
Sign up to save your podcasts
Or


Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ
Jest poniedziałkowy wieczór. Ten wieczór, kiedy zaczynam pisać poniższy tekst. Jest to dosyć ekscytujące, bo pisząc te pierwsze linijki nie mam pojęcia jak moje przemyślenia dotyczące słowa “wierność” będą ostatecznie wyglądać.
Zwykle każdy wpis rozpoczynam od otworzenia pliku tekstowego o wdzięcznym tytule: Przysięga małżeńska – Zbiór. To tutaj, od wielu lat, kolekcjonuję różne myśli i natchnienia dotyczące poszczególnych słów przysięgi małżeńskiej. Tak jest i tym razem. Scrolluję do miejsca, w którym znajduje się słowo wierność. Jest! Na szóstej stronie. Poprzednie pięć udało mi się już przerobić z nieskładnych pojedynczych zdań, do (mam nadzieję) w miarę spójnych tekstów.
Pełen nadziei spoglądam niżej, by złapać się jakiejś myśli, która pozwoli mi choćby rozpocząć ten wpis. Może nawet będzie tam kilka zdań, które staną się zrębem kolejnych akapitów. Tymczasem pod hasłem Wierność widnieje tylko jedno słowo – Rozwinąć.
Cóż… czeka mnie zatem trudniejsze niż zwykle zadanie. Trudne również z tego względu, że słowo wierność porusza najbardziej intymne i delikatne sfery małżeństwa. Może właśnie dlatego bałem się go do tej pory dotykać.
Myślę, że rozważania o słowie wierność należy tak naprawdę zacząć w tym samym momencie, w którym zakończyłem tekst mówiący o poprzednim słowie przysięgi – słowie miłość. Bo właśnie miłość jest źródłem z którego wypływają słowa wierność, uczciwość i obecność (słowa obecność używam jako jednowyrazowego streszczenia wyrażenia: oraz że Cię nie opuszczę). To właśnie słowo miłość jest właściwym kontekstem do zrozumienia całej drugiej części małżeńskiego ślubowania. Poprzez nie, jak przez soczewkę, będziemy patrzeć na słowa wierność, uczciwość i kolejne. Słowa te są z kolei dla mnie opisem kolejnych przestrzeni, na których może realizować się i wzrastać miłość małżeńska.
Miłość, którą ślubujemy w przysiędze, można odnieść do greckiego słowa agape. Określa ono miłość doskonałą, miłość ofiarną, niezważającą na ja lecz w całości ukierunkowaną na ty. Miłość ta najpełniej wyraziła się w krzyżu Chrystusa i to właśnie On jest dla nas wzorem miłości. Jest to miłość pełna i trwała. Odporna na wszelkie życiowe i emocjonalne zawirowania. Miłość, która jest decyzją, a nie tylko chwilowym uniesieniem.
Czytając moje poprzednie wpisy można zadać sobie pytanie, które i mnie nieco nurtuje. Czy w tak rozumianej miłości jest w ogóle miejsce na romantyzm (któremu oberwało się ode mnie we wpisie o słowie biorę)? Czy jest miejsce na motyle w brzuchu, uniesienia i namiętności? Czy stoi ona w sprzeczności z emocjonalnością? A może miłość, o której już tyle napisałem, to tylko chłodna kalkulacja, ukierunkowana na realizację pewnych celów, niezależnie od tego jak się z tym czujemy?
Z odpowiedzią na te wątpliwości przychodzi właśnie słowo wierność. I tak jak miłość mogliśmy połączyć z greckim słowem agape, tak wierność możemy odnieść od greckiego słowa eros. Eros to również określenie na miłość. Jest to miłość zmysłowa, miłość romantyczna, a także fizyczna. Słowo wierność, poprzez eros, wprowadza nam zatem do przysięgi małżeńskiej ogromną przestrzeń naszej emocjonalności i seksualności. Jest to przestrzeń bardzo delikatna, przestrzeń, w której można szybko zgubić właściwą perspektywę.
Może właśnie z tego powodu eros bywa wręcz niekiedy przeciwstawiane agape, jakoby było jego zaprzeczeniem. I rzeczywiście, między tymi dwoma słowami, między tymi dwiema miłościami istnieje pewne napięcie. Napięcie to przenosi się później na nasze relacje. Emocjonalność i seksualność to przecież przestrzenie, w których mogą powstać najgłębsze rozłamy między małżonkami. Niekiedy tak głębokie, że prowadzące do rozpadu małżeństwa. Są to sfery bardzo wrażliwe i intymne, i z tego powodu dużo mocniej niż inne narażone na zranienia. Niekiedy tak bolesne, że trudno je wybaczyć, nawet po wielu latach. Czy zatem eros musi zostać przeciwstawiony agape? Czy to napięcie może zostać w jakiś sposób rozładowane?
Jakiś czas temu jedna ze znajomych oznaczyła mnie na Facebooku przy bardzo ciekawym pytaniu. Dlaczego w przysiędze małżeńskiej ślubujemy miłość, wierność, uczciwość, oraz że Cię nie opuszczę…, a przy nakładaniu obrączek mowa jest już tylko o miłości i wierności? Muszę przyznać, że orzech do zgryzienia był na tyle twardy, że w czasie czytania aż zabolały mnie zęby.
Rzeczywiście, mogłoby się wydawać, że albo w tekście wypowiadanym przy nakładaniu obrączek zgubiono część postanowień, albo z jakiegoś powodu do miłości (która zawiera w sobie wszystkie pozostałe postanowienia) dodano akurat tylko wierność. Po przemyśleniu sprawy uświadomiłem sobie, że ma to jednak sens. Podobnie jak sens ma postawienie wierności zaraz za miłością w tekście przysięgi. Cała przestrzeń naszej zmysłowości, emocjonalności i cielesności rzeczywiście może stać miejscem, w którym powstaną dewastujące związek napięcia i rany. To w tych przestrzeniach możemy najszybciej oddalić się od ideału miłości – agape. Aby tego uniknąć musimy postawić eros nie naprzeciw agape, ale paradoksalnie zaraz obok. Czyli dokładnie tak, jak w przysiędze małżeńskiej i dokładnie tak, jak w czasie nakładania obrączek. Bo to właśnie poprzez słowo miłość należy interpretować kolejne słowa przysięgi, a szczególnie słowo wierność.
I tutaj nareszcie dochodzimy do tego, do czego zbieram się od początku. W małżeństwie jest miejsce na uczucia i emocje, jest miejsce na namiętność i zmysłowość, jest miejsce na romantyzm, seksualność i cielesność, ale staną się one naprawdę piękne i budujące wtedy, gdy będziemy na nie patrzeć przez pryzmat miłości ofiarnej, miłości agape. Innymi słowy – romantyzm nie może stać się fundamentem związku, bo nie taka jest jego rola. Romantyzm jest przestrzenią, w której miłość może się rozwijać i umacniać. Ale nie być jej przyczyną. To odpowiednie ułożenie kolejności i hierarchii jest tutaj kluczowe. Romantyzm i wszystko to, co stoi za słowem wierność, jest sługą miłości, a nie jej panem. To miłość nadaje sens romantyzmowi, a nie odwrotnie. To miłość ofiarna, miłość rozumiana jako decyzja, nadaje smak całej sferze uczuć, namiętności i seksualności, a nie odwrotnie. I właśnie dlatego w przysiędze najpierw wypowiadamy słowo miłość, by dopiero w dalszej kolejności mówić o wierności. Obrączka z kolei jest nieustannym przypomnieniem, że te dwa słowa są ze sobą nierozerwalnie związane i nie da się realizować budującego i jednoczącego eros bez agape.
Gdy mówi się o seksualności w kontekście małżeństwa katolickiego, wielu osobom od razu przychodzi na myśl bardzo długa lista nakazów i zakazów, które Kościół komunikuje małżonkom. To wolno przed ślubem, a tamtego nie, a innych rzeczy to ani przed ani po, itd. Pisząc wpis taki jak ten, istnieje pewna pokusa, by również pójść choć odrobinę w tym kierunku. Powstrzymam się jednak od tego. To, co wolno, a czego nie wolno, z łatwością można znaleźć w Internecie. Wydaje mi się, że jest to też naprawdę dokładnie omawiane w ramach kursów przedmałżeńskich. Nie czuję zatem potrzeby, by powtarzać coś, co albo każdy dobrze zna, albo może z łatwością poznać.
Zdecydowanie rzadziej o seksualności mówi się jako o darze. Rzadziej próbuje się popatrzeć na tę sferę przez pryzmat miłości agape, a częściej akcentuje się napięcie, o którym pisałem wyżej. W tym miejscu dodam tylko, że seksualność rozumiem bardzo szeroko – nie tylko jako same akty seksualne, ale wszystkie nasze cechy i zachowania wynikające z tego, że po pierwsze – jesteśmy ludźmi, a po drugie – jako ludzie posiadamy płeć. I właśnie ta płciowość (będę używał tego słowa zamiennie z seksualnością) jest czymś, co otrzymaliśmy w ogrodzie rajskim jako dar. Popatrzmy na sam początek Starego Testamentu, na pierwszy rozdział Księgi Rodzaju.
Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz,
na obraz Boży go stworzył:
stworzył mężczyznę i niewiastę.
Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich:
«Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną […]».
Księga Rodzaju 1,27-28
W pierwszym zdaniu podaną mamy definicję, o której pisałem wyżej. Jesteśmy ludźmi (Bóg stworzył człowieka) i mamy płeć (Bóg stworzył mężczyznę i niewiastę). I właśnie do tych dwóch osób, które są istotami seksualnymi, płciowymi, Bóg kieruje swoje pierwsze słowa. Słowa, które mogą się wydawać dość zaskakujące. Bądźcie płodni, rozmnażajcie się. Parafrazując je moglibyśmy powiedzieć, że zaraz po tym gdy Adam i Ewa po raz pierwszy otworzyli oczy, gdy w swoje płuca nabrali pierwszy wdech powietrza, usłyszeli: Idźcie współżyć! Jakże zatem w tym kontekście możemy przeciwstawiać ludzką seksualność miłości? Przyjemność wynikająca ze spotkania mężczyzny z kobietą (zarówno ta na poziomie emocjonalnym, uczuciowym, jak i fizycznym) jest czymś, co Bóg dał pierwszym ludziom w darze i wręcz nakazał z tego korzystać. I przeczytamy o tym na pierwszej stronie Pisma Świętego!
Kolejną myślą wynikającą z tego fragmentu jest to, że skoro to polecenie jest pierwszym zdaniem skierowanym do nas przez Boga, to ludzka seksualność jest ważna! A to oznacza, że sfera ta wymaga troski, pracy nad nią, panowania nad nią i ciągłego doskonalenia. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj wielki nacisk kładzie się na potrzebę realizacji wszelkich swoich pragnień, wyrażania wszystkich swoich wewnętrznych stanów i nie ograniczaniu własnej seksualności. Dużo ciszej (albo wcale) mówi się jednak o tym, że seksualność, nasze popędy, a nawet emocje należy poddawać osądowi rozumu. I tak jak ciało należy badać, obserwować i racjonalnie decydować o tym, co jest dla niego dobre, a co złe, tak też należy czynić w obszarze płciowości. Raczej nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że dieta wynikająca z pragnień niektórych osób – oparta wyłącznie na piciu piwa i jedzeniu chipsów, jest dietą zdrową. By zachować nasze ciało w dobrej formie ćwiczymy je i niejednokrotnie odmawiamy sobie przyjemności, bo wiemy, że jest to dla nas zdrowe. Podobnie powinniśmy podejść do naszej seksualności – musimy nieustannie badać, czy realizacja naszych pragnień jest dla nas zdrowa i to nie tylko pod względem fizycznym, ale także psychicznym i duchowym.
Idąc dalej, nie sposób nie dojść do wniosku, że skoro nasza płciowość, nasza emocjonalność i seksualność są darami od Boga, to są one (jak wszystko co od Boga pochodzi) – co do zasady święte. Oczywiście, mamy wolną wolę i realizując ją możemy o tej świętości zapomnieć, wyprzeć ze świadomości, zanegować, a nawet sprofanować. Nie zmieni to jednak faktu, że sfera ta w swoim zamyśle jest jedną z przestrzeni spotkania człowieka z Bogiem.
Ale jakże to!? Mieszać seks ze świętością!?
Tak, wiem, że takie podejście może w niektórych wywołać oburzenie. Na to oburzenie bardzo polecam lekturę księgi Pieśni nad pieśniami. Czego my tam nie znajdziemy! I to w samym środku Pisma Świętego! Już w pierwszym zdaniu mowa jest o pocałunkach! Później jest tylko lepiej – umiłowany porównany jest do woreczka mirry, położonego (uwaga!) pomiędzy piersiami oblubienicy! Dalej znajdziemy fragment, w którym on zaczyna opisywać jej ciało – oczy, włosy, piersi. Umiłowana słysząc ten zestaw komplementów, odpowiada na jego flirty i (w tym miejscu dzieci zasłaniają uszy) zaprasza go do swego ogrodu!
Dalsze rozdziały to kolejne barwne i poetyckie opisy, które intrygują w swojej wieloznaczności. Dlaczego o tym wszystkim piszę? By zburzyć obraz seksualności, jako przestrzeni, w której istnieją tylko zakazy. By przestać o niej mówić jedynie w kontekście grzechu i zagrożeń. Wiem, że taka narracja nie bierze się znikąd, ale nie chciałbym, by ostrzeżenia i reguły przesłoniły całe piękno, które wypływa z płciowości rozumianej jako dar.
Kard. Joseph Ratzinger, jeden z największych teologów ostatnich dziesięcioleci, późniejszy papież Benedykt XVI, w swojej książce Sakrament i misterium zawarł fragment, mówiący o tzw. prasakramentach, które istniały od zarania dziejów. Były nimi: spożywanie posiłku i zjednoczenie płciowe. Pisze o nich tak:
Te biologiczne fakty stanowią prawdziwe aktualizacje strumienia życia, w który włączony jest człowiek i w nim, jako istocie przekraczającej swoją własną naturę, zyskują nowy wymiar, stając się […] szczelinami, przez które na płaszczyznę ludzkiej codzienności spogląda to co wieczne.
Kard Joseph Ratzinger, Sakrament i misterium, s. 29
Wiem, że powyższe zdanie jest zawiłe i trudne, ale w genialny sposób pokazuje ono na czym polega świętość zjednoczenia płciowego. Wydarzenie to, na pierwszy rzut oka, jest czysto biologicznym faktem. Bardzo dobrze to widać w całej dzisiejszej publicystyce dotyczącej seksualności. Skupia się ona na technikach, pozycjach, gadżetach, hormonach, procesach w mózgu, itd. Nie możemy jednak pozostać na tej płaszczyźnie. Ona istnieje, jest prawdziwa, jest ważna, ale seksualność na niej się nie kończy. Seksualność jest szczeliną, przez którą na to co proste, biologiczne i codzienne spogląda wieczność. Wieczność, czyli niebo. Wieczność, czyli Bóg.
Nasza seksualność, nasza emocjonalność i płciowość nie są zatem tylko i wyłącznie pewnymi zdarzeniami o charakterze biologicznym, ale mają charakter duchowy. Więcej nawet – są to miejsca, w których mamy budować naszą świętość! Jeśli zatem moje emocje, moja seksualność, moje namiętności oddalają mnie od Boga, to oznacza, że nie realizuję tak jak powinienem mojej przysięgi małżeńskiej. Jeśli z kolei chcemy stawać się lepsi, bardziej oddani sobie, bardziej zjednoczeni, mocniej kochający, bliżsi ideałowi miłości agape i chcemy to robić we wszystkich obszarach naszej relacji, również w tych związanych z naszymi emocjami, a nawet łóżkiem małżeńskim, to jesteśmy na dobrej drodze. I przy odrobinie wysiłku może udać nam się zbudować krok po kroku świętą emocjonalność, seksualność, świętą przyjemność.
Domyślam się, że niektórym może to nadal zgrzytać w głowie. Po co mieszać Boga do seksu? Po co Go mieszać do namiętności, emocji i wszystkiego tego, co płciowość za sobą pociąga? Choćby dlatego, że On to wymyślił. A skoro wymyślił, to najlepiej wie jak tego używać, jak się tym cieszyć i jak się w tych delikatnych i intymnych przestrzeniach nie krzywdzić. Takie mamy czasy, że aż nazbyt mocno akcentuje się fizyczny i techniczny wymiar naszej seksualności, a zupełnie deprecjonuje się wymiar psychiczny i duchowy, które są w nierozerwalny sposób połączone z płciowością. Na półkach księgarń znajdziemy multum poradników, które z niebywałą precyzją będą mówiły o tym gdzie dotknąć, by było dobrze, a ile minut to źle.
Tymczasem wrócę do słów kard. Ratzingera – płciowość jest szczeliną, przez którą możemy spojrzeć na to co wieczne! Małżonkowie, gdy przeżywają swoje życie intymne we wzajemnym oddaniu się sobie, w duchu miłości agape, która wymaga, by każde z nich stawało się darem, ofiarą dla tego drugiego, tacy małżonkowie mają okazję na krótkie, ale bardzo prawdziwe doświadczenie wieczności. Sami dla siebie stają się znakiem miłości Boga do człowieka, a ich miłość zostaje uświęcona przez miłość samego Boga! Co więcej, pełne duchowe i fizyczne zjednoczenie dwojga ludzi staje się namiastką tego, co dzieje się wewnątrz tajemnicy Trójcy Świętej. Trójcy, która jest jednością Osób – tak jak jednością osób jest akt seksualny.
Powróćmy jeszcze do Księgi Rodzaju i do jej pierwszego rozdziału. W słowach, które Bóg skierował do człowieka znajduje się jeszcze jedno ważne polecenie, o którym nie da się nie wspomnieć. Bądźcie płodni! Jestem świadom, że te dwa słowa obecnie mogą budzić najwięcej emocji w całym obszarze seksualności. Ja jednak znów powstrzymam się od sprowadzenia tego tematu tylko do kilku zdań, które zaczną się od: “wolno / nie wolno”. I ponownie – nie dlatego, że uważam te zasady za nieistotne, ale dlatego, że czasami skupiając się na nich pomijamy całą głębię, która im towarzyszy.
W cytowanym powyżej fragmencie uderzającym jest to, w jakim kontekście Bóg wypowiada pierwsze słowa do pierwszych ludzi. Padają one zaraz po tym, gdy (dwukrotnie) podkreślonym zostaje, że zostali stworzeni na obraz Boga. Zaraz po tym Bóg wypowiada słowa: Bądźcie płodni. Kontekst ten wskazuje nam zatem na naturę samego Boga. Naturą Boga jest miłość i ta miłość jest twórcza, pełna życia, płodna. Bóg jest płodny i dlatego płodny też jest człowiek stworzony na Jego obraz.
Co roku, w czasie wigilii paschalnej ma miejsce obrzęd poświęcenia wody. Kapłan wkłada wtedy paschał – świecę symbolizującą Zmartwychwstałego, do chrzcielnicy wypełnionej wodą. W przedsoborowej liturgii modlił się on wtedy słowami, które tłumaczy się jako:
Niech moc Ducha Świętego zstąpi w wodę wypełniającą to źródło chrzcielne. Niech zapłodni całą tę wodę dając jej moc odradzania.
(Oryg: Descendat in hanc plenitudinem fontis virtus Spiritus Sancti. Totamque huius aquæ substantiam, regenerandi fecundet effectu.)
Missale Romanum, Benedictio Fontis
Wiem, że nasza dzisiejsza wrażliwość z pewnym oporem przyjmuje to, że liturgia mówiła o zapładnianiu wody przez Ducha Świętego (i może z tego powodu dzisiaj ten obrzęd wygląda odrobinę inaczej). Gest ten wydaje się być jeszcze bardziej sugestywny, gdy dodamy do tego fakt, że ojcowie Kościoła (np. św. Efrem) określali chrzcielnicę, jako łono Kościoła, które rodzi jego członków. Widzimy zatem, że najważniejsza liturgia w całym roku bardzo dosadnie wskazuje właśnie na płodną naturę Boga, który chce dawać życie i który jest twórczy.
Człowiek stworzony na obraz Boga ma udział w tej Boskiej naturze. Mąż i żona, tak jak Adam i Ewa, są zaproszeni (i poproszeni) przez Boga o to, by uczestniczyć w tej Boskiej płodności. W ten sposób człowiek dostaje ogromne i bardzo odpowiedzialne zadanie kontynuacji dzieła stworzenia, które zapoczątkował Bóg. Płodność człowieka w najbardziej oczywisty sposób wyraża się poprzez otwarcie się na nowe życie i rodzenie nowego życia. Ale oczywiście na tym się nie kończy. Wezwanie do udziału w Bożej płodności to również wezwanie do bycia twórczym, kreatywnym, sprawczym, do kontynuacji dzieła zaludniania i uprawiania ogrodu jakim jest świat.
Tak rozumiana płodność jest dla małżonków darem i skarbem i w sposób naturalny wypływa z ich miłości. Realizacja tej płodności jest z kolei czymś, co staje się pięknym owocem ich miłości. Ponadto, staje się ona kolejną szczeliną, przez którą dwoje ludzi może spojrzeć na naturę samego Boga.
Gdy popatrzymy na naszą całą płciowość i emocjonalność w ten sposób, dostrzeżemy wielki dar. Dostrzeżemy, że Bóg chce, byśmy cieszyli się romantyzmem, cieszyli się naszymi emocjami, namiętnościami i naszą fizycznością. Przecież to wszystko powstało dla nas! Z drugiej strony, są to przestrzenie, które łatwo spłycić, a nawet zepsuć. Dlatego wymagają szczególnej uwagi i ostrożności. Dlatego może tak wiele w tych obszarach zakazów i nakazów, o których mówi się na kursach przedmałżeńskich. Są to jednak przestrzenie, które mogą nam pomóc stać się świętymi. To miejsca, w których naprawdę możemy doświadczyć nieba i świętości.
Czy zatem w małżeństwie, w naszych związkach, jest miejsce na romantyzm i namiętność? Jak najbardziej tak! Ale dzieje się tak dlatego, że Bóg chciał uświęcić te przestrzenie, chciał uświęcić romantyzm, a nawet uświęcić eros. W tym kontekście nasza biologiczność i fizyczność nie są przeszkodą, lecz jedną z dróg do naszego uświęcenia. Dzięki temu ten święty romantyzm, święty eros nie tylko daje radość małżonkom, nie tylko zbliża ich do siebie, nie tylko jest czymś pięknym i dobrym, ale sprawia, że poprzez niego jest im bliżej nieba.
Wydaje mi się też, że gdy w ten sposób popatrzymy na słowo wierność, to oczywistym stanie się to, że wymaga ono od nas zdecydowanie więcej, niż tylko braku pozamałżeńskiego współżycia. Powiedziałbym, że to jest opcja minimum, a niestety, tylko jako to minimum jest to słowo zwykle rozumiane. Gdy popatrzymy na naszą seksualność i emocjonalność jak na miejsca naszego uświęcenia, to słowo wierność zacznie wymagać od nas tego, by zerwać ze wszystkim, co nas od tej świętości oddala. Z drugiej strony okaże się ono wcale niemałym wysiłkiem, by tego świętego romantyzmu i świętej namiętności codziennie się uczyć.
Artykuł Wierność – #09 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.
By Arkadiusz SzarekWpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ
Jest poniedziałkowy wieczór. Ten wieczór, kiedy zaczynam pisać poniższy tekst. Jest to dosyć ekscytujące, bo pisząc te pierwsze linijki nie mam pojęcia jak moje przemyślenia dotyczące słowa “wierność” będą ostatecznie wyglądać.
Zwykle każdy wpis rozpoczynam od otworzenia pliku tekstowego o wdzięcznym tytule: Przysięga małżeńska – Zbiór. To tutaj, od wielu lat, kolekcjonuję różne myśli i natchnienia dotyczące poszczególnych słów przysięgi małżeńskiej. Tak jest i tym razem. Scrolluję do miejsca, w którym znajduje się słowo wierność. Jest! Na szóstej stronie. Poprzednie pięć udało mi się już przerobić z nieskładnych pojedynczych zdań, do (mam nadzieję) w miarę spójnych tekstów.
Pełen nadziei spoglądam niżej, by złapać się jakiejś myśli, która pozwoli mi choćby rozpocząć ten wpis. Może nawet będzie tam kilka zdań, które staną się zrębem kolejnych akapitów. Tymczasem pod hasłem Wierność widnieje tylko jedno słowo – Rozwinąć.
Cóż… czeka mnie zatem trudniejsze niż zwykle zadanie. Trudne również z tego względu, że słowo wierność porusza najbardziej intymne i delikatne sfery małżeństwa. Może właśnie dlatego bałem się go do tej pory dotykać.
Myślę, że rozważania o słowie wierność należy tak naprawdę zacząć w tym samym momencie, w którym zakończyłem tekst mówiący o poprzednim słowie przysięgi – słowie miłość. Bo właśnie miłość jest źródłem z którego wypływają słowa wierność, uczciwość i obecność (słowa obecność używam jako jednowyrazowego streszczenia wyrażenia: oraz że Cię nie opuszczę). To właśnie słowo miłość jest właściwym kontekstem do zrozumienia całej drugiej części małżeńskiego ślubowania. Poprzez nie, jak przez soczewkę, będziemy patrzeć na słowa wierność, uczciwość i kolejne. Słowa te są z kolei dla mnie opisem kolejnych przestrzeni, na których może realizować się i wzrastać miłość małżeńska.
Miłość, którą ślubujemy w przysiędze, można odnieść do greckiego słowa agape. Określa ono miłość doskonałą, miłość ofiarną, niezważającą na ja lecz w całości ukierunkowaną na ty. Miłość ta najpełniej wyraziła się w krzyżu Chrystusa i to właśnie On jest dla nas wzorem miłości. Jest to miłość pełna i trwała. Odporna na wszelkie życiowe i emocjonalne zawirowania. Miłość, która jest decyzją, a nie tylko chwilowym uniesieniem.
Czytając moje poprzednie wpisy można zadać sobie pytanie, które i mnie nieco nurtuje. Czy w tak rozumianej miłości jest w ogóle miejsce na romantyzm (któremu oberwało się ode mnie we wpisie o słowie biorę)? Czy jest miejsce na motyle w brzuchu, uniesienia i namiętności? Czy stoi ona w sprzeczności z emocjonalnością? A może miłość, o której już tyle napisałem, to tylko chłodna kalkulacja, ukierunkowana na realizację pewnych celów, niezależnie od tego jak się z tym czujemy?
Z odpowiedzią na te wątpliwości przychodzi właśnie słowo wierność. I tak jak miłość mogliśmy połączyć z greckim słowem agape, tak wierność możemy odnieść od greckiego słowa eros. Eros to również określenie na miłość. Jest to miłość zmysłowa, miłość romantyczna, a także fizyczna. Słowo wierność, poprzez eros, wprowadza nam zatem do przysięgi małżeńskiej ogromną przestrzeń naszej emocjonalności i seksualności. Jest to przestrzeń bardzo delikatna, przestrzeń, w której można szybko zgubić właściwą perspektywę.
Może właśnie z tego powodu eros bywa wręcz niekiedy przeciwstawiane agape, jakoby było jego zaprzeczeniem. I rzeczywiście, między tymi dwoma słowami, między tymi dwiema miłościami istnieje pewne napięcie. Napięcie to przenosi się później na nasze relacje. Emocjonalność i seksualność to przecież przestrzenie, w których mogą powstać najgłębsze rozłamy między małżonkami. Niekiedy tak głębokie, że prowadzące do rozpadu małżeństwa. Są to sfery bardzo wrażliwe i intymne, i z tego powodu dużo mocniej niż inne narażone na zranienia. Niekiedy tak bolesne, że trudno je wybaczyć, nawet po wielu latach. Czy zatem eros musi zostać przeciwstawiony agape? Czy to napięcie może zostać w jakiś sposób rozładowane?
Jakiś czas temu jedna ze znajomych oznaczyła mnie na Facebooku przy bardzo ciekawym pytaniu. Dlaczego w przysiędze małżeńskiej ślubujemy miłość, wierność, uczciwość, oraz że Cię nie opuszczę…, a przy nakładaniu obrączek mowa jest już tylko o miłości i wierności? Muszę przyznać, że orzech do zgryzienia był na tyle twardy, że w czasie czytania aż zabolały mnie zęby.
Rzeczywiście, mogłoby się wydawać, że albo w tekście wypowiadanym przy nakładaniu obrączek zgubiono część postanowień, albo z jakiegoś powodu do miłości (która zawiera w sobie wszystkie pozostałe postanowienia) dodano akurat tylko wierność. Po przemyśleniu sprawy uświadomiłem sobie, że ma to jednak sens. Podobnie jak sens ma postawienie wierności zaraz za miłością w tekście przysięgi. Cała przestrzeń naszej zmysłowości, emocjonalności i cielesności rzeczywiście może stać miejscem, w którym powstaną dewastujące związek napięcia i rany. To w tych przestrzeniach możemy najszybciej oddalić się od ideału miłości – agape. Aby tego uniknąć musimy postawić eros nie naprzeciw agape, ale paradoksalnie zaraz obok. Czyli dokładnie tak, jak w przysiędze małżeńskiej i dokładnie tak, jak w czasie nakładania obrączek. Bo to właśnie poprzez słowo miłość należy interpretować kolejne słowa przysięgi, a szczególnie słowo wierność.
I tutaj nareszcie dochodzimy do tego, do czego zbieram się od początku. W małżeństwie jest miejsce na uczucia i emocje, jest miejsce na namiętność i zmysłowość, jest miejsce na romantyzm, seksualność i cielesność, ale staną się one naprawdę piękne i budujące wtedy, gdy będziemy na nie patrzeć przez pryzmat miłości ofiarnej, miłości agape. Innymi słowy – romantyzm nie może stać się fundamentem związku, bo nie taka jest jego rola. Romantyzm jest przestrzenią, w której miłość może się rozwijać i umacniać. Ale nie być jej przyczyną. To odpowiednie ułożenie kolejności i hierarchii jest tutaj kluczowe. Romantyzm i wszystko to, co stoi za słowem wierność, jest sługą miłości, a nie jej panem. To miłość nadaje sens romantyzmowi, a nie odwrotnie. To miłość ofiarna, miłość rozumiana jako decyzja, nadaje smak całej sferze uczuć, namiętności i seksualności, a nie odwrotnie. I właśnie dlatego w przysiędze najpierw wypowiadamy słowo miłość, by dopiero w dalszej kolejności mówić o wierności. Obrączka z kolei jest nieustannym przypomnieniem, że te dwa słowa są ze sobą nierozerwalnie związane i nie da się realizować budującego i jednoczącego eros bez agape.
Gdy mówi się o seksualności w kontekście małżeństwa katolickiego, wielu osobom od razu przychodzi na myśl bardzo długa lista nakazów i zakazów, które Kościół komunikuje małżonkom. To wolno przed ślubem, a tamtego nie, a innych rzeczy to ani przed ani po, itd. Pisząc wpis taki jak ten, istnieje pewna pokusa, by również pójść choć odrobinę w tym kierunku. Powstrzymam się jednak od tego. To, co wolno, a czego nie wolno, z łatwością można znaleźć w Internecie. Wydaje mi się, że jest to też naprawdę dokładnie omawiane w ramach kursów przedmałżeńskich. Nie czuję zatem potrzeby, by powtarzać coś, co albo każdy dobrze zna, albo może z łatwością poznać.
Zdecydowanie rzadziej o seksualności mówi się jako o darze. Rzadziej próbuje się popatrzeć na tę sferę przez pryzmat miłości agape, a częściej akcentuje się napięcie, o którym pisałem wyżej. W tym miejscu dodam tylko, że seksualność rozumiem bardzo szeroko – nie tylko jako same akty seksualne, ale wszystkie nasze cechy i zachowania wynikające z tego, że po pierwsze – jesteśmy ludźmi, a po drugie – jako ludzie posiadamy płeć. I właśnie ta płciowość (będę używał tego słowa zamiennie z seksualnością) jest czymś, co otrzymaliśmy w ogrodzie rajskim jako dar. Popatrzmy na sam początek Starego Testamentu, na pierwszy rozdział Księgi Rodzaju.
Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz,
na obraz Boży go stworzył:
stworzył mężczyznę i niewiastę.
Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich:
«Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną […]».
Księga Rodzaju 1,27-28
W pierwszym zdaniu podaną mamy definicję, o której pisałem wyżej. Jesteśmy ludźmi (Bóg stworzył człowieka) i mamy płeć (Bóg stworzył mężczyznę i niewiastę). I właśnie do tych dwóch osób, które są istotami seksualnymi, płciowymi, Bóg kieruje swoje pierwsze słowa. Słowa, które mogą się wydawać dość zaskakujące. Bądźcie płodni, rozmnażajcie się. Parafrazując je moglibyśmy powiedzieć, że zaraz po tym gdy Adam i Ewa po raz pierwszy otworzyli oczy, gdy w swoje płuca nabrali pierwszy wdech powietrza, usłyszeli: Idźcie współżyć! Jakże zatem w tym kontekście możemy przeciwstawiać ludzką seksualność miłości? Przyjemność wynikająca ze spotkania mężczyzny z kobietą (zarówno ta na poziomie emocjonalnym, uczuciowym, jak i fizycznym) jest czymś, co Bóg dał pierwszym ludziom w darze i wręcz nakazał z tego korzystać. I przeczytamy o tym na pierwszej stronie Pisma Świętego!
Kolejną myślą wynikającą z tego fragmentu jest to, że skoro to polecenie jest pierwszym zdaniem skierowanym do nas przez Boga, to ludzka seksualność jest ważna! A to oznacza, że sfera ta wymaga troski, pracy nad nią, panowania nad nią i ciągłego doskonalenia. Odnoszę wrażenie, że dzisiaj wielki nacisk kładzie się na potrzebę realizacji wszelkich swoich pragnień, wyrażania wszystkich swoich wewnętrznych stanów i nie ograniczaniu własnej seksualności. Dużo ciszej (albo wcale) mówi się jednak o tym, że seksualność, nasze popędy, a nawet emocje należy poddawać osądowi rozumu. I tak jak ciało należy badać, obserwować i racjonalnie decydować o tym, co jest dla niego dobre, a co złe, tak też należy czynić w obszarze płciowości. Raczej nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że dieta wynikająca z pragnień niektórych osób – oparta wyłącznie na piciu piwa i jedzeniu chipsów, jest dietą zdrową. By zachować nasze ciało w dobrej formie ćwiczymy je i niejednokrotnie odmawiamy sobie przyjemności, bo wiemy, że jest to dla nas zdrowe. Podobnie powinniśmy podejść do naszej seksualności – musimy nieustannie badać, czy realizacja naszych pragnień jest dla nas zdrowa i to nie tylko pod względem fizycznym, ale także psychicznym i duchowym.
Idąc dalej, nie sposób nie dojść do wniosku, że skoro nasza płciowość, nasza emocjonalność i seksualność są darami od Boga, to są one (jak wszystko co od Boga pochodzi) – co do zasady święte. Oczywiście, mamy wolną wolę i realizując ją możemy o tej świętości zapomnieć, wyprzeć ze świadomości, zanegować, a nawet sprofanować. Nie zmieni to jednak faktu, że sfera ta w swoim zamyśle jest jedną z przestrzeni spotkania człowieka z Bogiem.
Ale jakże to!? Mieszać seks ze świętością!?
Tak, wiem, że takie podejście może w niektórych wywołać oburzenie. Na to oburzenie bardzo polecam lekturę księgi Pieśni nad pieśniami. Czego my tam nie znajdziemy! I to w samym środku Pisma Świętego! Już w pierwszym zdaniu mowa jest o pocałunkach! Później jest tylko lepiej – umiłowany porównany jest do woreczka mirry, położonego (uwaga!) pomiędzy piersiami oblubienicy! Dalej znajdziemy fragment, w którym on zaczyna opisywać jej ciało – oczy, włosy, piersi. Umiłowana słysząc ten zestaw komplementów, odpowiada na jego flirty i (w tym miejscu dzieci zasłaniają uszy) zaprasza go do swego ogrodu!
Dalsze rozdziały to kolejne barwne i poetyckie opisy, które intrygują w swojej wieloznaczności. Dlaczego o tym wszystkim piszę? By zburzyć obraz seksualności, jako przestrzeni, w której istnieją tylko zakazy. By przestać o niej mówić jedynie w kontekście grzechu i zagrożeń. Wiem, że taka narracja nie bierze się znikąd, ale nie chciałbym, by ostrzeżenia i reguły przesłoniły całe piękno, które wypływa z płciowości rozumianej jako dar.
Kard. Joseph Ratzinger, jeden z największych teologów ostatnich dziesięcioleci, późniejszy papież Benedykt XVI, w swojej książce Sakrament i misterium zawarł fragment, mówiący o tzw. prasakramentach, które istniały od zarania dziejów. Były nimi: spożywanie posiłku i zjednoczenie płciowe. Pisze o nich tak:
Te biologiczne fakty stanowią prawdziwe aktualizacje strumienia życia, w który włączony jest człowiek i w nim, jako istocie przekraczającej swoją własną naturę, zyskują nowy wymiar, stając się […] szczelinami, przez które na płaszczyznę ludzkiej codzienności spogląda to co wieczne.
Kard Joseph Ratzinger, Sakrament i misterium, s. 29
Wiem, że powyższe zdanie jest zawiłe i trudne, ale w genialny sposób pokazuje ono na czym polega świętość zjednoczenia płciowego. Wydarzenie to, na pierwszy rzut oka, jest czysto biologicznym faktem. Bardzo dobrze to widać w całej dzisiejszej publicystyce dotyczącej seksualności. Skupia się ona na technikach, pozycjach, gadżetach, hormonach, procesach w mózgu, itd. Nie możemy jednak pozostać na tej płaszczyźnie. Ona istnieje, jest prawdziwa, jest ważna, ale seksualność na niej się nie kończy. Seksualność jest szczeliną, przez którą na to co proste, biologiczne i codzienne spogląda wieczność. Wieczność, czyli niebo. Wieczność, czyli Bóg.
Nasza seksualność, nasza emocjonalność i płciowość nie są zatem tylko i wyłącznie pewnymi zdarzeniami o charakterze biologicznym, ale mają charakter duchowy. Więcej nawet – są to miejsca, w których mamy budować naszą świętość! Jeśli zatem moje emocje, moja seksualność, moje namiętności oddalają mnie od Boga, to oznacza, że nie realizuję tak jak powinienem mojej przysięgi małżeńskiej. Jeśli z kolei chcemy stawać się lepsi, bardziej oddani sobie, bardziej zjednoczeni, mocniej kochający, bliżsi ideałowi miłości agape i chcemy to robić we wszystkich obszarach naszej relacji, również w tych związanych z naszymi emocjami, a nawet łóżkiem małżeńskim, to jesteśmy na dobrej drodze. I przy odrobinie wysiłku może udać nam się zbudować krok po kroku świętą emocjonalność, seksualność, świętą przyjemność.
Domyślam się, że niektórym może to nadal zgrzytać w głowie. Po co mieszać Boga do seksu? Po co Go mieszać do namiętności, emocji i wszystkiego tego, co płciowość za sobą pociąga? Choćby dlatego, że On to wymyślił. A skoro wymyślił, to najlepiej wie jak tego używać, jak się tym cieszyć i jak się w tych delikatnych i intymnych przestrzeniach nie krzywdzić. Takie mamy czasy, że aż nazbyt mocno akcentuje się fizyczny i techniczny wymiar naszej seksualności, a zupełnie deprecjonuje się wymiar psychiczny i duchowy, które są w nierozerwalny sposób połączone z płciowością. Na półkach księgarń znajdziemy multum poradników, które z niebywałą precyzją będą mówiły o tym gdzie dotknąć, by było dobrze, a ile minut to źle.
Tymczasem wrócę do słów kard. Ratzingera – płciowość jest szczeliną, przez którą możemy spojrzeć na to co wieczne! Małżonkowie, gdy przeżywają swoje życie intymne we wzajemnym oddaniu się sobie, w duchu miłości agape, która wymaga, by każde z nich stawało się darem, ofiarą dla tego drugiego, tacy małżonkowie mają okazję na krótkie, ale bardzo prawdziwe doświadczenie wieczności. Sami dla siebie stają się znakiem miłości Boga do człowieka, a ich miłość zostaje uświęcona przez miłość samego Boga! Co więcej, pełne duchowe i fizyczne zjednoczenie dwojga ludzi staje się namiastką tego, co dzieje się wewnątrz tajemnicy Trójcy Świętej. Trójcy, która jest jednością Osób – tak jak jednością osób jest akt seksualny.
Powróćmy jeszcze do Księgi Rodzaju i do jej pierwszego rozdziału. W słowach, które Bóg skierował do człowieka znajduje się jeszcze jedno ważne polecenie, o którym nie da się nie wspomnieć. Bądźcie płodni! Jestem świadom, że te dwa słowa obecnie mogą budzić najwięcej emocji w całym obszarze seksualności. Ja jednak znów powstrzymam się od sprowadzenia tego tematu tylko do kilku zdań, które zaczną się od: “wolno / nie wolno”. I ponownie – nie dlatego, że uważam te zasady za nieistotne, ale dlatego, że czasami skupiając się na nich pomijamy całą głębię, która im towarzyszy.
W cytowanym powyżej fragmencie uderzającym jest to, w jakim kontekście Bóg wypowiada pierwsze słowa do pierwszych ludzi. Padają one zaraz po tym, gdy (dwukrotnie) podkreślonym zostaje, że zostali stworzeni na obraz Boga. Zaraz po tym Bóg wypowiada słowa: Bądźcie płodni. Kontekst ten wskazuje nam zatem na naturę samego Boga. Naturą Boga jest miłość i ta miłość jest twórcza, pełna życia, płodna. Bóg jest płodny i dlatego płodny też jest człowiek stworzony na Jego obraz.
Co roku, w czasie wigilii paschalnej ma miejsce obrzęd poświęcenia wody. Kapłan wkłada wtedy paschał – świecę symbolizującą Zmartwychwstałego, do chrzcielnicy wypełnionej wodą. W przedsoborowej liturgii modlił się on wtedy słowami, które tłumaczy się jako:
Niech moc Ducha Świętego zstąpi w wodę wypełniającą to źródło chrzcielne. Niech zapłodni całą tę wodę dając jej moc odradzania.
(Oryg: Descendat in hanc plenitudinem fontis virtus Spiritus Sancti. Totamque huius aquæ substantiam, regenerandi fecundet effectu.)
Missale Romanum, Benedictio Fontis
Wiem, że nasza dzisiejsza wrażliwość z pewnym oporem przyjmuje to, że liturgia mówiła o zapładnianiu wody przez Ducha Świętego (i może z tego powodu dzisiaj ten obrzęd wygląda odrobinę inaczej). Gest ten wydaje się być jeszcze bardziej sugestywny, gdy dodamy do tego fakt, że ojcowie Kościoła (np. św. Efrem) określali chrzcielnicę, jako łono Kościoła, które rodzi jego członków. Widzimy zatem, że najważniejsza liturgia w całym roku bardzo dosadnie wskazuje właśnie na płodną naturę Boga, który chce dawać życie i który jest twórczy.
Człowiek stworzony na obraz Boga ma udział w tej Boskiej naturze. Mąż i żona, tak jak Adam i Ewa, są zaproszeni (i poproszeni) przez Boga o to, by uczestniczyć w tej Boskiej płodności. W ten sposób człowiek dostaje ogromne i bardzo odpowiedzialne zadanie kontynuacji dzieła stworzenia, które zapoczątkował Bóg. Płodność człowieka w najbardziej oczywisty sposób wyraża się poprzez otwarcie się na nowe życie i rodzenie nowego życia. Ale oczywiście na tym się nie kończy. Wezwanie do udziału w Bożej płodności to również wezwanie do bycia twórczym, kreatywnym, sprawczym, do kontynuacji dzieła zaludniania i uprawiania ogrodu jakim jest świat.
Tak rozumiana płodność jest dla małżonków darem i skarbem i w sposób naturalny wypływa z ich miłości. Realizacja tej płodności jest z kolei czymś, co staje się pięknym owocem ich miłości. Ponadto, staje się ona kolejną szczeliną, przez którą dwoje ludzi może spojrzeć na naturę samego Boga.
Gdy popatrzymy na naszą całą płciowość i emocjonalność w ten sposób, dostrzeżemy wielki dar. Dostrzeżemy, że Bóg chce, byśmy cieszyli się romantyzmem, cieszyli się naszymi emocjami, namiętnościami i naszą fizycznością. Przecież to wszystko powstało dla nas! Z drugiej strony, są to przestrzenie, które łatwo spłycić, a nawet zepsuć. Dlatego wymagają szczególnej uwagi i ostrożności. Dlatego może tak wiele w tych obszarach zakazów i nakazów, o których mówi się na kursach przedmałżeńskich. Są to jednak przestrzenie, które mogą nam pomóc stać się świętymi. To miejsca, w których naprawdę możemy doświadczyć nieba i świętości.
Czy zatem w małżeństwie, w naszych związkach, jest miejsce na romantyzm i namiętność? Jak najbardziej tak! Ale dzieje się tak dlatego, że Bóg chciał uświęcić te przestrzenie, chciał uświęcić romantyzm, a nawet uświęcić eros. W tym kontekście nasza biologiczność i fizyczność nie są przeszkodą, lecz jedną z dróg do naszego uświęcenia. Dzięki temu ten święty romantyzm, święty eros nie tylko daje radość małżonkom, nie tylko zbliża ich do siebie, nie tylko jest czymś pięknym i dobrym, ale sprawia, że poprzez niego jest im bliżej nieba.
Wydaje mi się też, że gdy w ten sposób popatrzymy na słowo wierność, to oczywistym stanie się to, że wymaga ono od nas zdecydowanie więcej, niż tylko braku pozamałżeńskiego współżycia. Powiedziałbym, że to jest opcja minimum, a niestety, tylko jako to minimum jest to słowo zwykle rozumiane. Gdy popatrzymy na naszą seksualność i emocjonalność jak na miejsca naszego uświęcenia, to słowo wierność zacznie wymagać od nas tego, by zerwać ze wszystkim, co nas od tej świętości oddala. Z drugiej strony okaże się ono wcale niemałym wysiłkiem, by tego świętego romantyzmu i świętej namiętności codziennie się uczyć.
Artykuł Wierność – #09 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.