Szary na białym

Za żonę / za męża – #05 Przysięga małżeńska


Listen Later

Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube.
Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ

Ja, Arkadiusz, biorę Ciebie, Anno, za żonę i ślubuję Ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy jedyny, i wszyscy święci.

 Na początek historyjka 

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą!» I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!» Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

Ewangelia wg. św. Jana 2,1-11

 

Cykl wpisów dotyczących poszczególnych słów przysięgi małżeńskiej zaplanowałem sobie już dawno temu i od samego początku miałem problem właśnie ze słowami – mąż i żona. Próby wymyślenia, co one mogą dla mnie oznaczać nic nie dawały. Sprawdzenie ich etymologii wydawało mi się albo ślepą uliczką (według jednej z teorii słowo żona pochodzi od prasłowiańskiego słowa oznaczającego uprowadzoną), albo były zbyt proste (jako mąż mam być mężny). Jak się później okazało, w tym przypadku nie było potrzebne myślenie, a oświecenie.

Moment oświecenia miał miejsce kilka miesięcy temu, w drodze do pracy. Był to akurat czas, kiedy odmawiałem pompejankę. Dobrze pamiętam chwilę, kiedy rozważając tajemnicę światła Objawienie się Pana Jezusa w Kanie Galilejskiej coś zaskoczyło. Doszło do mnie, że właśnie powyższy fragment Ewangelii jest kluczem do tego, jak rozumieć kim ma być dla mnie osoba, którą nazywam swoją żoną i kim mam być ja, jako jej mąż. Pytaniem zaś jakie muszę sobie zadawać nie jest: Co to znaczy mąż/żona?, tylko Co to znaczy być mężem/żoną?. Te medytacje tak mnie pochłonęły, że wszystkie pozostałe tajemnice różańca jakie jeszcze tego dnia odmawiałem były właśnie Objawieniem w Kanie…

Spróbuję zatem teraz, trochę niestandardowo jak na ten cykl wpisów, przejść przez całą tę historię i zinterpretować ją nieco po swojemu, w kontekście tego, co mówi ona o małżeństwie.

 

Trzeciego dnia odbywało się wesele

Wyobraźmy sobie taką sytuację. Kilka dni temu wybrano nowego papieża. Wielu z nas pamięta jeszcze dobrze moment wyboru Franciszka, jego pierwsze pokazanie się na balkonie. Cały świat oczekuje teraz uroczystej mszy inaugurującej jego pontyfikat. Kościół i cała ludzkość oczekuje słów, które padną w czasie homilii. Słów, które uważane są niejako za otwarcie nowego rozdziału w historii Kościoła przez nowego papieża. To właśnie te słowa będzie później powtarzał i cytował cały świat, widząc w nich ramy programowe nowego pontyfikatu.

Nie inaczej jest z głowami państw. W czasie jednej z ostatnich debat prezydenckich padło pytanie o to, który z krajów odwiedziłby w pierwszej kolejności każdy z kandydatów, gdyby oczywiście został prezydentem. To właśnie ta pierwsza podróż zagraniczna niejako pokazuje kierunek polityki międzynarodowej nowej głowy państwa. Staje się pewnego rodzaju ramami programowymi. To expose premiera zawiązującego nowy rząd pokazuje jakie będą jego priorytety, na których dziedzinach życia społecznego, gospodarczego i politycznego się skupi. Te pierwsze razy stają się znakiem tego, na czym skupia się władza i co uważa za najważniejsze.

Myślę, że podobnie należy spojrzeć na Jezusa. Jesteśmy na samym początku Janowej Ewangelii. Jezus dopiero pojawił się na jej kartach i w zasadzie jeszcze nie rozpoczął swojej publicznej działalności. Kilka dni wcześniej przyjął chrzest z rąk Jana Chrzciciela i inauguruje swoje dzieło. Gdzie następnie kieruje swe kroki? Do Galilei, do Kany, gdzie ma bawić się na weselu; do Kany, gdzie niebawem ma powstać nowa rodzina. Uważam, że to nie przypadek, że właśnie od takiego wydarzenia Jezus zaczyna swoje nauczanie. Myślę, że Bóg chce w ten sposób bardzo wyróżnić małżeństwo. Bo nie gdzie indziej, a właśnie na weselu chce zainaugurować swój pontyfikat; to właśnie małżonków i małżeństwa dotyczy Jego expose. To Kana Galilejska jest jego pierwszą podróżą zagraniczną.

Przez ten prosty gest wskazuje On, że to właśnie rodzina jest podstawą społeczeństwa. Więcej nawet! Małżeństwo, rodzina jest podstawową drogą do nieba. Również On przyszedł na świat w rodzinie. Bóg nie wybrał samotnej kobiety, która później bez pomocy męża wychowywała Mesjasza. Bóg wybrał nowe małżeństwo jako miejsce swego wcielenia. Chrystus wybiera nowe małżeństwo jako miejsce swego objawienia. I tutaj już widzimy pierwsze znaczenie słowa mąż i żona. Mam być kimś, kto staje się miejscem objawienia Boga. Jeśli zatem w przysiędze małżeńskiej mówię: biorę Ciebie za żonę, to mówię też jednocześnie: poprzez Ciebie będę doświadczał Boga na co dzień oraz: Chcę byś doświadczała Boga poprzez mnie.

 

Zabrakło wina

Idźmy jednak dalej. Impreza trwa w najlepsze, goście pewnie świetnie się bawią, bo nikt nie zauważa, że wino się kończy. Mówiąc pół żartem, pół serio – możliwe, że jedyna (jeszcze) trzeźwa osoba w tym miejscu – Maryja, spostrzegła, że coś jest nie tak. Brakło wina. Myślę, że dramatyzm tej sytuacji jest niezwykle czytelny dla każdego kto bywał na polskim weselu i jest w stanie wyobrazić sobie podobną sytuację.

Odstawiając żarty na bok – wino widzę w tym miejscu jako symbol. Symbol miłości. Każde małżeństwo (nie tylko sakramentalne, czy złożone z ludzi wierzących) rozpoczyna się od miłości (choć różnie ją można rozumieć). Na początku każdego małżeństwa tego wina z pewnością nie brakuje. Czasami młodzi małżonkowie są tak szczęśliwi i w siebie wpatrzeni, że otoczenie zastanawia się, czy rzeczywiście nie są oni nieustannie na rauszu. Może się jednak tak zdarzyć (i obserwując ten świat stwierdzam, że dzieje się tak często), że wino się kończy. I nagle pojawia się panika i pytania: Za kogo ja wyszłam?, Czemu jeszcze się męczę z tą kobietą? Tak, każdemu związkowi może zabraknąć wina i najgorsze w tym jest to, że sytuacja wydaje się być wtedy naprawdę beznadziejną i jest ona naprawdę dramatyczna.

 

Czy to moja lub Twoja sprawa?

Dziwny dialog Jezusa z matką, który następnie ma miejsce, zawsze szokuje. Jakoś nie pasuje nam on do obrazu potulnego Jezusa, który czasami nosimy w swojej głowie. Tutaj Jezus wydaje się nie interesować problemami innych (choć wiemy, że ostatecznie nie jest to prawdą). Spróbujmy jednak na tę rozmowę popatrzeć nieco inaczej i odczytać ją na innym poziomie. Myślę, że w dialogu tym Maryja jest reprezentantką całej ludzkości. W końcu któż inny może lepiej niż ona reprezentować nas wszystkich. W jej słowach człowiek mówi do Boga: Nie mam już wina. W moim związku nie ma już miłości, nie ma pasji, nie ma uczucia. Pomóż! To dramatyczne wołanie nas wszystkich, wyrażające, że chcemy więcej, chcemy pięknie kochać, chcemy być piękni i chcemy budować piękne relacje. Z czasem zaczynamy jednak dostrzegać, że ta idealna wizja życia i związku zdecydowanie nas przerasta i coraz więcej rzeczy zaczyna się sypać.

Odpowiedź Jezusa na to wołanie (choć tak się może wydawać) nie jest zignorowaniem problemu. Jest nakreśleniem sytuacji, w której znajduje się człowiek. Sytuacji, która miała miejsce przez wieki, zanim Chrystus przyszedł na świat, zanim zaczął działać i zanim oddał swoje życie za wielu. Sytuacji, która może mieć miejsce również dzisiaj. Jezus określa rzeczywistość i opisuje, że małżeństwo to coś naturalnego. Naturalnego w znaczeniu – wypływającego z natury człowieka. Przez całe wieki, przez niezliczone pokolenia, w związkach łączących mężczyznę i kobietę nie było Chrystusa, nie było Boga. I nawet bez tego nadprzyrodzonego spoiwa ludzie łączyli się w pary, żyli razem, wychowywali dzieci i umierali wciąż trzymając się tego jednego wybranego, czy jednej wybranej. Taki stan jest czymś normalnym dla większości kultur na Ziemi, niezależnie tego, czy mówimy o Dalekim Wschodzie, Europie, czy Indianach w Amazonii. W pytaniu Czy to moja lub Twoja sprawa? wybrzmiewa opis świata, który łączy się w pary, któremu to lepiej lub gorzej wychodzi, ale który de facto nie potrzebuje do tego Boga, bo małżeństwo nie jest rzeczywistością nadprzyrodzoną, ale czymś co wypływa z istoty naszego człowieczeństwa. Jezus mówiąc: Czy to moja sprawa? pyta człowieka: Czy ten stan naturalny Ci nie wystarcza? Czy chcesz czegoś więcej?

Człowiek (reprezentowany w osobie Maryi) nie chce poprzestać na tym pierwotnym, naturalnym stanie. Mówi Zróbcie wszystko cokolwiek Wam powie. Ustami Niepokalanej  wołamy do Boga – jestem gotów zrobić to, co trzeba. Zrobię wszystko, co powiesz. Bo chcę wina. Bo chcę więcej. Bo stan naturalny (choć dobry) mi nie wystarcza. I Jezus, Bóg, wysłuchuje człowieka i wkracza w losy świata i w losy małżeństwa. Rozmowa Chrystusa z Maryją to obraz wsłuchiwania się Boga w głos wołającego człowieka. To obraz Boga który nas zna, wie jacy jesteśmy i chce nam w naszych zmaganiach i naszej codzienności pomóc. Chce przemienić stan naturalny w rzeczywistość nadprzyrodzoną.

To kolejna lekcja mówiąca o tym co to znaczy być mężem i co to znaczy być żoną – to wkroczyć wspólnie w rzeczywistość nadprzyrodzoną. Jest to przestrzeń której nie znamy, dlatego potrzebujemy przewodnika, który przez ten otwierający się przed nami świat będzie nas prowadził, a najlepszym co my możemy uczynić, to zrobić wszystko, cokolwiek nam powie.

 

Kamienne stągwie z wodą

Jezus poleca napełnić kamienne stągwie wodą. Było ich sześć, co od razu sugeruje nam kolejną interpretację. Szóstka, to w Biblii liczba oznaczająca człowieka (w porównaniu do siódemki – doskonałej liczby boskiej). Stągwie oznaczają zatem nas, ludzi. Nie są to jednak zwykłe naczynia. Służyły one do żydowskich oczyszczeń. Były zatem pełne brudu, piachu, błota. Tak jak nasze dusze. I właśnie takimi niedoskonałymi i brudnymi naczyniami Chrystus chce się posłużyć czyniąc swój pierwszy cud.

Każe on napełnić stągwie wodą. Wodą, która (w porównaniu z winem) nie ma ani smaku, ani zapachu. Woda ta oczywiście nie jest czysta, bo wlewanie jej porusza wszystkie osady zebrane na dnie stągwi. To obraz ludzkiego wnętrza, które nie raz też bywa bez smaku, bez zapachu, a czasami jest wręcz zatęchłe czy śmierdzące. Tacy jesteśmy i takich właśnie Chrystus chce nas użyć.

Bycie mężem, bycie żoną, to poznanie prawdy o sobie i stanięcie względem siebie w prawdzie. Bycie mężem, bycie żoną, to oddanie się właśnie takimi jakimi jesteśmy – Chrystusowi.

 

Woda stała się winem

No i doczekaliśmy się! Nareszcie stał się cud! Tylko tak naprawdę, kiedy dokładnie miało to miejsce? Ewangelia nie mówi o żadnym konkretnym momencie. Nie wiemy nawet, czy słudzy czerpiąc ze stągwi czerpali już wino, czy jeszcze wodę. Myślę, że to pozorne przeoczenie również nie jest przypadkowe. Gdy człowiek zaprasza Boga do swojego małżeństwa, a nawet patrząc szerzej – do swojego życia, On zaczyna działać. I nie raz spodziewamy się jakiegoś bum, jakiegoś łał, jakiegoś spektakularnego momentu, kiedy wkroczy i wszystko naprawi. Tak się jednak nigdy nie dzieje (przynajmniej nie u mnie). Zaproszenie Boga do małżeństwa (czego aktem jest zawarcie sakramentalnego małżeństwa) nie leczy, ot tak, wszystkich problemów. Bóg lubi działać subtelnie, tak jak subtelnie przemienił wodę w wino. Może to miało miejsce jeszcze w stągwiach, a może w momencie nabierania, a może w czasie gdy słudzy nieśli je do skosztowania, albo w momencie zetknięcia z ustami kosztującego. Nie wiemy. Wiemy jednak, że na końcu tego wydarzenia starosta skosztował wybornego wina. Podobnie jest w małżeństwie. Czasami nie dostrzegamy tego jak Bóg powoli nas przemienia, powoli zmienia nasze nawyki, uczy nas coraz głębszej miłości. Dopiero po jakimś czasie otwieramy oczy i mówimy: Kiedy to się stało? Kiedy do tego doszliśmy?. A do czego nas prowadzi ta przemiana? Do świętości! To właśnie świętość jest winem małżeństwa! Wiem, kilka akapitów wyżej napisałem, że wino jest symbolem miłości. Nie ma tu jednak sprzeczności. Cały wszechświat powstał z Miłości i do Miłości wszystko zmierza. Świętość nie jest zatem niczym innym jak kochaniem. To właśnie z tak rozumianej świętości małżonków będzie wypływała ich miłość, wzajemny szacunek i jedność. To świętość jest naszym ostatecznym celem i małżeństwo staje się wspaniałą drogą do tego celu.

Bo właśnie o to chodzi w małżeństwie – by stawać się winem. By stawać się smakowitym winem. Starosta po skosztowaniu dziwi się, że wino podawane później jest dużo lepsze od tego podanego na początku. Nigdy nie piłem starego wina, ale znam kogoś kto pił! Wino z czasem staje się podobno wprawdzie coraz łagodniejsze, ale nabiera też charakteru. Mniej czuć w nim smak samego alkoholu, a pojawiają się nowe, subtelne aromaty. Czy nie tak samo jest z nami i naszymi związkami? Na początku jesteśmy jak młode wino, którym szybko można się upić, wręcz nieco dzikie, z czasem coraz bardziej delikatni i subtelni, ale pełni charakteru. To właśnie jest propozycją, którą przedstawia nam Chrystus. To jest jego obraz małżeństwa. Być winem. Być coraz lepszym winem.

Nie raz widzimy jednak, że jest zupełnie odwrotnie. Małżonkowie z początku bardzo w siebie zapatrzeni, z czasem się oddalają, a ich miłość, choć z początku ciemnoczerwona jak dobre wino, staje się wodnista, przezroczysta i bez smaku. Stąd zdziwienie starosty, który widząc wiele małżeństw, które z czasem tracą smak mówi: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Tak przecież zazwyczaj jest. Tak wygląda świat i po trochu już do tego przywykliśmy. Ale nie tego chce dla nas Chrystus! Chrystus pragnie, by w naszych relacjach było tylko lepiej. Zachwyca mnie ta wizja. I chcę takiej miłości dla siebie i dla mojego małżeństwa. To właśnie od wpisu Tylko lepiej rozpocząłem tę małżeńską serię i chcę na tej drodze pozostać.

Być mężem, być żoną, to kochać coraz mocniej, to dojrzewać w miłości, to poprzez miłość dojrzewać do świętości. Być mężem, być żoną to stawać się winem.

 

Objawił chwałę

Jak jednak ma się to dokonać? Tutaj musimy odwołać się do innego fragmentu (tym razem z Dziejów Apostolskich), w którym też pojawia się wino.

 

Zdumiewali się wszyscy i nie wiedzieli, co myśleć:
«Co ma znaczyć?» – mówili jeden do drugiego.
«Upili się młodym winem» – drwili inni.

Dzieje Apostolskie 2,12-13

 

Apostołowie wychodzą z wieczernika, gdzie przed chwilą napełnił ich Duch Święty. Mówią różnymi językami. W tłumie, który się wokół nich zgromadził nastąpiło wielkie poruszenie. Ludzie słysząc to, drwią z nich, jakoby upili się młodym winem. Pięknie łączy się to z rozważanym przez nas fragmentem. Nikt z nas nie jest w stanie przemienić wody w wino. Nikt z nas nie jest w stanie własnymi siłami zbudować takiego małżeństwa, jakie zaplanował dla nas Bóg. Aby stać się winem, potrzeba mocy samego Boga. Aby stać się winem, trzeba napełnić się Duchem Świętym.

Zawierając sakramentalne małżeństwo podejmujemy decyzję, że nie chcemy sami budować tej relacji, lecz już na początku prosimy Boga, by nam w tym pomógł, by dał nam swojego Ducha. Pięknie wyraża to liturgia, która na moment przed wypowiedzeniem przysięgi zwraca nasze dusze właśnie w kierunku Ducha Świętego, gdy przyzywamy Go w przepięknym hymnie O Stworzycielu Duchu przyjdź… Na progu małżeństwa wołamy: Duchu przyjdź! Duchu, przemień nas w wino! I wierzę, że On przychodzi, że nie jest obojętny na nasze wołanie. Bo zamysłem Boga jest nasza świętość, a ta jest możliwa właśnie dzięki Duchowi.

Napełnienie Duchem Świętym ma oczywiście swoje konsekwencje. Apostołowie po wyjściu z wieczernika rozeszli się na cały świat głosząc wszem i wobec Chrystusa. Duch budzi w nas świadków. Na końcu fragmentu o weselu w Kanie czytamy: “Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.” Przemiana wody w wino stała się znakiem dla innych i uwierzyli w Chrystusa. Również my, napełniając się Duchem i stając się winem, stajemy się znakiem dla innych. Ludzie patrząc na takie pary widzą Boga. Może sami tego nie potrafią nazwać, może nie do końca to rozumieją, ale w pięknie miłości małżonków widzą odbicie piękna samego Stwórcy, w ich czułości, widzą Jego czułość, a w ich rodzicielstwie – Jego ojcostwo.

Być mężem i być żoną to być znakiem miłości Przedwiecznego. Być mężem, być żoną, to być świadkiem już przez samo kochanie. To być winem.

 

Polub, skomentuj lub udostępnij ten wpis na Facebooku

Artykuł Za żonę / za męża – #05 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.

...more
View all episodesView all episodes
Download on the App Store

Szary na białymBy Arkadiusz Szarek