Polityk Platformy Obywatelskiej Szczęsny Filipiak poszedł do mediów i... zdradził wszystko. Opowiedział, jak naprawdę rozdaje się stanowiska w miejskich spółkach. O kolesiach, o układach, o tym, że "im się po prostu należy". Bez konkursów, bez kwalifikacji, z legitymacją zamiast CV.
Przykład? Kraków.
Szczęsny Filipiak – szef PO w mieście – dostał dobrze płatną robotę w miejskiej spółce. Kto go zatrudnił? Kolega z partii. Kto tego kolegę? Też kolega. A kto ich wszystkich łączy? Prezydent Miszalski - oczywiście - z PO. I wszystko gra. Jak radni zaczęli pytać, to najpierw nie było nawet CV. Pojawiło się dopiero później. Cudem. O wszystkim opowiedział w portalu Love Kraków.
Podobny system działa dokładnie tak samo w wielu polskich miastach. Gdzie "nagroda za kampanię" to nie medal, tylko etat za 14 tysięcy miesięcznie.
Zobaczcie, jak wygląda rzeczywistość po „konkrecie 68”, który obiecywał uczciwość i transparentność w spółkach. I dlaczego nawet sam bohater tej historii przyznaje, że bardziej się przykłada do roboty "pro bono" niż do tej, za którą płacimy mu wszyscy.