Są książki, które próbują przewidzieć przyszłość. Są też takie, które po latach stają się zwierciadłem swoich czasów. A czasem zdarza się coś jeszcze ciekawszego: otwieramy powieść napisaną ponad…
siedemdziesiąt lat temu i odkrywamy, że jej przyszłość jest już naszą teraźniejszością.Dziś sięgamy po „Kroniki marsjańskie” Raya Bradbury’ego - książkę opublikowaną w 1950 roku, w czasach, gdy podróże kosmiczne były przede wszystkim marzeniem, a Mars pozostawał tajemniczą, czerwoną kropką na nocnym niebie. Ludzie dopiero zaczynali poważnie myśleć o podboju kosmosu. Komputery nie przypominały jeszcze tych, które znamy dzisiaj, a świat przyszłości wyobrażano sobie zupełnie inaczej niż teraz.
Bradbury stworzył opowieść o wyprawach na Marsa, spotkaniach z nieznanym, ludzkich ambicjach i marzeniach, które potrafią być zarówno piękne, jak i niebezpieczne.Ale my postanowiliśmy zrobić coś nietypowego.Nie zaczniemy od początku. Zaczniemy od końca.Otworzymy książkę na ostatnim rozdziale, zatytułowanym „Wycieczka na milion lat”. To właśnie tam autor przenosi nas do roku 2026 - czasu, który dla niego należał do przyszłości, a dla nas jest teraźniejszością.Spróbujemy więc spojrzeć na nasz świat oczami człowieka z połowy XX wieku.
Co Bradbury potrafił sobie wyobrazić? Czego się obawiał? Jakich zmian się spodziewał, a co pozostało poza granicami jego wyobraźni?
Czytając od tyłu, cofniemy się do przyszłości, która kiedyś dopiero miała nadejść.Bo być może najciekawsze pytanie nie brzmi: czy pisarz potrafił przewidzieć przyszłość? Być może ważniejsze jest inne: co jego wyobrażenia mówią nam o świecie, w którym żyjemy dzisiaj?
Zapraszamy do „Kronik marsjańskich” Raya Bradbury’ego. Zaczynamy od końca. A właściwie od naszego początku.