Szary na białym

Tak mi dopomóż… – #13 Przysięga małżeńska


Listen Later

Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ

Na początek historyjka

   – Arek, widziałem, że ostatnio wrzuciłeś na Fejsa jakieś nagranie w którym śpiewasz. Jakaś kościelna pieśń. Ty jesteś jakiś taki bardziej kościołowy? – zapytał mój kolega.

W głowie szumiała nam już końcówka drugiego portera. Reszta znajomych z pracy, z którymi wyszliśmy na piwo, wyszła albo puścić dymka na zewnątrz, albo domówić kolejny kufel, względnie coś do jedzenia.

   – Tak, wydaje mi się, że jestem dość kościołowy. – odpowiedziałem. – A Ty?
   – U mnie to dość skomplikowane. Długo by opowiadać, ale do kościoła raczej już w swoim życiu nie wejdę. – odpowiedział.

Bardzo się lubimy. Obydwaj staramy się być profesjonalistami i dobrze wykonywać swoją pracę, mamy do siebie sporo szacunku, więc i ta rozmowa była miła i bardzo jakościowa. Zeszła w końcu na temat małżeństwa. Opowiedziałem o naszej wspólnocie, o tym jak z Anią budujemy związek, jak patrzę na małżeństwo. Gdy jednak towarzystwo zaczęło wracać do naszego stolika i wiedzieliśmy, że za kilka sekund temat się urwie, rzucił na koniec:

   – Kurde… Jak mówiłem, z Kościołem mi nie po drodze i wiary Ci nie zazdroszczę, ale tego małżeństwa Ci cholernie zazdroszczę. Ja bym tak nie umiał. – dodał.
   – Wiesz… Ja też nie umiem… – uśmiechnąłem się i obydwaj przyłączyliśmy się do “pracowych” tematów, żywiołowo komentowanych przez powracające osoby.


Przysięga niemożliwa

Docieramy do ostatniego z wyrażeń przysięgi małżeńskiej. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny, i wszyscy święci. Słowa te stanowią swoiste podsumowanie całego ślubowania, a jednocześnie stają się punktem wyjścia do dalszego życia.

Zanim zagłębimy się w rozważanie tych słów, przypomnijmy sobie najpierw czego dotyczyła cała przysięga małżeńska. Oto dwoje ludzi, różnych od siebie, mężczyzna i kobieta, ja i ty, stają naprzeciw siebie i biorą siebie nawzajem. Widząc jednak, że branie to bardzo łatwo może się zamienić w pełne gwałtowności zawłaszczanie, szukają pomocy, wzorca, jakiegoś drogowskazu, który pomoże im budować małżeństwo. Odnajdują go w osobie Jezusa, który poprzez obraz z Kany Galilejskiej zaprasza człowieka do realizacji nowego programu dla małżeństwa – stawania się świętym.

Następnie ten Jezus przeprowadza małżonków przez cztery wielkie przyrzeczenia, cztery miłości wyrażone słowami: miłość, wierność, uczciwość, nie opuszczę. Słowa te pokazują, że uświęcenie człowieka, które jest celem małżeństwa, dotyka wszystkich dziedzin naszego życia. Od teraz małżeństwo staje się sposobem doskonalenia w miłości, a ostatecznie doprowadza dwoje ludzi do stania się jak Bóg. Miarą zaś tej miłości jest śmierć. Tak budowane i przeżyte małżeństwo staje się z kolei drogą prowadzącą do nieba.

Ktoś bardzo słusznie mógłby jednak w tym miejscu powiedzieć: Wszystko pięknie, ale przecież to jest niewykonalne! Przecież ten cały pomysł na małżeństwo to jakaś niemożliwa idylla, która może i wygląda dobrze na papierze, ale w praktyce jest tak mało ciekawa, jak niemożliwa do zrealizowania. Droga, o której piszesz, to syzyfowa wspinaczka pod górę. Szczyt jest zbyt wysoko, a wspinaczka zbyt nużąca. Ta przysięga jest niemożliwa!

Co zatem odpowiedzieć takiej osobie? Masz rację. Tak. Przysięga małżeńska jest przysięgą niemożliwą do realizacji! Małżeństwo z kolei jest pasmem trudów, błędów, upadków, zranień i cierpienia! Pamiętacie jeszcze “standardową ciocię” z pierwszego wpisu? Wygląda na to, że w jej czarnowidztwie jest sporo racji.

Małżonkowie podchodzący do ołtarza powinni być zatem traktowani jak szaleńcy, którzy biorą udział w misji samobójczej. Sami zresztą powinni mieć świadomość tego, że porywają się na coś, co ich przerasta. Bo tak w istocie jest. Mądrzy narzeczeni wiedzą, że małżeństwo jest ponad ich siły. Wiedzą, że tak naprawdę nie dorastają do wymagań stawianych przez sakrament. Wiedzą, że bardzo dużo im wciąż brakuje.

Dopiero stając w takiej pokorze, w takiej prawdzie względem siebie, mogą z pełnym przekonaniem przysięgę małżeńską dokończyć. Bo nie prosi o pomoc ten, kto myśli, że jej nie potrzebuje. Dopiero po przyjęciu takiej postawy, ostatnie wyrażenie przysięgi będzie naprawdę szczerym wołaniem do Pana. Wołaniem o pomoc w tym, co niemożliwe, o pomoc w tym, co po ludzku zupełnie nieosiągalne.


Bez Boga, ani do proga

Bez Boga, ani do proga – mawiali nasi przodkowie. W tej ludowej sentencji zawierała się głęboka pobożność tych ludzi i wiara w to, że błogosławieństwo Boga jest warunkiem koniecznym w życiu człowieka. Potwierdzali oni w ten sposób słowa Psalmisty:

Jeżeli Pan domu nie zbuduje,
na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą.
Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże,
strażnik czuwa daremnie.

Psalm 127,1-2


Również małżonkowie, wypowiadając swój ślub i widząc jak wielkie zobowiązanie na siebie biorą, mówią: Bez Ciebie Boże, to nawet do proga. Bez Ciebie nie wiemy nawet, czy uda nam się wyjść w zgodzie z tego kościoła. Dlatego na końcu przysięgi dodają tę bardzo uroczystą formułę: (…) tak mi dopomóż, Panie Boże wszechmogący, w Trójcy Jedyny, i wszyscy święci! Wzywają całe niebo, by pomogło im w realizacji tego wspaniałego zadania.

Nie da się oddzielić chrześcijańskiej wizji małżeństwa od Boga. Nie da się zbudować tak doskonałej relacji wyłącznie w oparciu o ludzkie siły. Dlatego nie dziwią słowa znajomego z początkowej historii: Wiary Ci nie zazdroszczę, ale tego małżeństwa Ci cholernie zazdroszczę. Ja bym tak nie umiał. Nic dziwnego. Bez wiary nikt tak nie umie. Nie umiem tego ani ja, ani moja żona. Dlatego nie liczymy tylko na siebie, nie liczymy na nasze ludzkie, zawodne siły, ale wołając od pierwszej minuty naszego małżeństwa Boże pomóż! wybieramy Go, by (jak to określa prorok Jeremiasz) to On był naszą nadzieją.


«Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzewu na stepie, nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście; wybiera miejsca spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną.

Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi; nie obawia się, gdy nadejdzie upał, bo zachowa zielone liście; także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców».

Księga Proroka Jeremiasza 17,5-8


Codzienność z Bogiem

Powyższe słowa proroka jeszcze mocniej obrazują potrzebę nieustannego oddawania każdej chwili Bogu. Takich miejsc w Biblii znajdziemy więcej, jak choćby Psalm 1, czy fragment Ewangelii mówiący o budowaniu na skale. Narzeczeni, którzy wypowiadają słowa przysięgi małżeńskiej wyznają, że chcą czerpać z tego niekończącego się źródła, z tego strumienia, do którego sięgają swoimi korzeniami.

Takie zwrócenie się do Pana w małżeństwie staje się niczym innym, jak powrotem do raju, powrotem do rajskiego ogrodu. Osiąganie świętości w małżeństwie oznacza zatem odkrycie na nowo tego pierwotnego szczęścia i naszej właściwej tożsamości. Jest to powrót do stanu nieustannego kontaktu i bliskości Boga. W Księdze Rodzaju znajduje się zdanie, które od wielu lat mnie fascynuje. Ukazuje ono rajską rzeczywistość w dość poetycki sposób.


Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu.

Księga Rodzaju 3,8


Akcja dzieje się chwilę po tym, gdy pierwsi ludzie spróbowali zakazanego owocu. Do grzechu pierwszych ludzi zaraz przejdziemy. Od dawna spokoju nie dawało mi jednak to wtrącenie pośrodku zdania. W porze kiedy był powiew wiatru. Bibliści pewnie znajdą dla tych słów symboliczne i głębokie wyjaśnienie. Dla mnie jednak pięknie pokazują one codzienność bycia z Bogiem. Bóg przechadzał się po ogrodzie, bo wiało. Wyobrażam sobie, że nie był to pierwszy tego typu Boży spacer. Wyobrażam sobie, że Bóg przechadzał się po ogrodzie regularnie, a to wtrącenie, które z pozoru nic nie wnosi, tylko potwierdza zwyczajność tej sytuacji. Tak, jakby rolnik powiedział: Jaki fajny, rześki powiew! Pójdę się przejść!

Życie małżonków, którzy na serio biorą swoją przysięgę małżeńską, staje się właśnie takim codziennym byciem z Bogiem. Bogiem, który przechadza się po ich domu, który uczestniczy w zabawach z dziećmi, który błogosławi całej codzienności. Bogiem, który sprawia, że ten dom, ta codzienność, coraz bardziej przypomina rajski ogród, a małżonkowie coraz wyraźniej widzą siebie i ukazują się sobie nawzajem, jako obraz i podobieństwo Stwórcy. Dlatego, że czerpiąc z właściwego źródła stają się jak On.

Nie są oni jak chowający się przed Bogiem Adam i Ewa. Pierwsi ludzie też chcieli być jak Bóg. Ich motywacje były bardzo podobne do motywacji małżonków stojących przed ołtarzem. Jednak Adam i Ewa pokładali ufność w człowieku, w sobie samych, i chcieli stać się jak Bóg za pomocą własnych sił. Wszyscy wiemy jak dalej potoczyła się ta historia. Małżonkowie wołający Boże pomóż! niejako naprawiają ten błąd. I oni rzeczywiście stają się jak Bóg. Dzieje się to jednak dzięki Jego łasce. Tacy małżonkowie prawdziwie stają się sakramentem. Widzialnym znakiem, niewidzialnej łaski. Tacy małżonkowie prawdziwie stają się winem, o którym pisałem w jednym z wcześniejszych wpisów. Winem, które jest pełne koloru i smaku – tak jak ich miłość.


Rok posuchy

No dobrze – zawoła znów sceptyk – ale przecież życie to nie kroczenie po rajskiej łące, a najczęściej zwykła harówa! Życie jest ciężkie! A gdyby tego było mało – pojawiają się kryzysy, choroby, nieszczęścia. Ta przysięga jest nadal niemożliwa!

I po raz kolejny nie sposób się z tym nie zgodzić. Rzeczywiście, w życiu nie brakuje momentów, które cytowany wyżej Jeremiasz określa jako rok posuchy. Momentów, które sprawiają, że ten nasz rajski ogród bardziej przypomina zachwaszczoną działkę. Czasami są to problemy z dzieckiem, które wyrzucają małżonków z tego kawałka ogrodu, który udało im się do tej pory zaorać. Czasami jest to choroba rodzica, który teraz wymaga ogromu uwagi, a to sprawia, że zaniedbujemy nasz mały park kieszonkowy. Czasami są to piętrzące się w pracy problemy. Znów, można by mnożyć bez końca. Co na to jednak mówi Jeremiasz?

Człowiek, który nie pokłada nadziei w sobie nie obawia się, gdy nadejdzie upał, bo zachowa zielone liście; Ktoś, kto pokłada ufność w Panu także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców. Życie blisko Boga nie gwarantuje nam bezproblemowego życia. Bóg nie mówi, że żyjąc z Nim nigdy nie doświadczymy posuchy i upału. Życie blisko Boga nie gwarantuje nam braku cierpienia. Gdyby tak było – Chrystus byłby najmniej cierpiącą osobą w dziejach. Życie blisko Boga nieraz wydaje się wiązać nawet z większym niż normalne cierpieniem!

Ale to nic nie zmienia. Bo nawet jeśli przychodzi rok posuchy – owocujemy. Nawet jeśli małżonkowie z jakiegoś powodu przechodzą bardzo trudny czas – wydają owoce! Odwołanie się do Boga na końcu przysięgi zmienia zupełnie perspektywę. Zmienia sposób patrzenia na nasz związek. Bo już nie tylko my we dwójkę go budujemy, ale do pomocy wezwaliśmy całe niebo!


Razem z niebem

Wróćmy jeszcze raz do obrazu z Kany Galilejskiej i do interpretacji tego wydarzenia towarzyszącej słowom za żonę / za męża. Pisałem wtedy, że „Maryja jest reprezentantką całej ludzkości. W końcu któż inny może lepiej niż ona reprezentować nas wszystkich. W jej słowach człowiek mówi do Boga: Nie mam już wina. W moim związku nie ma już miłości, nie ma pasji, nie ma uczucia. Pomóż! To dramatyczne wołanie nas wszystkich, wyrażające, że chcemy więcej, chcemy pięknie kochać, chcemy być piękni i chcemy budować piękne relacje.” Wołanie Nie mamy już wina jest tym samym wołaniem, które wznoszą małżonkowie na końcu przysięgi. Boże, dopomóż!

I Bóg odpowiada. Bóg nie zostawia nas sierotami (por. J 14,18). Nie zostawia małżonków z pustymi dzbanami po winie. Na pomoc małżonkom przybywa całe niebo! Od tego momentu to małżeństwo to nie tylko sprawa dwojga ludzi, ponieważ związek ten nie jest oparty wyłącznie na nich. Od tego momentu Bóg nie jest tylko świadkiem małżeństwa wymienionym przed rozpoczęciem przysięgi. Bóg jest pełnoprawną częścią tego związku. Tylko od małżonków zależy to, czy w budowanie małżeństwa Boga włączą.

Jak jednak korzystać z tej pomocy? Jak budować miłość razem z Bogiem? Pewien mądry ksiądz powiedział mi kiedyś, że modlitwy uczymy się tylko przez modlitwę. Pragnienie modlitwy rozpalamy tylko modląc się. Podobnie jest z wieloma innymi rzeczami, nie tylko przynależącymi do przestrzeni duchowej. Nie da się nauczyć wystąpień publicznych bez występowania publicznie i nie da się nauczyć śpiewu tylko poprzez czytanie teorii o budowie strun głosowych.

Podobnie z miłością. Miłość jest cnotą, a cnoty można i należy zdobywać i rozwijać. Uczymy się jej kochając. Miłości zaś, która swoje źródło ma w Bogu uczymy się poprzez przebywanie z Bogiem. A nie ma lepszego sposobu na przebywanie z Bogiem, niż Eucharystia. Eucharystia, która jest dosłownie dotknięciem Boga. Która pozwala posilić się Bogiem, zaczerpnąć ze źródła. Bo ostatecznie to działa w ten sposób, że my robimy ile w naszej mocy, ale tak naprawdę to łaska Boża sprawia, że możliwe jest to, o czym pisałem w całym cyklu.

Sprowadzić to można zatem do zdania św. Tomasza z Akwinu, który pisał: Gratia praesupponit naturam et perficit eam  (Łaska zakłada naturę i ją doskonali). Potrzebna jest zatem zarówno łaska, jak i praca małżonków (natura). Sama natura potrzebuje uświęcenia. Sama łaska nie ma z kolei na czym budować. Cnota miłości jest zatem nabywana przez małżonków przez pracę, którą wykonują budując codziennie swój związek, a także wlewana przez Boga, dzięki temu, że żyją oni blisko Niego, trwają w łasce uświęcającej i czerpią moc ze źródła Eucharystii.

Pozwólcie, że w tym miejscu zacytuję jeszcze jeden, nieco dłuższy fragment Pisma Świętego. Jest to Ewangelia, którą wybraliśmy na dzień naszego ślubu. Wybór tego fragmentu pokazuje mi, że już wtedy towarzyszyła mi intuicja, która później wybrzmiała w całej serii małżeńskiej. Ewangelia ta wspaniale łączy się ze wszystkimi wcześniejszymi rozważaniami. Jest to fragment modlitwy arcykapłańskiej Jezusa, którą odmówił w czasie ostatniej wieczerzy. Moment ten odnosi nas właśnie do Eucharystii – źródła miłości, a poprzez Eucharystię do krzyża – wzoru miłości aż po śmierć. I choć wprost modlitwa ta dotyczy apostołów, obejmuje wszystkich wierzących, a w sposób szczególny małżonków. We fragmencie tym słyszymy właśnie o zanurzaniu się w Bogu, o stawaniu się jedno w Bogu, o stawaniu się jak Bóg.


W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, modlił się tymi słowami

«Ojcze Święty, nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś.

I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, że Ty Mnie posłałeś i że Ty ich umiłowałeś, tak jak Mnie umiłowałeś.

Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata.

Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem, i oni poznali, że Ty Mnie posłałeś. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich».”

Ewangelia wg św. Jana 17,20-26


Zachęcam wszystkich małżonków i wszystkich przygotowujących się do ślubu do wracania do tego fragmentu i medytowania nad nim. Zachęcam do budowania właśnie takiej jedności, właśnie takiej miłości. Miłości, która czerpie z właściwego źródła – Chrystusa. Aby w każdym małżeństwie realizowała się głęboka myśl ojców Kościoła, która mówi o tym, że Syn Boży stał się człowiekiem, aby uczynić nas Bogiem (por. KKK 460).


Tylko lepiej

Mój pierwszy wpis z serii o przysiędze zatytułowałem “Tylko lepiej”. Pisałem wtedy, że te dwa słowa obrałem jako hasło przewodnie mojego małżeństwa. Tylko lepiej. Wciąż w to wierzę. Po kilku latach pisania tego cyklu – ani trochę się nie przeterminowały. Codziennie pracujemy na to, by w naszym małżeństwie tak właśnie było. Czy to oznacza, że jest idealnie? Czy to znaczy, że wszystko co zawarłem w tej serii udaje nam się realizować? Nie! Oczywiście, że nie! Ani ja, ani moja żona nie jesteśmy idealni. Obydwoje popełniamy błędy, wciąż jesteśmy grzesznymi ludźmi. Wciąż daleko nam do doskonałej miłości, wierności, uczciwości i obecności.

Cały czas przeżywamy różne rozczarowania, irytacje, złości i frustracje. Lata posuchy przeplatają się z latami dobrej pogody. W żadnym jednak miejscu nie kłóci się to z ideą Tylko lepiej. Tylko lepiej, to nie to samo co mniej cierpienia. Tylko lepiej, to nie więcej śmieszkowania i mojego specyficznego humoru. Tylko lepiej, to nie więcej czasu na seriale, rower, książki, czy inne hobby. Tylko lepiej, to nie łatwiej.

Tylko lepiej, to lepiej. Lepiej, czyli bliżej tego, o co chodzi w małżeństwie. Lepiej, czyli odrobinę bliżej Boga. Lepiej, czyli trochę bardziej świadomie, codziennie wchodzić do Raju. Czasami dzieje się to przez radość. Czasami dzieje się to przez wzruszenia i piękne chwile. Czasami lepiej, to z kolei trud, a niekiedy nawet cierpienie.

Lepiej nie zakłada też, że już teraz jesteśmy w miejscu docelowym. Nie zakłada, że wchodząc w małżeństwo musimy być idealni. Oznacza wzrost. Niczym Jeremiaszowe drzewo, które zasadzone jest nad strumieniem i każdego dnia pnie się nieco wyżej ku niebu. Tylko lepiej, tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny, i wszyscy święci.

Amen.

Polub i skomentu ten wpis na moim Facebooku

Artykuł Tak mi dopomóż… – #13 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.

...more
View all episodesView all episodes
Download on the App Store

Szary na białymBy Arkadiusz Szarek