Szary na białym

Ślubuję – #06 Przysięga małżeńska


Listen Later

Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ

Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Anną i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.

Powyższe zdanie to tak zwana przysięga, wypowiadana w czasie tak zwanego ślubu cywilnego. Problem jednak w tym, że ani to przysięga, ani ślub. Zawarcie małżeństwa cywilnego następuje na skutek złożenia oświadczeń i podpisania aktu cywilno-prawnego i nie ma nic wspólnego z żadnym ślubem. Co ciekawe, nawet sama Wikipedia łączy powyższy tekst z pojęciem ślubowania. A przecież zarówno słowo przysięgam, jak i ślubuję, nie pada tutaj ani razu. Dlaczego zatem wydarzenie to jest tak uparcie nazywane przez mainstream ślubem? Cytując Tadeusza Sznuka odpowiem dyplomatycznie – nie wiem, ale się domyślam.

Ślubowanie to nie jakaś błaha sprawa. Powiem więcej – ślubowanie to coś, co większości z nas przytrafi się najwyżej raz w życiu. Ślubem nazywamy tylko te najbardziej uroczyste przysięgi. Ślubują sędziowie powoływani na swój urząd, burmistrzowie i prezydenci miast, a także posłowie. Ślubują wreszcie narzeczeni, którzy składając przysięgę decydują się stworzyć nowe małżeństwo. Ślub to naprawdę wielka rzecz! Tak wielka, że chyba większa nawet od samych ślubujących. Może właśnie to jest jednym z powodów dla których nie zdecydowano się na użycie tak wielkiego słowa przy zawieraniu małżeństwa cywilnego. W końcu umowa o tej treści (narzuconej przez prawo) musi być względnie możliwa i łatwa do wykonania.

Jak już wspominałem w poprzednim wpisie – małżeństwo jest stanem naturalnym (w znaczeniu – wypływającym z naszej natury). Małżeństwo jest czymś powszechnym i czymś z zasady dobrym. Potrzebna jest zatem pewna prawna konstrukcja (można by ją nazwać instytucją małżeństwa), która ten naturalny stan będzie formalizować i chronić. Wiemy jednak też, że małżeństwo sakramentalne jest podniesieniem tego naturalnego stanu na inny, wyższy poziom. Jest przeniesieniem go do innej rzeczywistości. Rzeczywistość ta ma to do siebie, że w porównaniu z małżeństwem naturalnym czy cywilnym może być bogatsza i piękniejsza, ale z drugiej strony jest też bardziej wymagająca i, po ludzku, trudniejsza. Zapowiedź tego odnaleźć możemy właśnie w słowie ślubuję.

Jak rycerz

Składanie ślubu jako wyrażenie chyba na dobre wyszło już z powszechnego użycia. Kojarzy się głównie z średniowiecznymi poematami o rycerzach i damach oraz z historycznymi i wielkimi ślubami (np. jasnogórskimi). Niektórzy pewnie nawet stwierdzą, że wręcz wieje od niego patosem i sztucznością. Co ciekawe, wyrażenie to nie pojawia się nawet gdy mówimy o katolickiej przysiędze małżeńskiej. Przecież zazwyczaj mówimy o braniu ślubu, a nie jego składaniu. Wydaje mi się jednak (i wspominałem już o tym w jednym z pierwszych wpisów), że nieco ważniejsze jest jednak złożenie i dotrzymanie mojej części ślubowania, aniżeli przyjęcie (wzięcie) ślubu mojej żony. Ślub w pierwszej kolejności złożyłem, a dopiero w drugiej wziąłem i wydaje mi się, że właśnie takie rozłożenie akcentów jest dobrym podejściem.

Osobiście, naprawdę lubię pewną doniosłość i rycerskość zawartą w słowie ślubuję. Choć mam świadomość, że w praktyce życie rycerzy i dam wyglądało inaczej niż opisują to klasyki literatury, to wierzę, że wartości przekazane w tych dziełach są uniwersalne, a pragnienie dorastania do nich jest w każdym pokoleniu takie samo. Wiem jednak, że takie podejście może być wyłącznie moją męską perspektywą i nie do wszystkich to w ten sposób trafia. Mimo wszystko, chciałbym rozwinąć moje patrzenie na przysięgę małżeńską jako na czyn wręcz rycerski.

Ślubowanie jest bowiem czynem rycerskim. Przejawia się to w pierwszej kolejności w tym, że jest to czyn dobrowolny. Ta dobrowolność jest na tyle istotna, że Kościół orzeka wręcz, że każde małżeństwo zawarte pod jakimkolwiek przymusem jest od początku nieważne. Składając zatem ślub trzeba to zrobić po rycersku – z podniesioną głową, świadomie i dobrowolnie.

W tym kontekście bardzo podoba mi się słowo dobrowolnie. Gdy podzielimy je na dwie części dostaniemy słowa: dobro i wola. Jest to kolejny aspekt łączący ślubowanie z rycerskością. W małżeństwo wchodzimy dlatego, że naszą wolą (naszym pragnieniem) jest dobro. Ślub w swoim założeniu zakłada dobro, i jest to przede wszystkim dobro drugiej osoby. We wpisie mówiącym o słowach za żonę / za męża napisałem, że celem małżeństwa jest świętość. Po raz drugi wyraża się to w słowie ślubuję. Jeśli pragniemy dobra dla drugiej osoby, jeśli pragniemy dobra dla nas i poprzez małżeństwo chcemy do dobra dążyć, to tym ostatecznym dobrem będzie dla nas niebo. Wszystkie zaś słowa, które wypowiemy po ślubuję, staną się naszą drogą, naszą metodą na osiągnięcie tego celu. Składając ślub trzeba to zrobić po rycersku – trzeba walczyć o najwyższe dobro.

Ślub (jak już wspomniałem) zakłada też świadomość tego, co się robi. Razem ze świadomością idzie zaś branie odpowiedzialności za treść przysięgi. I znów podkreślę jak ważna jest to sprawa. Nie da się nie będąc hipokrytą (a nie wiem czy dla niektórych nie jest to i tak zbyt łagodne określenie) wypowiedzieć słów przysięgi z którymi się nie zgadzamy, albo których nie rozumiemy. Słowo ślubuję wymaga od nas po pierwsze przemyślenia tego co chcemy wobec narzeczonej, czy narzeczonego, wypowiedzieć, a po drugie zakłada, że powiemy to zupełnie na serio, rozumiejąc każde słowo. Skoro ślubuję wierność, to każdy przejaw niewierności będzie ciemną plamą na mojej przysiędze. Jeśli ślubuję miłość, to każde uchybienie w miłości będzie nierycerskie. Składając ślub trzeba to zrobić po rycersku – wiedzieć co się mówi i brać swoje słowa na serio.

Centralny punkt

Gdy popatrzymy na całość przysięgi małżeńskiej, zauważymy, że słowo ślubuję jest jej centralnym punktem. Jest ono orzeczeniem zdania, które tworzy tę przysięgę i nawet umiejscowione jest mniej więcej po środku. Słowo to dzieli też ją na dwie wyraźnie różniące się części. Wszystko to co padło wcześniej było, w pewnym sensie, opisem sytuacji. Słowa kapłana wprowadzające do przysięgi są (niczym w poemacie rycerskim) nakreśleniem miejsca akcji. Słowa ja i ciebie wprowadzają podmioty przysięgi; można by powiedzieć, że ukazują wszystkim zgromadzonym bohaterów tej historii, która właśnie zaczyna się pisać. Słowa biorę i za żonę/za męża określają z kolei związek między nimi. Znów odwołując się do literackich porównań można powiedzieć, że zarysowują nam one dość skomplikowaną relację, która rodzi się pomiędzy bohaterami oraz ukazują pragnienia ukryte w ich sercach.

W tym miejscu pada nasze ślubuję, które wiąże nam ten opis rzeczywistości, to co obserwujemy, pewien zastany stan, z konkretnymi postanowieniami, które padną za chwilę. Od tego momentu będą wymieniane już same konkrety. Od tego momentu będzie mowa o miłości, wierności i kolejnych zobowiązaniach. Od tego momentu zacznie się wartka akcja naszej opowieści. Od słowa ślubuję zaczyna się część przysięgi, która (trochę w opozycji do pierwszej części) wybitnie wybiega w przyszłość. Z kolei samo słowo ślubuję najmocniej chyba ze wszystkich słów wiąże się z teraźniejszością, z tu i teraz dziejącym się w czasie liturgii. Jest to chwila, która ma ogromny w swych konsekwencjach wpływ na całe dalsze życie dwojga ludzi. Jest to moment, który diametralnie zmienia pewien wycinek rzeczywistości, która otacza tych dwojga.

Patrząc na to w taki sposób, od czasu do czasu (a zawsze w rocznicę naszego ślubu), wypowiadamy sobie z Anią ponownie słowa tej przysięgi. Wypowiadamy je, by ją odnowić, by sobie ją przypomnieć, by podkreślić, że ten krótki moment, który miał miejsce kilka lat temu, to krótkie ślubuję, nadal trwa, że ono zaczęło się i się nie kończy. Że to ślubuję nie tylko jest słowem, które podzieliło przysięgę na dwie części, ale jest słowem, które dzieli na dwie części nasze życia.

Umiłowana

Osoby śledzące mój małżeński cykl z pewnością już zauważyły, że lubię poszczególne słowa przysięgi rozważać nie tylko pod kątem ukrytych w nich znaczeń, ale również pod kątem językowym. Nie inaczej jest w tym przypadku. Gdy jakiś czas temu spojrzałem na przysięgę i na słowo, które dzisiaj wziąłem na tapet, od razu w oczy rzuciło mi się to, że w słowie ślubuję zawarte jest słowo lubuję. Lubować się, to z kolei według Słownika Języka Polskiego:

«lubić coś szczególnie, rozkoszować się czymś»

Tylko w kim lub czym mamy się lubować?

Wydaje mi się, że chodzi tutaj o samą przysięgę. Miłowanie swojej wybranki czy wybranego nie jest niczym szczególnym, a jest wręcz czymś koniecznym. Z polubieniem przysięgi, pokochaniem zobowiązania, jest już dużo trudniej. Ale jak już przekonaliśmy się w dotychczasowych wpisach – o przysiędze małżeńskiej można wiele powiedzieć, ale z pewnością nie to, że jest łatwa. I właśnie tą niełatwą, a czasami wręcz ciążącą przysięgą, mamy się rozkoszować, mamy ją nie tylko polubić, ale wręcz pokochać, umiłować. Oczywistym jest, że z jednej strony jest to niesamowicie trudne, bo nawet nie do końca wiadomo jak się za to zabrać. Z drugiej jednak strony, tylko takie podejście ma jakikolwiek sens.

Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie.

Ewangelia wg św. Mateusza 11,30

Powyższy fragment, choć pierwotnie nie dotyczący wprost małżeństwa, wydaje się idealnie rozszerzać interpretację słowa ślubuję. Spójrzmy. Jarzmo to forma uprzęży nakładanej bydłu pociągowemu. Pozwala ono np. spętać dwa woły w parę, by mogły razem ciągnąć pług lub inne przyrządy rolnicze. Czy zatem słowa Jezusa mówiące o słodkim jarzmie nie pasują do naszej umiłowanej przysięgi? To właśnie ona pęta dwoje ludzi, by wspólnie uprawiali ogród świata, by czynili sobie ziemię poddaną. Czy to łatwa robota? Na pewno nie. Czy łatwiej ją wykonywać razem – z pewnością tak.

Ale by móc to robić razem, trzeba się spętać, trzeba włożyć na siebie jarzmo i trzeba je pokochać, trzeba się nim rozkoszować. Dopiero gdy zrozumiemy przysięgę, gdy zrozumiemy i umiłujemy to jarzmo, będziemy mogli iść do przodu. A w takiej uprzęży (stety, albo niestety) trzeba iść razem, w tym samym kierunku i w tym samym tempie. Wierzgając na boki i próbując zrzucić pęta nie zorzemy ani kawałka pola, nie pójdziemy ani kroku do przodu, a na dodatek zamęczymy osobę, która jest obok nas. Traktując małżeństwo, traktując przysięgę małżeńską wyłącznie jako pewien ciężar, pewien rodzaj ucisku, będziemy tylko szarpali się w miejscu wykańczając siebie nawzajem.

Przysięgę małżeńską trzeba traktować po rycersku. Przysięgę małżeńską trzeba pokochać i się nią rozkoszować. Tylko wtedy brzemię może stać się lekkie.

Polub, skomentuj lub udostępnij ten wpis na Facebooku

Artykuł Ślubuję – #06 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.

...more
View all episodesView all episodes
Download on the App Store

Szary na białymBy Arkadiusz Szarek