Ostatni kwartał roku to dla wielu niezły rollercoaster. Z jednej strony jest super, bo roczne premie, podsumowania, świąteczne spotkania w biurze, urlopy sylwestrowe i nieśmiertelne “wróćmy do tego w nowym roku”. Ale z drugiej strony dla wielu to czas raportów, podsumowań, spotkań, wciskania gazu do dechy na ostatniej prostej, żeby dowieźć targety, cele i zadania, zanim świat wejdzie w tryb offline na te dwa tygodnie.
To jest taki moment w życiu, kiedy czas przestaje być czymś abstrakcyjnym. Nie „jakoś to będzie”, nie „zrobię to później”, tylko brutalne: jak nie teraz, to nie zrobię tego wcale przez najbliższe trzy tygodnie. Niekiedy orientujemy się o tym dopiero w grudniu, że przecież jeszcze 5 min temu był wrzesień. Walizka po podróży stoi w korytarzu, w szafie nadal krótkie spodenki, a kalendarz wygląda jak Tetris na najwyższym poziomie trudności.
I właśnie w tym momencie pojawia się ono. Niewinne spotkanie nagle materializujące się w kalendarzu. Spotkanie wrzucone bez pytania, tego samego dnia, za godzinę. Bez agendy. Bez kontekstu. Bez refleksji. Za to z pełnym przekonaniem autora, że na pewno masz czas. Bo przecież wszyscy mają czas. Prawda?