
Sign up to save your podcasts
Or


Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ
Trochę wstyd się przyznać, ale pod koniec studiów miałem taki okres w swoim życiu, w którym zaniedbałem wizyty u dentysty. Nie odwiedziłem żadnego chyba przez jakieś 3 lata. Ostatecznie stwierdziłem jednak, że trzeba coś z tym zrobić, żeby odciągnąć w czasie dzień, w którym będę mógł jeść wyłącznie zmiksowane pokarmy.
Pierwsza wizyta po takim czasie okazała się bolesna tak samo dla mnie, jak i dla mojego portfela. Sytuacji nie poprawiał fakt, że takich wizyt w najbliższych tygodniach czekało mnie jeszcze kilka. W końcu jednak, po załataniu kilku dziur w uzębieniu i wydrążeniu kilku kolejnych w budżecie domowym, usłyszałem słowa, na które od dawna czekałem: “Następnym razem widzimy się już na zwykłej wizycie kontrolnej.” Odetchnąłem z ulgą i od razu wpisałem do kalendarza przypomnienie, by za kilka miesięcy zadzwonić do mojego dentysty.
Jedna miłość – różne miłości
Co mają wspólnego nieleczone zęby i przysięga małżeńska? Okazuje się, że całkiem sporo. O tym jednak za chwilę. W moich rozważaniach na temat kolejnych jej słów jestem już zdecydowanie za połową i małymi krokami zbliżam się do końca. W tym wpisie chciałbym skupić się na tym, co kryje się pod słowem uczciwość. Jeśli jesteście na bieżąco z moimi tekstami, wiecie już z pewnością, że słowem-kluczem przysięgi jest miłość. To właśnie poprzez miłość staram się interpretować kolejne słowa: wierność-uczciwość-obecność, które tworzą pewnego rodzaju triadę, która jest rozwinięciem słowa miłość. Wszystkie te zobowiązania wypływają z miłości i pokazują nam jak powinna ona wyglądać. Pokazują nam jej wielowymiarowość i wielowarstwowość. Wszystkie reprezentują też różne przestrzenie, w których w małżeństwie możemy stawać się świętymi.
Słowa te, w pewien sposób możemy połączyć z greckimi określeniami opisującymi różne rodzaje miłości. W dwóch poprzednich wpisach zająłem się miłością agape (do której odnosi nas słowo miłość) oraz eros (wierność). Na tej samej zasadzie słowo uczciwość połączyć możemy z greckim filia.
Filia to miłość, którą najczęściej opisuje się po prostu jako przyjaźń. Filia określa głęboki związek między osobami, wynikający z wzajemnego poznania i zrozumienia. Zatem to przyjaźń staje się drugą przestrzenią (po erosie), w której małżonkowie mają budować swoją relację, pracować nad swoją miłością i docelowo – stawać się świętymi. Nieprzypadkowe (choć może dla niektórych początkowo zaskakujące) jest też umieszczenie uczciwości po słowie wierność. Zauważmy jednak, że ułożenie trzech rodzajów miłości (eros-filia-storge) odpowiada temu, z jaką intensywnością zazwyczaj przeżywamy je na różnych etapach naszych związków.
Początkowi związku najczęściej towarzyszy największe natężenie emocji. Jest to czas tzw. motyli w brzuchu, rodzącej się namiętności. Młode małżeństwa częściej współżyją ze sobą, w porównaniu do tych z większym stażem. To właśnie eros najbardziej daje o sobie znać przez pierwsze lata. Jest to też czas, w którym związki dużo częściej się rozpadają, a wśród przyczyn z pewnością możemy wymienić nagromadzenie nieokiełznanych emocji.
Z czasem jednak ich intensywność spada, a my uczymy się je kontrolować i komunikować. Kolejnym etapem relacji staje się dominacja miłości przyjacielskiej (filia). Oczywiście nie musi się to wiązać, a nawet nie powinno, z zanikiem miłości romantycznej. Ta, choć w innym natężeniu, powinna nam towarzyszyć cały czas. Poznawanie siebie sprawia jednak, że sposób przeżywania relacji staje się zauważalnie inny. Zaryzykuję nawet użycie słowa – głębszy. To nie jest tak, że miłość przyjacielska wypiera miłość romantyczną. Ona ją uzupełnia, nadaje jej dodatkowego kontekstu i wartości, a z czasem staje się na tyle budująca, że w małżeńskiej codzienności “wyprzedza” miłość eros.
Nie jest to jednak jeszcze koniec. Bo zaraz za słowem uczciwość czeka jeszcze nie opuszczę, które odnosi nas do miłości storge – tej wynikającej z więzów krwi i bardzo mocnej więzi budowanej przez lata. To właśnie storge jest płaszczyzną, na której, po wielu latach bycia ze sobą, małżonkowie poruszają się z największą swobodą.
Widzimy zatem, że przeżywanie relacji różni się na różnych etapach związku. Płaszczyzny te wzajemnie się przenikają i uzupełniają, a praca nad każdą z nich rozpoczyna się już w pierwszych dniach istnienia relacji. Budowanie i zrozumienie jednych przychodzi nam łatwiej, na inne potrzebujemy lat. Przyjaźń z pewnością jest jednym z tych obszarów, które wymagają więcej czasu, i związane z nią postępy nie przychodzą same. W budowaniu przyjaźni, o której piszę dzisiaj, z pewnością niezbędnymi są wysiłek i zaangażowanie.
Przy-jaźń
Decyzja jaką jest miłość, pociąga za sobą szereg konsekwencji. Jedną z nich jest to, że chcąc pracować nad wzajemną miłością, chcąc budować związek, chcąc poprzez małżeństwo dążyć do świętości, siłą rzeczy musimy nieustannie poznawać drugą osobę. Sporo na ten temat napisałem już we wpisie mówiącym o słowie Ciebie. Skupiłem się w nim jednak na tym, co należy wiedzieć o drugiej osobie, i jak dokładne poznanie wpisane jest w zobowiązania przysięgi małżeńskiej. Dzisiaj chciałbym ugryźć ten temat od nieco innej strony. Bo przyjaźnią (filia) określamy zazwyczaj nie pewien poziom wiedzy o drugim człowieku, ale naszą postawę względem niego.
Już samo polskie słowo przyjaźń jest niesamowicie ciekawym słowem i bardzo wiele może nam powiedzieć o charakterze tej relacji. Spróbujmy je podzielić na dwie części.
Przy-jaźń.
Przy jaźni.
Jaźń przy jaźni.
Zastanówmy się nad słowem jaźń, które jest składową przyjaźni. W tym miejscu proszę wszystkich czytających to psychologów i osoby, które mają zdecydowanie lepszą wiedzę w tym temacie o wybaczenie, bo z pewnością nie uniknę pewnych uproszczeń. Encyklopedia PWN podaje dwie definicje jaźni:
Jest to zatem pewna część nas, która określa nas jako odrębną jednostkę, coś, co sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Jest to głęboka część naszej osobowości, która wydaje się być wręcz fundamentalna dla naszego funkcjonowania w świecie. Jaźń jest głęboko ukryta, wręcz częściowo zakryta przed nami samymi. Jaźń definiuje nas jako osoby.
Przy-jaźń będzie zatem tak bliską relacją dwóch osób, dwóch ja, że te dwie jaźnie wydają się wręcz przylegać do siebie, istnieć zaraz obok siebie. Aby to zobrazować, posłużę się pewnym typem ikony – Eleusa. Jest to ikona Bogurodzicy, która z czułością pochyla się w stronę trzymanego na ręku Syna i przytula swój policzek do Jego policzka. Przy-jaźń. Dwie jaźnie, dwie dusze z czułością przytulające się do siebie, niczym Maryja tuląca Chrystusa.
Nie z każdym jesteśmy w stanie przytulić się policzkiem, ucałować w policzek. Jest to gest, który rezerwujemy tylko dla najbliższych. Jest to gest bardzo czytelny i dla wszystkich zrozumiały. Czasami bywa wręcz nadużywany, by podnieść rangę niekoniecznie aż tak dobrych relacji. Wyciągając ku drugiej osobie swą twarz, swój policzek, okazujemy zaufanie. Ufamy, że druga osoba w ten policzek nie uderzy, nie zrobi nam krzywdy. Pokazujemy swoją wrażliwość.
To, co widoczne na poziomie fizycznym w geście przytulenia, może zachodzić również na poziomie psychiki, na poziomie duszy. Przy-jaźń, filia, oznacza stanięcie bezbronnym naprzeciw drugiej osoby. Oznacza pokazanie swej wrażliwości, obnażenie z zaufaniem miejsc, które bardzo łatwo zranić. Przyjaźń oznacza pełną otwartość.
W ten sposób poprzez słowa filia i przyjaźń wracamy do słowa uczciwość. Nie da się przecież zbudować zdrowego, trwałego i udanego związku bez otwartości, bez szczerości i bez ukazania żonie, czy mężowi, wszystkich, nawet najbardziej wrażliwych i podatnych na zranienie części naszej duszy. Zadaniem drugiej osoby jest z kolei objęcie z czułością tych wszystkich miejsc; zwłaszcza tych, które związane są z bólem, cierpieniem. Słowo uczciwość wymaga od małżonków stania się jak ikona, jak Eleusa.
Takiej bliskości, takiej czułości i otwartości na siebie nawzajem nie da się stworzyć bez tytułowej uczciwości, bez absolutnej szczerości i bez regularnych, głębokich rozmów o wszystkim, co się u nas dzieje; bez pokazania prawdy o sobie, choćby była trudna i bolesna. Kiedyś, obserwując różne relacje i rodziny stworzyłem pewną tezę. Nie mam na jej poparcie niczego ponad własne obserwacje, ale kolejne lata życia coraz mocniej mnie w niej utwierdzają. Uważam, że zdecydowanej większości problemów małżeńskich, rodzinnych, problemów w relacjach, rozwodów, kłótni i różnego rodzaju tragedii dałoby się uniknąć, gdybyśmy umieli i chcieli ze sobą rozmawiać. I, oczywiście, nie chodzi mi tutaj o najprostsze rozmowy o tym, jak nam minął dzień i co przydarzyło się w pracy. Mówię tutaj o rozmowach, które są zbliżaniem się do siebie jaźni, które sprawiają, że poznajemy duszę drugiej osoby.
Takie rozmowy nie są łatwe. Wiem o tym. Codzienność zwykle jest tak angażująca, że trudno poruszyć w ciągu dnia tematy zaliczane do większego kalibru. Zauważył to także ks. Henri Caffarel – założyciel największego na świecie katolickiego ruchu dla małżeństw – Equipes Notre Dame. Małżonkom wstępującym do END (w tym także mi i mojej żonie) ruch proponuje genialną w swej prostocie metodę. Znana jest ona też członkom Domowego Kościoła, który pełnymi garściami czerpie z tego co ks. Caffarel zaproponował małżeństwom. W Domowym Kościele metoda ta nazywana jest Dialogiem małżeńskim, w ruchu END – Zasiądźmy razem. Wstępując do ruchu zobowiązujemy się do kilku rzeczy, a jedną z nich jest comiesięczna, zaplanowana, głęboka rozmowa. Pozwólcie, że poniżej podzielę się tym, jak te rozmowy u nas wyglądają.
Pierwszą, ważną i bardzo cenną rzeczą jest to, że odbywamy takie spotkania w sposób systematyczny i regularny. Dzięki temu wiemy, że z pewnymi zagadnieniami, których omówienie wymaga czasu, możemy poczekać na ten dogodny moment. Nie próbujemy tego robić w nieodpowiedniej chwili, gdzieś w czasie kolacji, czy między innymi zadaniami.
Planujemy czas i przestrzeń. Bywa tak, że Zasiądźmy razem kończymy po godzinie. Innym razem rozmowa trwa kilka godzin. Wiem, że nie zawsze jest to możliwe (np. ze względu na małe dzieci), ale dobrze mieć swobodę czasową i zarezerwowany np. cały wieczór, by minutnik w zegarku nie stawał się arbitrem w ważnych sprawach naszego życia. Równie ważne jest miejsce zapewniające intymność i swobodę. Czasami popłyną łzy, innym razem będziemy się głośno śmiać. Planujemy zatem takie miejsce, by czuć się w nim po prostu dobrze.
Rozmowę tę rozpoczynamy modlitwą. Wiemy, że jesteśmy niedoskonali, że czasami dajemy się ponieść emocjom, że nie zawsze umiemy wszystko powiedzieć (i usłyszeć) tak, jak powinniśmy. Dlatego już na początku prosimy Boga o to, by rozmawiał razem z nami, by pomógł nam się komunikować. Na końcu z kolei prosimy Go, by pomógł nam wytrwać w tym, co postanowiliśmy.
Każda taka rozmowa wygląda trochę inaczej, bo i sprawy, które w danym momencie przeżywamy, są inne. Czasami planujemy daleką przyszłość, innym razem analizujemy to co się wydarzyło ostatnio. Jeszcze innym razem opowiadamy sobie nawzajem o naszej relacji z Bogiem, o tym, z czym się w danym momencie zmagamy. To, co łączy te rozmowy, to pełna otwartość i zobowiązanie się przed sobą nawzajem, że pozwolimy drugiej osobie mówić tak długo, jak tylko potrzebuje.
Nie da się szczerze i poważnie rozmawiać bez założenia, że druga strona chce dobra dla nas obydwojga. Czasami możemy się sprzeczać, co dla nas jest w danym momencie najlepsze, czasami możemy po prostu nie umieć za tym dobrem podążać, możemy okazać się zbyt słabi. Nie można jednak nigdy założyć, że druga osoba jest zła. Razem chcemy dążyć do świętości i niezależnie od tego, gdzie się w danym momencie znajdujemy, rozmowa ta ma być okazją do tego, by zrobić choć jeden, mały krok ku doskonalszej miłości. I wiemy, że obydwoje tego chcemy.
Czasami tym krokiem będzie plan zrobienia czegoś. Czasami będzie to z kolei coś bardziej subtelnego, jak ukazanie sobie nawzajem swojego piękna i dobra. Przyjaciel jest niekiedy określany lustrem, w którym możemy się przejrzeć. To właśnie bliska osoba, ta która zna nas najlepiej, może nam pokazać prawdę o nas samych, o tym, że jesteśmy pełni piękna i dobra. Może nam też pokazać miejsca, w których musimy nad prawdą, pięknem i dobrem pracować. Próbujemy widzieć siebie i nasze małżeństwo takim, jakim jest naprawdę, z całym jego pięknem, ale i niedomaganiem. Dialog ten nie jest zatem czasem obrzucania się błotem. Nie jest wywlekaniem starych brudów. Dialog ten jest próbą stanięcia w prawdzie, zarówno tej bolesnej, jak i tej pięknej.
Jeśli w ostatnim czasie nie było między nami zgody, dobrze będzie, jeśli taka rozmowa zakończy się przebaczeniem. Odnoszę wrażenie, że u nas słowo przepraszam jest jednym z częściej padających w tym czasie. Bardzo mocno wzięliśmy sobie do serca to, co pisał św. Paweł:
„Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!”
List do Efezjan 4,26
Wszelkie drobne nieporozumienia, codzienne złości, staramy się wyjaśniać od razu, by słońce nie zaszło nad naszym gniewem. Taka postawa pomaga w codziennym oczyszczaniu się z niepotrzebnych frustracji i nie kumulowaniu ich. Czasami jest jednak trudniej, bo nie do końca wiemy, co jest przyczyną naszego rozdrażnienia. Zasiądźmy razem, dialog małżeński, staje się świetną okazją do tego, by tych przyczyn poszukać i sobie nawzajem przebaczyć.
Każdą taką rozmowę staramy się zakończyć (oprócz modlitwy) jakimś postanowieniem. Jakąś, choćby drobną, rzeczą, nad którą będziemy pracowali w najbliższym miesiącu. A po miesiącu, razem zweryfikujemy, czy nam to wyszło i spróbujemy zrobić kolejny, mały krok ku świętości, spróbujemy zbliżyć jaźń do jaźni, stanąć w uczciwości.
Takie rozmowy nie są łatwe. Ale jak to zwykle bywa – praktyka czyni mistrza. Czasami trzeba wielu prób, by w końcu otworzyć się na tyle, by pozwolić drugiej osobie zbliżyć się do najczulszych miejsc naszego wnętrza. Świadectwa małżeństw z naszego ruchu pokazują jednak, że warto. I bardzo często pojawiają się w nich zdania: Jesteśmy ze sobą tak długo, a jeszcze nigdy tak nie rozmawialiśmy!, albo: Po tylu latach, nareszcie zrozumiałam mojego męża/ zrozumiałem moją żonę.
Zapraszając ponad dwustu gości na nasz ślub odwiedziliśmy sporo rodzin. Wszystkie te spotkania zamazały i zlały się już w mojej pamięci, poza jednym. Pamiętam, że gdy weszliśmy do jednego z domów, poczułem, że w środku powietrze jest kilka razy gęstsze, niż na zewnątrz. I wcale nie chodziło o gotujący się na kuchence obiad. Był to dom, w którym w powietrzu wręcz unosiły się niewyjaśnione sprawy i naprzemiennie tłumione i wybuchające emocje. Na stole stały szklanki w plastikowych koszyczkach, z których parowała herbatka. Znalazło się nawet jakieś ciastko. Gospodarzom nerwowy uśmiech nie schodził z twarzy. I choć do dzisiaj nie potrafię wskazać, co dokładnie było nie tak, wiedziałem, że nie jest to miejsce, w którym chciałbym żyć i był to dom, z którego wyszedłem z pewnego rodzaju ulgą.
Pozwólcie, że przytoczę jeszcze jedną historię. Znałem kiedyś pewne przedziwne małżeństwo. Żyli ze sobą ponad pięćdziesiąt lat, mieli kilkoro dzieci, ale przez ostatnie 30 lat ani raz się do siebie nie odezwali! Nawet ich znajomi nie pamiętali już do końca o co poszło i co wywołało tak wielką obojętność względem siebie. Osobiście uważam, że na pewno do takiego stanu nie doprowadziło tylko jedno wydarzenie. Wzajemna niechęć i niezrozumienie musiały narastać latami, by w końcu wybuchnąć w kulminacyjnym momencie. Wybuchnąć tak mocno, że obydwoje, do końca życia, mimo dzielenia wciąż jednego domu, zarzekali się, że nie chcą po śmierci dzielić jednego grobu.
Wróćmy też wreszcie do historii ze wstępu – tej z zębami. Co one wszystkie mają ze sobą wspólnego? Uważam, że głęboka i szczera rozmowa, jest jak wizyta u dentysty. Jeśli robimy to regularnie, może skończyć się na wyczyszczeniu kamienia, ewentualnie załataniu małego ubytku. Cały ból to lekko odrętwiała szczęka i można wrócić do normalności. Zaniedbanie się w tym względzie zaczyna jednak boleć coraz mocniej, a poprawa sytuacji jest coraz trudniejsza i wiąże się z coraz większym cierpieniem i kosztem.
To sytuacja rodziny z drugiej historii. Masa niewyjaśnionych spraw, oschłość w zwracaniu się do siebie nawzajem, wiele niewypowiedzianych, a bardzo potrzebnych słów. Niby wszystko jest w porządku, ale to tylko pozory. Zęby już bolą, choć wciąż możemy się uśmiechać i udawać, że wszystko okej. Z zewnątrz widać już jednak, że coś jest nie tak, że to uśmiech, za którym momentami pojawia się ból. Cały czas da się jeszcze coś z tym zrobić, choć jest to coraz trudniejsze.
Historia pokłóconego małżeństwa to sytuacja prawie bez odwrotu (choć nigdy nie jest tak beznadziejnie, by nie dało się jeszcze czegoś zrobić). To zaniedbania, które nawarstwiały się latami. Tutaj nawet nikt nie myśli o czułości, o przy-jaźni. Tutaj mamy otwartą wrogość.
Nikt chyba nie chce dla siebie małżeństwa podobnego do tych z powyższych historii. Nikt, kto składa przysięgę małżeńską, nie chce cichych dni przez 30 lat życia. Nikt nie chce zbudować domu, w którym nasza dusza nie może złapać oddechu. Mimo to, jest to codzienność tak wielu rodzin. Rodzin, które tego nie planowały i nie chciały. I możemy się zarzekać, że nas to na pewno nie spotka, że nasza sytuacja będzie inna, że my jesteśmy inni, mądrzejsi. Przypuszczam, że oni kiedyś też tak myśleli.
Jak zatem tego uniknąć? Potrzeba nieustannej czułości i bliskości. Tulenia się duszy do duszy. Wskazywania sobie nawzajem miejsc, w których możemy stać się lepsi, w których potrzeba naszego nawrócenia. Wskazywania sobie miejsc, które są w nas piękne, które już teraz są ikoną, obrazem Boga.
I żeby nie kończyć tego tekstu tylko opisem wyzwań i trudności, pozwolę sobie wtrącić jeszcze jedno spostrzeżenie. Małżeństwa, które otwarcie i często ze sobą rozmawiają, małżeństwa które w sposób świadomy dążą do coraz doskonalszej jedności, mocniejszej przyjaźni, poza więzią stwarzają też coś, co mnie zawsze zachwyca. Jest to ich własny język. Składa się on z wymyślonych przez lata słów, półsłówek, skojarzeń, wtrąceń, gestów, mruknięć, spojrzeń, które tylko oni rozumieją.
Niedawno gościliśmy przez dwa dni naszego znajomego. W którymś momencie zdałem sobie sprawę, że razem z Anią prowadzimy dość rozbudowaną komunikację, której istnienia nie jest on nawet świadom! No ale jak miał być świadom, skoro zupełnie nie znał „naszego” języka? Inni moi znajomi są międzynarodową parą. Ich codzienna komunikacja to miks trzech języków (polskiego, angielskiego i włoskiego) i jest ona praktycznie niezrozumiała dla osób z zewnątrz.
Takich pozytywnych “skutków ubocznych” budowania relacji jest oczywiście o wiele więcej. Przez przysięgę małżeńską bierzemy na siebie zadanie, jakim jest budowanie właśnie takiej przyjaźni. Przyjaźni, która oparta jest na pełnej otwartość i regularnym spotykaniu się dwóch dusz. Przyjaźni, która jest piękna, ale też momentami trudna.
Podsumowując, widzimy zatem, że podobnie jak przy słowie wierność, tak też i w słowie uczciwość zawiera się zdecydowanie więcej, niż literalnie rozumiane nie będę kłamał. To ledwo plan minimum.
Artykuł Uczciwość – #10 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.
By Arkadiusz SzarekWpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ
Trochę wstyd się przyznać, ale pod koniec studiów miałem taki okres w swoim życiu, w którym zaniedbałem wizyty u dentysty. Nie odwiedziłem żadnego chyba przez jakieś 3 lata. Ostatecznie stwierdziłem jednak, że trzeba coś z tym zrobić, żeby odciągnąć w czasie dzień, w którym będę mógł jeść wyłącznie zmiksowane pokarmy.
Pierwsza wizyta po takim czasie okazała się bolesna tak samo dla mnie, jak i dla mojego portfela. Sytuacji nie poprawiał fakt, że takich wizyt w najbliższych tygodniach czekało mnie jeszcze kilka. W końcu jednak, po załataniu kilku dziur w uzębieniu i wydrążeniu kilku kolejnych w budżecie domowym, usłyszałem słowa, na które od dawna czekałem: “Następnym razem widzimy się już na zwykłej wizycie kontrolnej.” Odetchnąłem z ulgą i od razu wpisałem do kalendarza przypomnienie, by za kilka miesięcy zadzwonić do mojego dentysty.
Jedna miłość – różne miłości
Co mają wspólnego nieleczone zęby i przysięga małżeńska? Okazuje się, że całkiem sporo. O tym jednak za chwilę. W moich rozważaniach na temat kolejnych jej słów jestem już zdecydowanie za połową i małymi krokami zbliżam się do końca. W tym wpisie chciałbym skupić się na tym, co kryje się pod słowem uczciwość. Jeśli jesteście na bieżąco z moimi tekstami, wiecie już z pewnością, że słowem-kluczem przysięgi jest miłość. To właśnie poprzez miłość staram się interpretować kolejne słowa: wierność-uczciwość-obecność, które tworzą pewnego rodzaju triadę, która jest rozwinięciem słowa miłość. Wszystkie te zobowiązania wypływają z miłości i pokazują nam jak powinna ona wyglądać. Pokazują nam jej wielowymiarowość i wielowarstwowość. Wszystkie reprezentują też różne przestrzenie, w których w małżeństwie możemy stawać się świętymi.
Słowa te, w pewien sposób możemy połączyć z greckimi określeniami opisującymi różne rodzaje miłości. W dwóch poprzednich wpisach zająłem się miłością agape (do której odnosi nas słowo miłość) oraz eros (wierność). Na tej samej zasadzie słowo uczciwość połączyć możemy z greckim filia.
Filia to miłość, którą najczęściej opisuje się po prostu jako przyjaźń. Filia określa głęboki związek między osobami, wynikający z wzajemnego poznania i zrozumienia. Zatem to przyjaźń staje się drugą przestrzenią (po erosie), w której małżonkowie mają budować swoją relację, pracować nad swoją miłością i docelowo – stawać się świętymi. Nieprzypadkowe (choć może dla niektórych początkowo zaskakujące) jest też umieszczenie uczciwości po słowie wierność. Zauważmy jednak, że ułożenie trzech rodzajów miłości (eros-filia-storge) odpowiada temu, z jaką intensywnością zazwyczaj przeżywamy je na różnych etapach naszych związków.
Początkowi związku najczęściej towarzyszy największe natężenie emocji. Jest to czas tzw. motyli w brzuchu, rodzącej się namiętności. Młode małżeństwa częściej współżyją ze sobą, w porównaniu do tych z większym stażem. To właśnie eros najbardziej daje o sobie znać przez pierwsze lata. Jest to też czas, w którym związki dużo częściej się rozpadają, a wśród przyczyn z pewnością możemy wymienić nagromadzenie nieokiełznanych emocji.
Z czasem jednak ich intensywność spada, a my uczymy się je kontrolować i komunikować. Kolejnym etapem relacji staje się dominacja miłości przyjacielskiej (filia). Oczywiście nie musi się to wiązać, a nawet nie powinno, z zanikiem miłości romantycznej. Ta, choć w innym natężeniu, powinna nam towarzyszyć cały czas. Poznawanie siebie sprawia jednak, że sposób przeżywania relacji staje się zauważalnie inny. Zaryzykuję nawet użycie słowa – głębszy. To nie jest tak, że miłość przyjacielska wypiera miłość romantyczną. Ona ją uzupełnia, nadaje jej dodatkowego kontekstu i wartości, a z czasem staje się na tyle budująca, że w małżeńskiej codzienności “wyprzedza” miłość eros.
Nie jest to jednak jeszcze koniec. Bo zaraz za słowem uczciwość czeka jeszcze nie opuszczę, które odnosi nas do miłości storge – tej wynikającej z więzów krwi i bardzo mocnej więzi budowanej przez lata. To właśnie storge jest płaszczyzną, na której, po wielu latach bycia ze sobą, małżonkowie poruszają się z największą swobodą.
Widzimy zatem, że przeżywanie relacji różni się na różnych etapach związku. Płaszczyzny te wzajemnie się przenikają i uzupełniają, a praca nad każdą z nich rozpoczyna się już w pierwszych dniach istnienia relacji. Budowanie i zrozumienie jednych przychodzi nam łatwiej, na inne potrzebujemy lat. Przyjaźń z pewnością jest jednym z tych obszarów, które wymagają więcej czasu, i związane z nią postępy nie przychodzą same. W budowaniu przyjaźni, o której piszę dzisiaj, z pewnością niezbędnymi są wysiłek i zaangażowanie.
Przy-jaźń
Decyzja jaką jest miłość, pociąga za sobą szereg konsekwencji. Jedną z nich jest to, że chcąc pracować nad wzajemną miłością, chcąc budować związek, chcąc poprzez małżeństwo dążyć do świętości, siłą rzeczy musimy nieustannie poznawać drugą osobę. Sporo na ten temat napisałem już we wpisie mówiącym o słowie Ciebie. Skupiłem się w nim jednak na tym, co należy wiedzieć o drugiej osobie, i jak dokładne poznanie wpisane jest w zobowiązania przysięgi małżeńskiej. Dzisiaj chciałbym ugryźć ten temat od nieco innej strony. Bo przyjaźnią (filia) określamy zazwyczaj nie pewien poziom wiedzy o drugim człowieku, ale naszą postawę względem niego.
Już samo polskie słowo przyjaźń jest niesamowicie ciekawym słowem i bardzo wiele może nam powiedzieć o charakterze tej relacji. Spróbujmy je podzielić na dwie części.
Przy-jaźń.
Przy jaźni.
Jaźń przy jaźni.
Zastanówmy się nad słowem jaźń, które jest składową przyjaźni. W tym miejscu proszę wszystkich czytających to psychologów i osoby, które mają zdecydowanie lepszą wiedzę w tym temacie o wybaczenie, bo z pewnością nie uniknę pewnych uproszczeń. Encyklopedia PWN podaje dwie definicje jaźni:
Jest to zatem pewna część nas, która określa nas jako odrębną jednostkę, coś, co sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Jest to głęboka część naszej osobowości, która wydaje się być wręcz fundamentalna dla naszego funkcjonowania w świecie. Jaźń jest głęboko ukryta, wręcz częściowo zakryta przed nami samymi. Jaźń definiuje nas jako osoby.
Przy-jaźń będzie zatem tak bliską relacją dwóch osób, dwóch ja, że te dwie jaźnie wydają się wręcz przylegać do siebie, istnieć zaraz obok siebie. Aby to zobrazować, posłużę się pewnym typem ikony – Eleusa. Jest to ikona Bogurodzicy, która z czułością pochyla się w stronę trzymanego na ręku Syna i przytula swój policzek do Jego policzka. Przy-jaźń. Dwie jaźnie, dwie dusze z czułością przytulające się do siebie, niczym Maryja tuląca Chrystusa.
Nie z każdym jesteśmy w stanie przytulić się policzkiem, ucałować w policzek. Jest to gest, który rezerwujemy tylko dla najbliższych. Jest to gest bardzo czytelny i dla wszystkich zrozumiały. Czasami bywa wręcz nadużywany, by podnieść rangę niekoniecznie aż tak dobrych relacji. Wyciągając ku drugiej osobie swą twarz, swój policzek, okazujemy zaufanie. Ufamy, że druga osoba w ten policzek nie uderzy, nie zrobi nam krzywdy. Pokazujemy swoją wrażliwość.
To, co widoczne na poziomie fizycznym w geście przytulenia, może zachodzić również na poziomie psychiki, na poziomie duszy. Przy-jaźń, filia, oznacza stanięcie bezbronnym naprzeciw drugiej osoby. Oznacza pokazanie swej wrażliwości, obnażenie z zaufaniem miejsc, które bardzo łatwo zranić. Przyjaźń oznacza pełną otwartość.
W ten sposób poprzez słowa filia i przyjaźń wracamy do słowa uczciwość. Nie da się przecież zbudować zdrowego, trwałego i udanego związku bez otwartości, bez szczerości i bez ukazania żonie, czy mężowi, wszystkich, nawet najbardziej wrażliwych i podatnych na zranienie części naszej duszy. Zadaniem drugiej osoby jest z kolei objęcie z czułością tych wszystkich miejsc; zwłaszcza tych, które związane są z bólem, cierpieniem. Słowo uczciwość wymaga od małżonków stania się jak ikona, jak Eleusa.
Takiej bliskości, takiej czułości i otwartości na siebie nawzajem nie da się stworzyć bez tytułowej uczciwości, bez absolutnej szczerości i bez regularnych, głębokich rozmów o wszystkim, co się u nas dzieje; bez pokazania prawdy o sobie, choćby była trudna i bolesna. Kiedyś, obserwując różne relacje i rodziny stworzyłem pewną tezę. Nie mam na jej poparcie niczego ponad własne obserwacje, ale kolejne lata życia coraz mocniej mnie w niej utwierdzają. Uważam, że zdecydowanej większości problemów małżeńskich, rodzinnych, problemów w relacjach, rozwodów, kłótni i różnego rodzaju tragedii dałoby się uniknąć, gdybyśmy umieli i chcieli ze sobą rozmawiać. I, oczywiście, nie chodzi mi tutaj o najprostsze rozmowy o tym, jak nam minął dzień i co przydarzyło się w pracy. Mówię tutaj o rozmowach, które są zbliżaniem się do siebie jaźni, które sprawiają, że poznajemy duszę drugiej osoby.
Takie rozmowy nie są łatwe. Wiem o tym. Codzienność zwykle jest tak angażująca, że trudno poruszyć w ciągu dnia tematy zaliczane do większego kalibru. Zauważył to także ks. Henri Caffarel – założyciel największego na świecie katolickiego ruchu dla małżeństw – Equipes Notre Dame. Małżonkom wstępującym do END (w tym także mi i mojej żonie) ruch proponuje genialną w swej prostocie metodę. Znana jest ona też członkom Domowego Kościoła, który pełnymi garściami czerpie z tego co ks. Caffarel zaproponował małżeństwom. W Domowym Kościele metoda ta nazywana jest Dialogiem małżeńskim, w ruchu END – Zasiądźmy razem. Wstępując do ruchu zobowiązujemy się do kilku rzeczy, a jedną z nich jest comiesięczna, zaplanowana, głęboka rozmowa. Pozwólcie, że poniżej podzielę się tym, jak te rozmowy u nas wyglądają.
Pierwszą, ważną i bardzo cenną rzeczą jest to, że odbywamy takie spotkania w sposób systematyczny i regularny. Dzięki temu wiemy, że z pewnymi zagadnieniami, których omówienie wymaga czasu, możemy poczekać na ten dogodny moment. Nie próbujemy tego robić w nieodpowiedniej chwili, gdzieś w czasie kolacji, czy między innymi zadaniami.
Planujemy czas i przestrzeń. Bywa tak, że Zasiądźmy razem kończymy po godzinie. Innym razem rozmowa trwa kilka godzin. Wiem, że nie zawsze jest to możliwe (np. ze względu na małe dzieci), ale dobrze mieć swobodę czasową i zarezerwowany np. cały wieczór, by minutnik w zegarku nie stawał się arbitrem w ważnych sprawach naszego życia. Równie ważne jest miejsce zapewniające intymność i swobodę. Czasami popłyną łzy, innym razem będziemy się głośno śmiać. Planujemy zatem takie miejsce, by czuć się w nim po prostu dobrze.
Rozmowę tę rozpoczynamy modlitwą. Wiemy, że jesteśmy niedoskonali, że czasami dajemy się ponieść emocjom, że nie zawsze umiemy wszystko powiedzieć (i usłyszeć) tak, jak powinniśmy. Dlatego już na początku prosimy Boga o to, by rozmawiał razem z nami, by pomógł nam się komunikować. Na końcu z kolei prosimy Go, by pomógł nam wytrwać w tym, co postanowiliśmy.
Każda taka rozmowa wygląda trochę inaczej, bo i sprawy, które w danym momencie przeżywamy, są inne. Czasami planujemy daleką przyszłość, innym razem analizujemy to co się wydarzyło ostatnio. Jeszcze innym razem opowiadamy sobie nawzajem o naszej relacji z Bogiem, o tym, z czym się w danym momencie zmagamy. To, co łączy te rozmowy, to pełna otwartość i zobowiązanie się przed sobą nawzajem, że pozwolimy drugiej osobie mówić tak długo, jak tylko potrzebuje.
Nie da się szczerze i poważnie rozmawiać bez założenia, że druga strona chce dobra dla nas obydwojga. Czasami możemy się sprzeczać, co dla nas jest w danym momencie najlepsze, czasami możemy po prostu nie umieć za tym dobrem podążać, możemy okazać się zbyt słabi. Nie można jednak nigdy założyć, że druga osoba jest zła. Razem chcemy dążyć do świętości i niezależnie od tego, gdzie się w danym momencie znajdujemy, rozmowa ta ma być okazją do tego, by zrobić choć jeden, mały krok ku doskonalszej miłości. I wiemy, że obydwoje tego chcemy.
Czasami tym krokiem będzie plan zrobienia czegoś. Czasami będzie to z kolei coś bardziej subtelnego, jak ukazanie sobie nawzajem swojego piękna i dobra. Przyjaciel jest niekiedy określany lustrem, w którym możemy się przejrzeć. To właśnie bliska osoba, ta która zna nas najlepiej, może nam pokazać prawdę o nas samych, o tym, że jesteśmy pełni piękna i dobra. Może nam też pokazać miejsca, w których musimy nad prawdą, pięknem i dobrem pracować. Próbujemy widzieć siebie i nasze małżeństwo takim, jakim jest naprawdę, z całym jego pięknem, ale i niedomaganiem. Dialog ten nie jest zatem czasem obrzucania się błotem. Nie jest wywlekaniem starych brudów. Dialog ten jest próbą stanięcia w prawdzie, zarówno tej bolesnej, jak i tej pięknej.
Jeśli w ostatnim czasie nie było między nami zgody, dobrze będzie, jeśli taka rozmowa zakończy się przebaczeniem. Odnoszę wrażenie, że u nas słowo przepraszam jest jednym z częściej padających w tym czasie. Bardzo mocno wzięliśmy sobie do serca to, co pisał św. Paweł:
„Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!”
List do Efezjan 4,26
Wszelkie drobne nieporozumienia, codzienne złości, staramy się wyjaśniać od razu, by słońce nie zaszło nad naszym gniewem. Taka postawa pomaga w codziennym oczyszczaniu się z niepotrzebnych frustracji i nie kumulowaniu ich. Czasami jest jednak trudniej, bo nie do końca wiemy, co jest przyczyną naszego rozdrażnienia. Zasiądźmy razem, dialog małżeński, staje się świetną okazją do tego, by tych przyczyn poszukać i sobie nawzajem przebaczyć.
Każdą taką rozmowę staramy się zakończyć (oprócz modlitwy) jakimś postanowieniem. Jakąś, choćby drobną, rzeczą, nad którą będziemy pracowali w najbliższym miesiącu. A po miesiącu, razem zweryfikujemy, czy nam to wyszło i spróbujemy zrobić kolejny, mały krok ku świętości, spróbujemy zbliżyć jaźń do jaźni, stanąć w uczciwości.
Takie rozmowy nie są łatwe. Ale jak to zwykle bywa – praktyka czyni mistrza. Czasami trzeba wielu prób, by w końcu otworzyć się na tyle, by pozwolić drugiej osobie zbliżyć się do najczulszych miejsc naszego wnętrza. Świadectwa małżeństw z naszego ruchu pokazują jednak, że warto. I bardzo często pojawiają się w nich zdania: Jesteśmy ze sobą tak długo, a jeszcze nigdy tak nie rozmawialiśmy!, albo: Po tylu latach, nareszcie zrozumiałam mojego męża/ zrozumiałem moją żonę.
Zapraszając ponad dwustu gości na nasz ślub odwiedziliśmy sporo rodzin. Wszystkie te spotkania zamazały i zlały się już w mojej pamięci, poza jednym. Pamiętam, że gdy weszliśmy do jednego z domów, poczułem, że w środku powietrze jest kilka razy gęstsze, niż na zewnątrz. I wcale nie chodziło o gotujący się na kuchence obiad. Był to dom, w którym w powietrzu wręcz unosiły się niewyjaśnione sprawy i naprzemiennie tłumione i wybuchające emocje. Na stole stały szklanki w plastikowych koszyczkach, z których parowała herbatka. Znalazło się nawet jakieś ciastko. Gospodarzom nerwowy uśmiech nie schodził z twarzy. I choć do dzisiaj nie potrafię wskazać, co dokładnie było nie tak, wiedziałem, że nie jest to miejsce, w którym chciałbym żyć i był to dom, z którego wyszedłem z pewnego rodzaju ulgą.
Pozwólcie, że przytoczę jeszcze jedną historię. Znałem kiedyś pewne przedziwne małżeństwo. Żyli ze sobą ponad pięćdziesiąt lat, mieli kilkoro dzieci, ale przez ostatnie 30 lat ani raz się do siebie nie odezwali! Nawet ich znajomi nie pamiętali już do końca o co poszło i co wywołało tak wielką obojętność względem siebie. Osobiście uważam, że na pewno do takiego stanu nie doprowadziło tylko jedno wydarzenie. Wzajemna niechęć i niezrozumienie musiały narastać latami, by w końcu wybuchnąć w kulminacyjnym momencie. Wybuchnąć tak mocno, że obydwoje, do końca życia, mimo dzielenia wciąż jednego domu, zarzekali się, że nie chcą po śmierci dzielić jednego grobu.
Wróćmy też wreszcie do historii ze wstępu – tej z zębami. Co one wszystkie mają ze sobą wspólnego? Uważam, że głęboka i szczera rozmowa, jest jak wizyta u dentysty. Jeśli robimy to regularnie, może skończyć się na wyczyszczeniu kamienia, ewentualnie załataniu małego ubytku. Cały ból to lekko odrętwiała szczęka i można wrócić do normalności. Zaniedbanie się w tym względzie zaczyna jednak boleć coraz mocniej, a poprawa sytuacji jest coraz trudniejsza i wiąże się z coraz większym cierpieniem i kosztem.
To sytuacja rodziny z drugiej historii. Masa niewyjaśnionych spraw, oschłość w zwracaniu się do siebie nawzajem, wiele niewypowiedzianych, a bardzo potrzebnych słów. Niby wszystko jest w porządku, ale to tylko pozory. Zęby już bolą, choć wciąż możemy się uśmiechać i udawać, że wszystko okej. Z zewnątrz widać już jednak, że coś jest nie tak, że to uśmiech, za którym momentami pojawia się ból. Cały czas da się jeszcze coś z tym zrobić, choć jest to coraz trudniejsze.
Historia pokłóconego małżeństwa to sytuacja prawie bez odwrotu (choć nigdy nie jest tak beznadziejnie, by nie dało się jeszcze czegoś zrobić). To zaniedbania, które nawarstwiały się latami. Tutaj nawet nikt nie myśli o czułości, o przy-jaźni. Tutaj mamy otwartą wrogość.
Nikt chyba nie chce dla siebie małżeństwa podobnego do tych z powyższych historii. Nikt, kto składa przysięgę małżeńską, nie chce cichych dni przez 30 lat życia. Nikt nie chce zbudować domu, w którym nasza dusza nie może złapać oddechu. Mimo to, jest to codzienność tak wielu rodzin. Rodzin, które tego nie planowały i nie chciały. I możemy się zarzekać, że nas to na pewno nie spotka, że nasza sytuacja będzie inna, że my jesteśmy inni, mądrzejsi. Przypuszczam, że oni kiedyś też tak myśleli.
Jak zatem tego uniknąć? Potrzeba nieustannej czułości i bliskości. Tulenia się duszy do duszy. Wskazywania sobie nawzajem miejsc, w których możemy stać się lepsi, w których potrzeba naszego nawrócenia. Wskazywania sobie miejsc, które są w nas piękne, które już teraz są ikoną, obrazem Boga.
I żeby nie kończyć tego tekstu tylko opisem wyzwań i trudności, pozwolę sobie wtrącić jeszcze jedno spostrzeżenie. Małżeństwa, które otwarcie i często ze sobą rozmawiają, małżeństwa które w sposób świadomy dążą do coraz doskonalszej jedności, mocniejszej przyjaźni, poza więzią stwarzają też coś, co mnie zawsze zachwyca. Jest to ich własny język. Składa się on z wymyślonych przez lata słów, półsłówek, skojarzeń, wtrąceń, gestów, mruknięć, spojrzeń, które tylko oni rozumieją.
Niedawno gościliśmy przez dwa dni naszego znajomego. W którymś momencie zdałem sobie sprawę, że razem z Anią prowadzimy dość rozbudowaną komunikację, której istnienia nie jest on nawet świadom! No ale jak miał być świadom, skoro zupełnie nie znał „naszego” języka? Inni moi znajomi są międzynarodową parą. Ich codzienna komunikacja to miks trzech języków (polskiego, angielskiego i włoskiego) i jest ona praktycznie niezrozumiała dla osób z zewnątrz.
Takich pozytywnych “skutków ubocznych” budowania relacji jest oczywiście o wiele więcej. Przez przysięgę małżeńską bierzemy na siebie zadanie, jakim jest budowanie właśnie takiej przyjaźni. Przyjaźni, która oparta jest na pełnej otwartość i regularnym spotykaniu się dwóch dusz. Przyjaźni, która jest piękna, ale też momentami trudna.
Podsumowując, widzimy zatem, że podobnie jak przy słowie wierność, tak też i w słowie uczciwość zawiera się zdecydowanie więcej, niż literalnie rozumiane nie będę kłamał. To ledwo plan minimum.
Artykuł Uczciwość – #10 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.