Z Łucka na Wołyniu do Wrocławia rodzina Zdzisława Boczara przyjechała w październiku 1945. Najpierw w wagonach bydlęcych, na Brochów. Potem do domu, na Biskupinie
Zdzisław Boczar pamięć ma niezwykłą. Pełną najdrobniejszych detali. Pamięta, gdy z rodzicami dotarli do domu, który dostali za zostawione na Wołyniu mienie:
"Przyjechaliśmy na Biskupin no i wchodzimy. Furtka nie była zamknięta, a drzwi do domu otwierało się wytrychem, kawałkiem drutu, rozklepanym na końcu. Willa była dwurodzinna przed wojną. Sam moment wejścia? Wszystkie meble były. Weszliśmy do kuchni i w starym kredensie, malowanym na zielono, były naczynia też. A na dole porcelanowe pojemniki na pieprz, sól, kawę.
To tak wyglądało, jakby ktoś wyszedł z domu i za chwilę miał wrócić."
O niejednej niespodziance, którą krył i dom przy ks. Piramowicza, i powojenny Wrocław: