19. Są takie dni, dobrze je znasz, dni bez żadnego kształtu, bez celu, bez nadziei, dni płytkiego oddechu i wyschniętego gardła. Przychodzi wtedy nagłym lśnieniem, czyimś słowem, ciepłym dotykiem. To było w Wenecji, wiele lat temu, wieczór zapadł perłową mgłą, uliczki przechodziły jedna w drugą, rozwijały się w mosty, latarnie wisiały nad nimi jak przyczajone żelazne pająki. Szłam przed siebie, tylko po to, żeby iść, owinięta w wełniany szal, z trudem łapiąc oddech, mijałam kawiarniane towarzystwo i wracających do domów sklepikarzy, aż nagle w jednej z bram dojrzałam białe skrzydło: przesunęło się wzdłuż muru, i przepadło w czeluściach podwórza.