Wyobraźcie sobie, że wstajecie rano i dziwnym trafem ubywa wam obowiązków domowych. Wszystko posprzątane, po podłodze nie walają się ubrania i zabawki, zaś w kuchni czeka pachnące ciasto. A gdybyście wstali z łóżka w dzień Bożego Narodzenia, doznacie szoku, bo w salonie będzie stała pięknie ubrana choinka. To wszystko sprawka barstuków, czyli maleńkich, pomocnych duszyczek, które nocami zapalają małe latarenki i przychodzą z lasu do naszych domów, by nam pomóc. Warunek jest jeden - nie lubią być podglądane w swojej robocie. Wolą po cichutku podziałać, a potem obserwować przez okna ludzką radość. Podobno działo się tak w czasach, gdy Olsztyn był małą wioską rybacką mieszczącą się w łuku Łyny. Barstuki nocami pomagały ludziom, a najbardziej przed świętami Bożego Narodzenia. W wigilijną noc zakradały się do chat, przynosząc duże choinki i ubierając je. Pod choinkami zostawiały kosze z darami lasu oraz zabawkami. Kiedy ludzie wczesnym rankiem wstawali, by pójść na pasterkę, byli w szoku widząc pracę barstuków, a dzieci szalały ze szczęścia. A gdzie zniknęły barstuki? Podobno wścibska żona młynarza, pewnej nocy, obserwując je, głośno kichnęła. Od tamtej pory zniknęły z Olsztyna.