa nie da się też budować tylko w oparciu o przywiązanie (żartobliwie zwane przez niektórych zasiedzeniem).
Widzimy zatem, że te wszystkie cztery rodzaje miłości są konieczne. Co więcej, wszystkie te rodzaje miłości i wszystkie sfery życia małżeńskiego, do których się one odnoszą, są różnymi sposobami, różnymi drogami do świętości.
Małżeństwo to nie zabawa, to nie lepienie babek w piaskownicy, ale ogromny, kosztowny i pracochłonny projekt budowlany. Na szczęście mamy plan tej budowy – tekst przysięgi małżeńskiej. Przysięga ta najpełniej wyraża się w słowie miłość, jednak nie poprzestaje na tym słowie i prowadzi nas dalej, by jak świetny plan budowy – pomóc nam stworzyć związek, który będzie dla obojga małżonków czymś naprawdę wspaniałym i pięknym – doświadczeniem nieba.
Zapraszam do kolejnych wpisów mówiących o następnych słowach przysięgi małżeńskiej.
Artykuł Miłość cz. 2 – #08 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.