Czy Warszawa jest...

Czy Warszawa jest...

By Muzeum WarszawyHistory
Download on the App Store

Czy Warszawa jest... episodes

  • 3) Czy Warszawa jest swojska?
    Czy Warszawa jest swojska? Pytanie: co to znaczy „swojski”? Swojski to taki, który jest oswojony. To taki, który jest nam przyjazny. To środowisko, w którym czujemy się pewnie, czujemy się u siebie. To miejsca, ludzie i sytuacje, które sprawiają, że mamy o sobie samym – o sobie samej – dobre mniemanie. Coś, co jest swojskie, jest znane. Coś, co jest swojskie, wchodzi zakres naszego doświadczenia. Pierre Bourdieu, francuski socjolog, nazywał to „habitusem”. Gdy mamy nasz ustalony habitus, budzimy się rano w poczuciu, że jesteśmy u siebie i wykonujemy wszystkie kolejne gesty tak, jak na co dzień i wydaje nam się że są one właściwe – możemy powiedzieć, że jesteśmy w miejscu swojskim. Czy miasto jest terenem terytorium swojskim? To zależy oczywiście od osoby, o której mówimy. Miasta od samego swojego początku były terytoriami ograniczonymi, niejako zamkniętymi, które przyjmowały obcych. Ale właśnie obcymi ich zarazem czyniły. Przychodzień, przybysz do miasta – niektórzy mówią nawet o „nachodźcach” – przychodzień do miasta czuł się w nim początkowo prawdopodobnie obco. Prawie zawsze dawano mu nawet do zrozumienia, że jest obcym, że jest przybłędą, że jest tylko tolerowany, że znajduje się tutaj tylko na łasce prawdziwych mieszkańców miasta. Po czym na ogół starał się robić wszystko, żeby sam tego rodzaju miejską osobowość uzyskać. Na ogół też następnym przychodźcom pokazywał, że oni są obcymi. To jest pewien mechanizm rozwijania się miast, w sumie banalny, znany pod każdą szerokością geograficzną i w Warszawie także od samego początku występujący.
    Ci, którzy do Warszawy przyszli, którzy Warszawę założyli – zasadźca i ludzie którzy tutaj się w średniowieczu umówili, żeby mieszkać i podzielili między siebie terytorium, wyznaczając działki, okupując te działki, budując sobie domy, stając się stopniowo miejskim patrycjatem, czyli taką najbardziej uprzywilejowaną warstwą – oni wszyscy przez długi czas czuli się na Mazowszu obco. Świadectwa archeologiczne tego to chociażby Warszawska wczesna ceramika, garnki wykonywane w Warszawie mniej więcej przez 100 lat od jej zasadzenia, założenia, były zupełnie inne niż te, którymi się posługiwali mieszkańcy okolicy, czyli Mazowsza i zupełnie inny nawet niż na zamku książęcym, który znajdował się obok miasta. Mieszkańcy Warszawy byli obcymi na Mazowszu. W swoim trzonie, w swojej kulturze, natomiast stopniowo oni się poczuli swojsko w mieście, które zbudowali – w jego murach. Poczuli się na tyle swojsko, że dominowali nad tymi, którzy do miasta próbowali się sprowadzić. Żeby się w okresie nowożytnym do Warszawy sprowadzić i stać się jej obywatelem, mieszczaninem warszawskim, trzeba było mieć sporą sumę pieniędzy, ponieważ należało sobie kupić nieruchomości w mieście, co dawało człowiekowi status prawdziwego mieszkańca miasta. Ci, którzy w mieście nie mieli żadnego majątku, byli w zasadzie w nim tylko tolerowani – mogli pracować dla tych, którzy byli miejskim trzonem kultury. Czyli mieszczaństwem, jego elitą, czyli patrycjatem. Oni się czuli w mieście swojsko. To im zapewniało istnienie rady i ławy miejskiej, czyli instytucji, do których należeli, w których mieli głos. Instytucji, które miały prawo ukarać mieszkańców miasta. Miały prawo wypędzić mieszkańców miasta. Miały prawo nakładać na nich różne zobowiązania finansowe. Ci ludzie w Warszawie czuli się swojsko, czuli się u siebie. Ale Warszawa w przeciągu swojej historii się zmieniała i stała się stopniowo czymś zupełnie innym, niż była początkowo. Czyli nie miastem kupieckim i rzemieślniczym, wydzielonym jak gdyby z przestrzeni, tylko stolicą Rzeczypospolitej. Czyli stolicą szlachty Polski, która w mieście czuła się obco, dla której miasta nie były naturalnym żywiołem ponieważ szlachta oczywiście żyła na wsi. I tutaj nie trzeba przywoływać Mikołaja Reja i Kochanowskiego, żeby pokazać ten wizerunek prawdziwego, poczciwego człowieka, który mieszka w dworku pośród swoich wsi, w swoim folwarku i tam pędzi szczęśliwy żywot. To nie jest człowiek miejski. Ale polityka Rzeczypospolitej wymuszała spotykanie się w mieście, a w każdym razie nadawała miastu – też jako siedzibie królewskiej, siedzibie najwyższych urzędników Rzeczypospolitej – nadawała pewien status. Szlachta sprowadza się więc do Warszawy masowo w XVI, XVII, XVIII wieku, na można powiedzieć pół-stały pobyt, budując sobie dworki w Warszawie, a jednocześnie oczywiście przede wszystkim żyjąc na wsi, czyli kursujący między Warszawą a jakimś swoim folwarkiem. I to kursowanie między Warszawą a wsią będzie charakterystyczne dla warszawskich elit jeszcze w XIX wieku. Otóż w Warszawie spędza się czas wtedy, gdy warto. A gdy nie trzeba, to się z nim wyjeżdża. W związku z tym dla tej części mieszkańców, która ma szlacheckie pochodzenie, czy szlacheckie ideały, miasto właściwie nigdy nie będzie swojskie. Swojski będzie tylko ten kawałeczek miasta wokół dworku, gdzie rosną drzewa owocowe i gdzie można sobie usiąść pod drzewem i myśleć, że w zasadzie jest się daleko od zgiełku i hałasu świata. Tego typu postawy jeszcze w XIX wieku były możliwe do realizacji prawie w samym centrum Warszawy, ponieważ przy jej głównych ulicach, np. Chmielnej, stały rozliczne dworki, w których ludzie żyli właściwie życiem nie miejskim. XIX wiek to jednak rewolucja przemysłowa, rewolucja miejska i Warszawa obrasta kamienicami i obrasta nowymi ludźmi. Powiększa się wtedy w XIX wieku, w ciągu życia jednego pokolenia, nawet dwukrotnie. I te skoki co 20 lat – dwukrotnie większe miasto, czyli zupełnie nowe, nierozpoznawalne dla swoich dawnych mieszkańców – te skoki sprawiają, że ogromne masy ludzi w Warszawie muszą się poczuć obcymi i zarazem próbują się w tej Warszawie poczuć swojsko.
    Są dwa takie wielkie źródła napływu do Warszawy w XIX wieku. Jedno z nich to jest po prostu wieś. Ze wsi przychodzą w pewnej liczbie zdeklasował i zdegradowani materialnie synowie i córki szlachciców. Ale przede wszystkim przychodzą córki i synowie chłopów. I ten masowy napływ do Warszawy w poszukiwaniu pracy, ale też w poszukiwaniu po prostu innego życia, w poszukiwaniu szczęścia, jest wielkim zjawiskiem XIX wieku. Zresztą XX też. Ci ludzie w Warszawie chcą się poczuć swojsko. Swojsko czuje się tzw. stróż domu, który mieszka w klitce pod schodami, bardzo często zimnej, małej, ciasnej, ale jednak własnej. On w tym miejscu czuję się swojsko. To jest miejsce jego osadzenia w mieście. On jest szczęśliwy z tego, że takie miejsce sobie znalazł i próbuje ściągnąć członków rodziny, czy też oni sami próbują się zaczepić o niego. Co jest bardzo charakterystyczne, w tym jego małym mieszkanku mieszka niekiedy wiele osób przejściowo, czasowo, lub na zawsze, które się próbują w mieście zaczepić i próbują szukać tu szczęścia. One się czują w tej swojej małej przestrzeni swojsko. Ale w całym wielkim mieście czują się raczej obco. Zresztą ta ich obcość jest stale wypominana. Warszawa wytwarza od XIX wieku bardzo charakterystyczną antychłopską i antywiejską kulturę. Tu się mówi o „wieśniakach”, o „przybłędach”, o „chamach”, tu się mówi o ludziach ze wsi z pogardą. Co będzie się zresztą się odnawiało po II wojnie światowej w nowych okolicznościach. Warszawa wsią pogardza. Ale kto tak naprawdę tą Warszawą jest? Otóż jest to Warszawa plebejska. Warszawa elitarna albo ze wsi czerpała wielkie korzyści finansowe albo po prostu życie wiejskie kochała, ponieważ wywodziła się w ogromnej mierze ze szlachty.
    Natomiast Warszawa plebejska ze wsi przyszła i od wsi starała się odciąć, odgrodzić od niej mentalnie, wytwarzając o niej najgorsze stereotypy. Gdy już się w mieście osadzili, zwłaszcza w drugim pokoleniu, wychodźcy ze wsi na ogół traktowali z pogardą kolejnych wychodźców, żeby pokazać swój miejski status. To, że już mówią po warszawsku, już się ubierają po miejsku, już pracują w fabryce, już pracują na budowie, już mieszkają w murowanym domu, a nie na klepisku mazowieckiej chaty. I przede wszystkim w mieście czują się swojsko. Czują się pewnie, wiedzą gdzie jest ulica Marszałkowska, wiedzą gdzie jest ulica Chmielna, wiedzą jak przejechać z południowej do północnej części miasta, znają rozkład linii tramwajowych, a niektórzy nawet w tramwajach pracują. To jest ten XIX- i XX-wieczny folklor warszawski, który ma w dużej mierze cechy ksenofobiczne. Zresztą tak jak cała miejska kultura jako taka. Nie tyle kultura Warszawy, ile kultura miasta, jest w dużej mierze historycznie ksenofobiczna. Ponieważ miasto musi się odgrodzić, żeby istnieć, żeby się rozwijać i trwać, musi w jakiejś mierze się odgradzać od innych. Miasto kupieckie i rzemieślnicze średniowiecza i nowożytności żyje w systemie cechowym, który sam w sobie jest rodzajem obrony przed obcymi, ponieważ ustanawia rygory pewnej zamkniętości cechów. Cechy nie przyjmują do siebie zbyt wielu członków. Cechy bronią się przed konkurencją. Cechy nie lubią obcości, która mogłaby zagrozić ich interesom. W związku z tym miasto się odgradza. Miasto najwyżej toleruje tych przychodźców, których w swoich murach gości. To jest historia Warszawskich Żydów.
    Mówiąc o tych dwóch wielkich źródłach napływu do Warszawy w XIX wieku, chciałem powiedzieć o tym drugim, które miało charakter migracji żydowskiej, głównie z miasteczek i wsi położonych na wschód i północ od Warszawy. Ten ogromny napływ w XIX wieku, tworzący całą wielką dzielnicę, zwaną pod koniec XIX wieku dzielnicą północną, zmieniał charakter Warszawy.

    🔈W podcaście wykorzystano utwór Soundimage Wojciech Panufnik - Jazzy Opener 03.
    Pełną transkrypcję odcinka znajdziecie na: https://muzeumwarszawy.pl/czy-warszawa-jest-poslucha
    21 min
  • 2) Czy Warszawa jest duża?
    Czy Warszawa jest duża czy jest mała? A może jest średnia? I czy to w ogóle jest ważne?
    Wydaje się, że jest i że nawet jest to bardzo ważne, ponieważ miasto, już od bardzo dawna, w wyobrażeniu społecznym powinno być dużo albo małe. To jest też element takiego kulturowego przeciwstawienia spokojnego, uczciwego, przyzwoitego miasta prowincjonalnego wielkiej, zepsutej, złej metropolii, w której na człowieka czyha i pokusa, i niebezpieczeństwo, i przede wszystkim zło moralne rozmaitego rodzaju. Ten typ myślenia o mieście ma charakter nowoczesny. Zrodził się, jak się wydaje, w XVIII wieku, w epoce oświecenia, gdy właśnie różne filozoficzne prądy bardzo wyraźnie przenikały miasto, jego wizerunek i opisywały jego znaczenie.
    Wtedy właśnie w tej francuskiej filozofii oświeceniowej, która promieniuje na całą Europę, pojawiają się różne wizję miasta, w tym miasta zbyt wielkiego. Miasta, które pożera umysły mieszkańców. Nie pozwala im myśleć racjonalnie i prosto. Pojawia się wtedy wielka nostalgia za miastem greckim, które jest niewielkie, proste, którego agora pozwala się wszystkim mieszkańcom spotkać i ten idealizowany wizerunek starożytności jest w ogóle istotnym elementem osiemnastowiecznej wyobraźni, która daje początek nowoczesności. No więc czy Warszawa jest duża? Odpowiedziałbym na to pytanie negatywnie. Warszawa jest stosunkowo mała. Jeżeli ją porównamy ze stolicami innych państw o podobnym potencjale demograficznym Warszawa, która ma ledwie 1 800 000 mieszkańców w państwie 38-milionowym jest daleka od tego dziesięcioprocentowego udziału stolicy w populacji, jaki uchodził w XX wieku za średni. Za wyznacznik rangi stolicy. Ona powinna skupiać co najmniej 10% mieszkańców, a wiemy że niektóre stolice skupiały znacznie więcej i skupiają nawet jedną czwartą mieszkańców kraju, jeśli nie więcej. Od stolicy oczekuje się, że będzie wielka i że będzie w jakiś sposób reprezentatywna dla narodu, dla jego wielkości, dla jego siły. W związku z tym stolica wypełniona ludźmi, pełna ruchu, pełna życia jest wizerunkiem siły całego narodu. Zwłaszcza, że stolice przede wszystkim goście z zewnątrz, osoby znaczące, politycy, biznesmeni, ludzie kultury i wreszcie turyści poznają przeważnie jako pierwsze miejsce lub bardzo ważne miejsce na mapie kraju, które odwiedzają.

    Oczywiście można temu zaprzeczyć. Przecież wiemy, że zwłaszcza w XX wieku istniał ruch przeciwstawny, żeby opuszczać wielkie, stare, przeludnione stolice i budować nowe. Mamy nową stolicę Turcji, Ankarę, która ma uwolnić się od tego strasznego zgiełku, ruchu Stambułu, który już jest niemożliwy do przebudowania. A Turcja Atatürka potrzebuje nowoczesności, potrzebuję, symbolu, a jego władza potrzebuje gestu. Mamy nową stolicę Brazylii w połowie XX wieku, czyli Brasilię, która ma też pokazać czym ma być nowoczesna, niewielka, świetnie zaplanowana stolica zrobiona z betonu i szkła. W Warszawie, gdy czytamy publicystykę lat 30., możemy natrafić na bardzo ostre oceny tego czym jest Warszawa, jak funkcjonuje. W tym i stwierdzenia, że Warszawa jest za duża. Warszawa jest zbyt wielka. Ten element pojawia się zwłaszcza w publicystyce antysemickiej, w której ten nadmierny, rozdęty charakter Warszawy ma też świadczyć, że to miasto w jednej trzeciej zamieszkane przez Żydów, jest po prostu niegodne miana stolicy Polski i należy sobie zbudować gdzieś jakąś inną, małą, nową, na surowym korzeniu, która byłaby prawdziwą stolicą Rzeczypospolitej. No więc istniała też i taka tendencja, chociaż wydaje się że miasto – wielkie miasto – jest imponującym elementem wyobraźni nowoczesnego człowieka i naszej dzisiejszej też.

    Tym bardziej, że na świecie dzisiaj już ponad połowa ludzi żyje w miastach. To jest zjawisko zupełnie świeże i ono się wiąże też z powstaniem ogromnych megalopolis, które liczą ponad 10 milionów mieszkańców, a których to miast jest już obecnie niesłychanie dużo zwłaszcza w Azji. Ale też w innych regionach, w Ameryce Łacińskiej, kształtują się takie gigantyczne molochy. I tutaj mamy całą listę naprawdę niebywale wielkich miast na czele z Tokio, którego populacja jako całego zespołu miejskiego, dzisiaj równa jest populacji Polski, tj. około 38 milionów ludzi. Te największe miasta, które mają 20 milionów z plusem – w tej chwili jest ich kilka na liście, przede wszystkim Tokio, Delhi razem z New Delhi, czyli stolicą Indii, i Szanghaj – to są największe metropolie dzisiejszego świata.

    Podobne miasta mają to do siebie, że bardzo trudno określić, gdzie się kończą, a gdzie się zaczynają. To są nieprzerwane ciągi bardzo gęstych, niesłychanie ruchliwych, wiecznie zakorkowanych dzielnic, które tylko w części należą do właściwego miasta. Taką sytuację mamy w Tokio, którego nie sposób właściwie przestrzennie podzielić na żadne części. To jest moloch, ale w tym molochu mamy administracyjne miasto właściwe, czyli Tokio, które liczy zaledwie około 10 milionów mieszkańców, bagatela. Drugi uderzający przykład to Delhi, które ma niemal 30 milionów, ale w skład tej gigantycznej konurbacji wchodzi New Delhi, czyli właściwa stolica kraju, która ma ledwie dwieście kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Podobne zjawisko w Europie to Paryż. Paryż, który jest wielomilionową metropolią, w istocie w swoich granicach administracyjnych jest Paryżem dziewiętnastowiecznym i mieszka w nim niewiele więcej ludzi niż w Warszawie. Więc bardzo trudno jest przyjezdnemu, który przylatuje na lotnisko albo przyjeżdża pociągiem, ocenić właściwą wielkość, rozmiar miasta. On może tylko wierzyć statystykom. Żaden mieszkaniec Warszawy nie policzy sam obywateli, którzy go otaczają i nie jest w żadnej mierze w stanie określić, ile naprawdę w Warszawie mieszka ludzi.

    To jest też zjawisko charakterystyczne dla całego świata, zwłaszcza dwudziestowiecznego, który to świat był pełen rosnących miast. Ogromny rozrost, który miał miejsce zwłaszcza od połowy XX wieku w tak zwanym „trzecim świecie”, czyli w krajach postkolonialnych, miał wiele cech patologii. Wtedy, czyli w połowie XX wieku, zaczęły się pojawiać ogromne wątpliwości czy rzeczywiście miasto powinno być wielkie. Te imponujące metropolie z XIX wieku, z Londynem, Paryżem, Wiedniem, czy Berlinem, były wspaniałymi wielkimi miastami. Ale miasta takie jak Kair, które się błyskawicznie rozwijały w wieku XX miały zupełnie inny charakter. To były miasta, które przede wszystkim przyciągały ubogą ludność z wnętrza kraju. Ludność zmuszoną do migracji przez nędzę występującą na wsi, przeludnienie, brak pracy, brak ziemi. To tworzyło wokół miast ogromne pierścienie dzielnic nędzy. Te zjawiska znano też oczywiście ze Stanów Zjednoczonych, ale one przede wszystkim się uwidoczniały w tak zwanym „trzecim świecie”. W latach 60. XX wieku, gdy Warszawa stopniowo zbliża się do swojego przedwojennego zaludnienia 1 300 000 mieszkańców, rozrost gigantycznych miast południowoamerykańskich albo afrykańskich staje się już wyzwaniem cywilizacyjnym i podważa sens zachwytu nad wielkością ośrodka, mierzoną zwłaszcza liczbą ludności. Jeżeli tych ludzi z trudem daje się nakarmić, jeżeli oni nie znajdują pracy, jeżeli mieszkają w domach skleconych z blachy i drewna, wtedy pytanie o to, czy to wielkie miasto ma rosnąć dalej, jest pytaniem oczywistym. Jest wyzwaniem, jest problemem.

    I tutaj mamy Warszawę. W tym wszystkim Warszawa – znowu – czy jest duża czy mała? Warszawa praktycznie przestała istnieć w roku 1944 i tych nielicznych mieszkańców lewego brzegu, którzy przetrwali, nazywamy warszawskimi Robinsonami. To maleńkie początkowo miasto, będące pustynią gruzowisk, wypełniające się ludźmi, stanowiło taką tabula rasa. Z wielu powodów, przede wszystkim dlatego, że fizycznie znaczna część mieszkańców Warszawy, którzy nadawali jej tożsamość, straciła życie. Mam na myśli przede wszystkim ludność żydowską, ale jak wiadomo cała ludność w Warszawie została potwornie pokiereszowana, rozproszona, zmuszona do opuszczenia Warszawy na zawsze – na emigrację lub też do innych miast, które wydawało się, że dają się po II wojnie światowej jakoś szybciej zaludnić, zwłaszcza na Ziemiach Zachodnich. Historia Warszawy charakteryzuje się ogromną nieciągłością. Ta nieciągłość demograficzna, dwudziestowieczna zresztą, bardzo przypomina nieciągłości wcześniejszych wieków – zwłaszcza wieku XVII, ale i XVIII, gdy przez Warszawę przechodzą notorycznie albo wojska albo zarazy i ludność Warszawy jest dziesiątkowana. To zresztą jest charakterystyczne w ogóle dla wielkich miast, czy miast i wsi okresu nowożytnego w Europie średniowiecza i nowożytności, że te ośrodki się kurczą, a potem rozwijają na nowo. Warszawa przy tych charakteryzowała się jeszcze jedną cechą, mianowicie była miastem państwa o bardzo osobliwym ustroju. O ustroju republikańskim, w którym właściwie stolica, w odróżnieniu od stolicy absolutystycznych Zachodu, które to stolice były miejscami rzeczywistej potężnej władzy królewskiej i gdzie skupiał się na stałe ogromny dwór i ogromna masa urzędników, którzy zarządzali państwem w sposób bardzo centralistyczny. Rzeczpospolita takim krajem nie była, w związku z czym jej stolica, względnie mała, zaludnia się w momentach elekcji, w momentach wielkich zgromadzeń szlacheckich, zwłaszcza sejmów. To sprawia, że miasto potrafi rosnąć
    dwu-, trzykrotnie w ciągu krótkiego czasu i to jest też tajemnica wielkiego rozrostu Warszawy w czasie Sejmu Czteroletniego pod koniec XVIII wieku.

    Na pytanie czy Warszawa jest duża czy mała trzeba by odpowiedzieć, że w historii prawdopodobnie Warszawa dwukrotnie była miastem naprawdę wielkim – jeżeli mierzyć to porównując z innymi wielkimi miastami Europy. To był koniec XVIII wieku i koniec XIX wieku. To są dwa momenty, gdy Warszawa jest naprawdę wielka.
    🔈W podcaście wykorzystano utwór Soundimage Wojciech Panufnik - Jazzy Opener 03.
    Pełną transkrypcję odcinka znajdziecie na: https://muzeumwarszawy.pl/czy-warszawa-jest-poslucha
    25 min
  • 1) Czy Warszawa jest stara?
    Czy Warszawa jest stara?
    To pytanie oczywiście bardzo zwodnicze, czy Warszawa jest stara czy młoda? I chyba Warszawa wśród stolic Europy zasługuje na to, żeby to pytanie postawić w sposób bardzo zasadniczy. Ponieważ Warszawa z jednej strony, jak większość miast, zwłaszcza stolic, chwali się tym, że jest miastem starym i zarazem chwali się tym, że jest miastem młodym i nowym, to znaczy – odbudowanym. Odbudowa starej Warszawy historycznej nastąpiła w XX wieku, co by wskazywało, że Warszawa ma tej chwili około 75 lat. Ta odbudowa zasłużyła przecież na wpis na listę światowego dziedzictwa UNESCO, co nastąpiło w roku 1980, podczas gdy takie niezniszczone, piękne i wielki miasto, jak Praga na taki wpis sobie zasłużyło wiele, wiele lat później. Więc: i stara i młoda. Pytanie, czy to dobrze, że miasto jest stare i czy to dobrze, że miasto jest młode. Na to pytanie każdy sobie odpowiada wedle uznania. Natomiast istnieją pewne tradycje osądzania miast, oceniania, liczenia ich starości, rywalizacji w starości, i te tradycję dotyczą zwłaszcza miast stołecznych. Europa rości sobie prawa do starszeństwa – niesłuszne prawa – wobec wielu innych cywilizacji czy kontynentów, prawa takiej nauczycielki, mistrzyni historii, mistrzyni długowieczności. Przecież tutaj są korzenie, jak to się mówi, zachodniej cywilizacji, która potem promieniuje na cały świat. No więc w Europie ta rywalizacja starości była bardzo intensywna, zwłaszcza w ciągu ostatnich mniej więcej 250 lat. Bo w ciągu ostatnich 250 lat zaczęto odkrywać wielkie znaczenie starości, a zwłaszcza antyczności, dla zbiorowego poczucia wartości narodu, wartości społeczeństwa i miasta. Na tym tle Warszawa ma status córki albo młodszej siostry. Wśród stolic europejskich z pewnością stara, bardzo stara nie jest. Wystarczy powiedzieć, że należy do tak zwanych miast kolonialnych, to znaczy miast założonych na surowym korzeniu wedle pewnego wzoru, który istniał wcześniej. To nie Warszawa ustaliła wzór dla innych miast, lecz ten wzór powstał na zachód i północ od Warszawy. A takim miastem założycielskim Warszawy jest Toruń. Historycznie Warszawa jest córką Torunia i każdy, kto z Warszawy pojedzie do Torunia powinien sobie o tym przypominać chodząc po tamtym mieście. Gdzieś na początku XIV wieku, na przełomie XIII i XIV wieku do Warszawy przybyli zasadźcy, którzy założyli miasto, co oznaczało, że wykreślili regularny plan ulic z centralnym placem, czyli rynkiem i z taką perspektywą, że to będzie obwiedzione murami, co się stopniowo stało. I to miasto, które było przez pewien czas drewniane, następnie murowane, potem obwiedzione murowanymi ścianami, z bramami, z wejściami, stało się tym, co w średniowieczu rozumiano jako miasto. Miasto czyli miejsce oddzielone, obwiedzione, o odrębnym prawie. I to właśnie Warszawa, jako córka Torunia i córka miast niemieckich, występuje jako miasto kolonialne. [...]

    W podcaście wykorzystano utwór Soundimage Wojciech Panufnik - Jazzy Opener 03.
    Pełną transkrypcję odcinka znajdziecie na: https://muzeumwarszawy.pl/czy-warszawa-jest-posluchaj-podcastu-blazeja-brzostka/
    25 min
  • Czy Warszawa jest... [trailer]
    Każde miasto jest jakieś, każde jest inne i o każdym można powiedzieć to i owo.
    Warszawa jest miastem które żyje, na które patrzymy, którego słuchamy, którego zapach czujemy i prawdopodobnie w żadnej z tych spraw nie jesteśmy w stanie się wszyscy zgodzić. Dla jednych Warszawa jest za duża, dla innych za mała, zbyt wysoka, zbyt niska, zbyt szara… Może mało jest takich, którzy powiedzieliby, że jest zbyt zielona. Ale niedostatek zieleni na pewno jesienią i zimą może nam doskwierać.

    Jaka jest więc Warszawa?
    Niewątpliwie Warszawa jest i była, nawet dość długo była, i całe pokolenia, całe dziesiątki pokoleń ludzi żyły w niej i patrzyły na nią. A ja próbuję odpowiedzieć na pytanie: co widziały?


    W podcaście wykorzystano utwór Soundimage Wojciech Panufnik - Jazzy Opener 03.
    2 min

About Czy Warszawa jest...

From the publisher's feed

Krótkie opowieści o Warszawie dzisiejszej i dawnej pokażą cechy miasta widziane w różnych czasach i różnymi oczami. Czy Warszawa jest zielona czy szara, młoda czy stara, hałaśliwa czy spokojna?…