Nie możesz odsłuchać?
Zobacz zapis!
Zamknij zapis
Zapowiedź: Witajcie w Failure Podcast. W tej audycji rozmawiamy z ciekawymi osobami o błędach popełnionych w projektach, które realizowały. Naszym celem jest przedstawienie historii, które pozwolą innym przedsiębiorcom unikać powielania złych działań lub decyzji.
Paweł: Cześć, nazywam się Paweł Antkowiak, a razem ze mną jest Mateusz Pospieszny. Witamy was w pierwszym odcinku Failure Podcast. Dzisiaj chcieliśmy wam opowiedzieć, co to jest za podcast, o czym będziemy mówić, dlaczego go robimy, jaki jest nasz cel i dlaczego warto go słuchać.
Mateusz: Failure Podcast ma być odpowiedzią na niszę, którą zaobserwowaliśmy na scenie startupowej. Większość dzieli się swoimi sukcesami, a jednak nie od dziś wiadomo, że ponad 90% startupów upada. Zdecydowaliśmy się więc stworzyć coś, co pokaże, dlaczego tak się dzieje. Jest mnóstwo założycieli małych biznesów i projektów, którzy mają cenne doświadczenia i mogliby się nimi podzielić, abyście wy nie popełniali tych samych błędów.
Paweł: Dokładnie, obecnie jest mało miejsc, gdzie możemy uczyć się na błędach innych, a wiadomo, że najlepiej robić to właśnie w ten sposób, a nie na własnych. Jest wiele osób, niekoniecznie z pierwszych stron portali startupowych, które również realizowały ciekawe projekty i popełniały błędy. Mając świadomość ich istnienia, my tych błędów nie będziemy powielać. Dzięki temu, jako polskie środowisko startupowe, będziemy w stanie funkcjonować lepiej i szybciej dochodzić do celów, które sobie stawiamy. Na początek chcielibyśmy powiedzieć coś więcej o nas. Mateuszu, zaczniesz?
Mateusz: Tak jest. My także pochodzimy ze sceny startupowej i, szczerze mówiąc, mamy na koncie pewne porażki, którymi również będziemy się z wami dzielić. Ja osobiście od ponad pięciu lat zawodowo zajmuję się marketingiem, prowadziłem liczne zespoły i projekty. Marketing jest tematem, który jest mi najbliższy. Poza tym jestem ogromnym pasjonatem new technologies i wszystkiego, co związane z młodym biznesem. Sam obecnie pracuję nad projektem związanym z dronami. W swojej karierze miałem do czynienia z firmami IT i kilkoma projektami opartymi o chmurę. O jednym z nich, który robiliśmy wspólnie z Pawłem, będziemy chcieli wam dzisiaj opowiedzieć.
Paweł: Ja z kolei od studiów jestem pasjonatem zarządzania projektami i ludźmi, głównie w branży nowoczesnych technologii. Mam doświadczenie w kierowaniu zespołami, które realizowały na przykład targi pracy, pracowałem też jako sprzedawca. Jednak główna część mojego doświadczenia pochodzi z zarządzania projektami w firmie informatycznej, gdzie zarządzałem projektem edukacyjnym, byłem menadżerem działu produkcji, a na koniec dyrektorem operacyjnym. Mam też późniejsze doświadczenie jako prezes zarządu, co wiązało się z prowadzeniem codziennych prac firma, budowaniem strategii, ale też wszystkimi aspektami formalnymi, finansowymi i prawnymi. Interesuję się mocno zarządzaniem projektami i staram się być na bieżąco z nowymi trendami. Dlatego też jesteśmy tu z Mateuszem – chcę poszerzać swoją wiedzę o tym, jakich błędów nie popełniać, budując firmy i zespoły, aby pomóc sobie i wam, słuchaczom, zdobyć nową wiedzę.
Dzisiaj chcielibyśmy podzielić się z wami naszą porażką – projektem, który realizowaliśmy wspólnie. W każdym odcinku będzie nam zależało, żebyście mogli dowiedzieć się czegoś na podstawie konkretnych przykładów. Chcemy spotykać się z ciekawymi osobami, które popełniły błędy, kolokwialnie mówiąc, „położyły” swoje biznesy, ale wyszły z tego obronną ręką i kontynuowały zdobywanie doświadczeń. Część z tych osób jest teraz znana z pierwszych stron internetu, część nadal walczy, tworząc kolejne projekty. Najbardziej zależy nam na tym, by z tych porażek wyciągać wnioski. Wszyscy startupowcy popełniają błędy, nawet ci, których podejrzewamy wyłącznie o sukcesy. Dzisiaj opowiemy wam o jednym z naszych – projekcie Lingly, który realizowaliśmy na przełomie lat 2013 i 2014, i o tym, dlaczego nam nie wyszedł.
Mateusz: Okej, przejdźmy do drugiej części naszego podcastu. Dzisiaj nie będziemy mieli gościa z zewnątrz, na początek opowiemy o tym, co sami robiliśmy – konkretnie o projekcie Lingly, tworzonym wspólnie z Pawłem i kilkoma innymi współzałożycielami. Projekt oczywiście nie wypalił, a za chwilę powiemy, dlaczego tak się stało i jakie wnioski z tego wyciągnęliśmy. Oryginalnym pomysłodawcą projektu był Paweł, więc może Paweł w trzech słowach opowie, czym Lingly miało być?
Paweł: Pewnego dnia wpadł mi do głowy pomysł na aplikację, która będzie pozwalać na szybką naukę języka obcego. Inspiracją była aplikacja Feedly, czytnik RSS, w której artykuły ilustrowane są obrazkami przesuwanymi kciukiem. Mój pomysł polegał na tym, żeby w podobnej formie wyświetlać 1000 najpopularniejszych słów w danym języku. Czytałem kiedyś artykuł, że znajomość 1000 słów pozwala swobodnie prowadzić 80% konwersacji, nawet bez znajomości gramatyki. Nie jest to nauka, jaką serwują szkoły językowe, ale raczej sposób na szybkie opanowanie podstaw. Aplikacja Lingly miała pozwolić zapamiętać słowo, nauczyć się jego pisowni oraz wymowy. Przez chwilę chciałem programować ją sam, ale doszedłem do wniosku, że projekt ma zbyt duży potencjał, bym rozwijał go samodzielnie przez kilka lat. Postanowiłem przedstawić koncept znajomym z pracy, pokazałem im działający mockup. Odbiór był bardzo pozytywny. Mateuszu, powiedz, jak ty odebrałeś ten pomysł.
Mateusz: Odbiór był pozytywny, a wszystko trafiło na moment, gdy byliśmy chwilę po wypuszczeniu bardziej kompleksowej aplikacji do nauki języka. Mieliśmy już pewne doświadczenie w marketingu aplikacji mobilnych i osiągaliśmy całkiem fajne rezultatu. Kiedy Paweł pojawił się z prostym pomysłem, który do nas przemówił i miał wstępny zarys monetyzacji, uznaliśmy, że prostymi metodami promocji moglibyśmy zbudować ciekawą bazę użytkowników. Tak zaczął formować się zespół. Z mojej strony była to chęć przełożenia doświadczeń marketingowych na new pomysł. Tematem zainteresował się także jeden z naszych programistów, który chciał podjąć się napisania aplikacji, oraz grafik, bo kluczowe miały być świetnej jakości obrazki ilustrujące słówka. Słówka miały być prezentowane w formie pisanej oraz nagrywanej przez lektorów. Pomysł był o tyle ciekawy, że był bardzo skalowalny – po zbudowaniu bazy 1000 słów moglibyśmy szybko wdrażać kolejne języki. I wtedy pojawiło się pytanie: co dalej? Wiedzieliśmy, że praca na pełen etat będzie nam to komplikować, a jednocześnie brak funduszy byłby problemem, chociażby przy opłaceniu lektorów czy zakupie grafik.
Paweł: Początkowy plan był taki, że chcieliśmy robić to po godzinach, nie rezygnując z pracy w firmie FunMedia. Miał to realizować nasz czteroosobowy zespół: ja, Mateusz, programista Adam i grafik Mariusz. Jednak bardzo szybko, właściwie przez przypadek, trafiliśmy na informację o wydarzeniu startupowym w Gdańsku, na którym można było wygrać akcelerację projektu w Dubaju.
Mateusz: Szybko chwyciliśmy pomysł, wysłaliśmy zgłoszenie i zostaliśmy zaproszeni do Gdańska. Warto dodać, że nie była to jedyna nasza aplikacja – w tym samym czasie zgłaszaliśmy się też do bardziej znanego, londyńskiego projektu, ale o tym później.
Paweł: Wydarzenie w Gdańsku, Innovation, było bardzo fajnie zorganizowane. Około dziesięciu zespołów pitchowało swoje pomysły, a na łączu przez Skype’a oglądał to przedstawiciel akceleratora z Dubaju. Nasza prezentacja, którą ćwiczyliśmy w pociągu do Trójmiasta, została bardzo dobrze odebrana. Zaraz po wszystkich wystąpieniach, po kilku minutach namysłu, przedstawiciel z Dubaju ogłosił, że trzy z dziesięciu projektów, w tym nasz, są super i zaprasza nas do Dubaju. Wyjazd miał nam dać nie tylko finansowanie w wysokości 30 000 dolarów za 10% udziałów, ale też dostęp do wiedzy, rynku w Dubaju i inwestorów.
Mateusz: Tak to było przynajmniej przedstawione na początku. Mieliśmy otrzymać wiedzę, jak zbudować produkt, zbadać rynek, a także dostęp do biura i inwestorów. Nie ukrywajmy, perspektywa Dubaju była bardzo kusząca.
Paweł: Potem musieliśmy złożyć dużą ilość dokumentów, które definiowały projekt i podział udziałów. I tu pojawił się pierwszy problem, którego konsekwencje odczuliśmy później – właśnie ten podział udziałów.
Mateusz: Z perspektywy czasu widzę, że problemów było więcej. Jechaliśmy na prezentację, mając tylko ramowy pomysł, bez konkretnego planu na budowę aplikacji i bez wewnętrznego ustalenia podziału udziałów. To wszystko działo się tak szybko, że nie mieliśmy nawet podstawowych umów między sobą. Problem udziałów pojawił się dopiero, gdy musieliśmy wysłać dokumenty do Dubaju.
Paweł: Zastanawialiśmy się też, w jakim składzie jechać. Zespół liczył cztery osoby, a jechać mogły maksymalnie dwie. Czułem, że mam bardzo odpowiedzialną rolę w FunMedia, której nie chciałem zostawiać, więc umówiliśmy się, że do Dubaju pojedzie Mateusz z Adamem (marketing i IT), bo czuliśmy, że te obszary najwięcej skorzystają z wyjazdu. Ja z Mariuszem mieliśmy pracować zdalnie z Polski. Program zakładał, że przez cztery miesiące, od początku lutego, mamy zbudować produkt, przechodząc przez różne fazy weryfikacji. W międzyczasie mieliśmy mieć spotkania z inwestorami, a wszystko miało zakończyć się tzw. demo day, na którym dziesięć projektów z całego świata prezentowało się przed inwestorami z Bliskiego Wschodu.
Mateusz: Byliśmy drugą edycją tego programu. Kiedy my się dostawaliśmy, pierwsza edycja dopiero się kończyła, więc nie mieliśmy pełnych informacji, jak to wygląda, ponieważ żaden startup nie przeszedł jeszcze w 100% tej akceleracji.
Paweł: I tu jest miejsce na pierwszą radę: sprawdzajcie dokumenty. Błąd, który popełniliśmy, polegał na tym, że nie mieliśmy pełnej świadomości, jak wygląda program. Nie mieliśmy podpisanej umowy ze strony akceleratora, a trochę zlekceważyliśmy jej zapisy. Nie negocjowaliśmy, nie dopytywaliśmy. Podjęliśmy szybką decyzję, że w to wchodzimy, bo nie można stracić takiej okazji.
Mateusz: Wydawało nam się, że dostaliśmy świetną szansę. Zostaliśmy zakwalifikowani, otrzymaliśmy fundusze, które według naszych kalkulacji miały wystarczyć na sfinalizowanie aplikacji dla pięciu języków. Co mogło pójść nie tak?
Paweł: Mało tego, w tym samym czasie byliśmy w ścisłym finale rekrutacji do akceleratora w Londynie. Kto wie, może byśmy się tam dostali, ale decyzję o wyjeździe do Dubaju musieliśmy podjąć wcześniej. Nasz brak doświadczenia zdecydował.
Mateusz: Tak, stwierdziliśmy, że w Dubaju jesteśmy dalej w procesi, a tamtejsza scena startupowa jest mniej rozwinięta, więc konkurencja może być mniejsza. A wszyscy znamy obrazki z Dubaju i każdemu wydawało się – wiem, że to teraz brzmi śmiesznie – że pieniądze leżą tam na ulicy. Z takim przeświadczeniem pojechaliśmy, rezygnując z finalizowania aplikacji do Londynu. To był podstawowy błąd startupowca: dostaliśmy jakieś pieniądze i to było dla nas wartością samą w sobie. Program na papierze wyglądał na tyle dobrze, że nie zważaliśmy na to, że ktoś może próbować nas oszukać.
Paweł: Zaraz przejdziemy do tego, jak byliśmy podzieleni pracą, jakie mieliśmy plany i jak wyglądała codzienna praca w Dubaju. Zaczynając od części realizowanej w Polsce, czyli przeze mnie i Mariusza, którzy zostaliśmy na miejscu. Angażowałem się w projekt w ten sposób, że pracowałem dłużej w firmie. Codziennie rano wcześniej wstawałem, przyjeżdżałem i poranki poświęcałem wyłącznie na pracę. Pamiętając o przesunięciu czasowym z Dubajem, często mieliśmy rozmowy na Skype, podczas których ustalaliśmy plan zadań i wspólnych działań. Moją rolą było dbanie o budżet, koncept aplikacji – jak ma działać i wyglądać – oraz koordynowanie prac graficznych i nagrań native speakerów, którzy nagrywali po 1000 słów do każdego języka. Do moich zadań należało również jeżdżenie na europejskie konferencje w celu przedstawiania projektu i poszukiwania inwestora, który mógłby doinwestować projekt, bo wiedzieliśmy, że chcemy wystartować szeroko. Chcieliśmy mieć duży budżet marketingowy, aby być w stanie pokonać obecną konkurencję i bardzo szybko wejść na wysoki poziom pobrań i popularności w obszarze aplikacji do nauki języków obcych. Myślę, że to się jakoś sprawdzało, natomiast z perspektywy czasu wiem, że błędem było próbowanie robienia tak dużego i ambitnego projektu jako czegoś, co w moim przypadku było tylko dodatkiem do pracy etatowej. To nie było dobre rozwiązanie. Gdybym dzisiaj robił ten projekt, wierząc w niego tak jak wtedy, nie traktowałbym go jako dodatkowe zajęcie na kilka godzin dziennie, tylko zająłbym się nim, nazwijmy to, na pełen etat, a może nawet na dwa etaty. O konferencjach i poszukiwaniu inwestora jeszcze za chwilę powiemy. Mateuszu, jakbyś mógł przybliżyć, jak się pracowało w Dubaju? Pewnie większość słuchaczy jest zainteresowana, jak w takim Dubaju się pracuje, jak wygląda tam codzienne życie i na ile obrazki, które widzimy w internecie i telewizji, są zgodne z rzeczywistością.
Mateusz: Obrazki oczywiście są zgodne z rzeczywistością, bo te wszystkie wieżowce, przepych i poniekąd pieniądze, może nie leżące na ulicach, ale na pewno jeżdżące po nich w postaci luksusowych aut, to stuprocentowa prawda. Przechodząc jednak do merytorycznej części i do tego, co my tam robiliśmy – ja zajmowałem się tematami marketingowymi. Aczkolwiek nie był to marketing związany bezpośrednio w promocją aplikacji, która jeszcze nie istniała. Z mojej strony starałem się dbać o przygotowanie materiałów, które były nam potrzebne w danym momencie, czyli robienie szumu wokół tego, że polski zespół pojechał do Dubaju walczyć o akcelerację, informowanie o postępach w produkcji projektu, a także przygotowywanie prezentacji, nawiązywanie kontaktów z inwestorami i poszukiwanie konkursów, w których moglibyśmy startować. Była to próba spajania pracy realizowanej w Dubaju z naszą komunikacją i celami całego zespołu. Z drugiej strony Adam koncentrował się przede wszystkim na napisaniu samej aplikacji i złożeniu tego w jedną całość.
Nasza praca wyglądała tak, że rano wychodziliśmy do biura na open space, które zapewnił nam akcelerator. Tu pojawił się pewien problem, bo nasze zakwaterowanie było na obrzeżach Dubaju i do biura mieliśmy 30 km, więc jedynym sensownym środkiem transportu był bus zapewniony przez organizatorów. Dojeżdżał on do biura raz dziennie rano i wracał po południu, co zaczęło rodzić pewne problemy. Spędzaliśmy w tym biurze 10-12 godzin, bez możliwości ruszenia się stamtąd, bo okolica nie była atrakcyjna i not very było gdzie wyjść. Docelowo wpłynęło to na naszą motywację. Aczkolwiek pierwsze 1,5-2 miesiące wyglądały tak, że wyjeżdżaliśmy do biura na 8:00 rano, wychodziliśmy koło 19:00-20:00, wracaliśmy do pokoju i jeszcze do późnej nocy kombinowaliśmy, co można zrobić dla projektu. Jednocześnie, podobnie jak Paweł, choć w mniejszym stopniu, angażowaliśmy się zdalnie w pracę zespołów, które zostawiliśmy na miejscu, bo żaden z nas nie zrezygnował w całości ze swojego etatu. W moim przypadku było to o tyle prostsze, że miałem świetnie sprawdzający się zespół i moja rola sprowadzała się głównie do koordynacji, ale jednak był to element, który mnie dekoncentrował.
Myślę, że możemy tu nawiązać do kolejnej rady: jeśli chcecie się rzeczywiście zaangażować w swój projekt i coś osiągnąć, odstawcie wszystkie rozpraszacze na bok. W naszym wypadku było to też spowodowane tym, że musieliśmy mieć jakieś stałe źródło dochodu, co pewnie jest problemem wielu osób. Prawda jest jednak taka, że na dłuższą metę ciężko jest pracować nad dwoma dużymi projektami jednocześnie. Jeden to była już sporych rozmiarów firma, a drugi to nasz własny startup, któremu trzeba poświęcać więcej niż 8 godzin dziennie. Swoją drogą, pracowaliśmy tam znacznie dłużej niż standardowo na etacie w Polsce, bo w Emiratach Arabskich niedzielą jest piątek, a większość firm pracuje od soboty do czwartku. Dopasowaliśmy się do tego i pracowaliśmy po 6 dni w tygodniu, co w momencie pojawienia się problemów wpłynęło na nas negatywnie i trochę odpłynęliśmy od tego wszystkiego.
Paweł: Poruszyłeś temat kontaktu z mediami i tu zaobserwowałem jedną ciekawą rzecz. Na początku byliśmy bardzo pozytywnie nastawieni, przekonani, że projekt będzie ogromnym sukcesem. Z naszych szacunków budżetowych wychodziło wręcz perpetuum mobile – rzucając pieniądze na marketing, projekt miał się sam finansować i rosnąć w nieskończoność. Wiadomości, które przekazywaliśmy mediom, głównie blogom i serwisom startupowym, były bardzo szybko podchwytywane. Mieliśmy dużą liczbę publikacji. Pierwszy wniosek jest taki, że to, że media cytują nasze informacje, niekoniecznie świadczy o tym, że walidujemy rynek i że będzie on zainteresowany naszymi rozwiązaniami. Mieliśmy wtedy przeświadczenie, że skoro reporterzy o nas pisają i chcą z nami rozmawiać, to nasz projekt jest skazany na sukces. Okazało się to błędem i nie było żadnym wyznacznikiem tego, jak projekt będzie później funkcjonował. Drugi wniosek z mojego doświadczenia jest taki, że w 2014 roku było o niebo prościej dostać się do mediów startupowych z informacją o nowym projekcie. Przekonałem się o tym przy następnym projekcie w 2015 roku, kiedy już nie było to takie proste. Rada dla was: trzeba bardzo dobrze pracować nad materiałami prasowymi, bo tylko wtedy jest szansa na ich publikację.
Mateusz: Niestety, tak jak Paweł mówi. A może stety, bo teraz ciężej jest znaleźć w blogosferze i na portalach informacje o małych projektach, ponieważ dziennikarze i blogerzy przekonali się, że powstaje ich bardzo dużo. Pamiętam, że jako Lingly nie mieliśmy żadnego problemu, żeby dostać się na czołowe portale informacyjne. Krótka informacja prasowa o tym, że jedziemy do Dubaju, pracujemy nad aplikacją czy o postępach, była publikowana w ciągu kilkunastu minut. Teraz się to zmieniło, na pewno z pożytkiem dla rynku, bo czytamy o tym, co faktycznie się rozwija. Ale to tylko takie nasze doświadczenie.
Paweł: Zanim przejdziemy do tematu inwestycji i tego, jak akcelerator zdecydowanie nie pomógł nam zrealizować projektu, może słowo o tym, jak wyglądała współpraca między nami. Doszliśmy do bardzo błędnego i brzemiennego w skutkach wniosku, że nie chcemy, aby ktoś w zespole był liderem.
Mateusz: Nie widzieliśmy takiej potrzeby. Wydawało nam się, że każdy z nas ma tak jasno określone kompetencje i umiejętności – współpracowaliśmy ze sobą od kilku lat – że każdy wie, czego się spodziewać. Uważaliśmy, że nie ma absolutnie potrzeby wyznaczania CEO. Każdy z nas był odpowiedzialny za swoją działkę: marketing, technologię, finanse. Po co nam więc CEO? Jak już Paweł zdążył powiedzieć, to był bardzo błędny wniosek. Nasz pomysł na zarządzanie, ta czasami modna holakracja, w naszym przypadku absolutnie się nie sprawdził.
Mogę tu nawiązać do tego, co było później. Wielokrotnie pojawiały się momenty, w których ktoś poddawał w wątpliwość, czy dana funkcjonalność się sprawdzi. W takich chwilach brakowało jednego lidera, który by ostatecznie powiedział: „tak, kontynuujemy, nie zwracamy uwagi na ten problem”, albo odwrotnie: „rezygnujemy z tej funkcjonalności, robimy to inaczej”. Gdy pojawiały się problemy, omawialiśmy ich na mailach czy Skype, ale brakowało jednej osoby, która by powiedziała: „chłopaki, nie, robimy inaczej”. Każdy się trochę wycofywał. Z jednej strony każdy wracał do swoich kompetencji, a z drugiej strony, myślę, że z perspektywy Pawła i Mariusza wyglądało to tak, że to my siedzimy na miejscu w Dubaju, więc zrobimy tak, jak będzie dobrze. To wszystko powodowało przeciąganie i odwlekanie ważnych decyzji dotyczących inwestycji, zmian w aplikacji czy sugestii, że coś w ogóle nie zadziała. Nasza ogromna rada, i myślę, że mogę to powiedzieć w imieniu wszystkich: zawsze na początku wyznaczcie osobę decyzyjną albo proces decyzyjny. Niech to będzie nawet jasne głosowanie. Brak lidera i procesu podejmowania decyzji naprawdę powoduje problemy, i to w krótkim czasie.
Paweł: Słusznie. Idąc tym tropem, kiedy musieliśmy podjąć decyzje dotyczące finansowania, wszystko rozbijało się nie tyle o brak lidera, co o brak sensownego podziału udziałów. W momencie, kiedy my, jako zespół pracujący nad projektem, mając około 51% udziałów, nie byliśmy w stanie się na coś zdecydować, projekt stał w miejscu, ponieważ udziałowiec, który miał niecałą połowę, okazał się bardzo bierny i nie chciał brać udziału w podejmowaniu decyzji, a jeśli już je podejmował, trwało to bardzo długo.
Mateusz: Mieliśmy bardzo skomplikowaną strukturę udziałów. Na początku wydawało nam się, że jest nas czwórka, firma macierzysta i akcelerator, ale to już na starcie budowało problem, bo udziałowców było sześciu. Każdy miał inaczej rozproszone udziały, nie do końca zgodnie z włożoną pracą. Potem okazało się, że akcelerator wymaga, aby dodatkowy procent czy dwa oddać mentorowi, więc liczba udziałowców wzrosła do siedmiu – a to było jeszcze przed etapem pozyskania inwestora. Te 30 000 dolarów od akceleratora nie było bezpośrednią inwestycją finansową. Jak się okazało, ta kwota pokrywała nasze zakwaterowanie i powierzchnię biurową, więc realnego budżetu zostało z tego może 10 000 dolarów. Już na początku mieliśmy siedmiu udziałowców. Kiedy rozmawialiśmy z potencjalnymi inwestorami, widzieliśmy, jak ogromny strach budzi w nich fakt, że jest nas już siódemka, a oni wchodzą jako ósmy. Widzieli gigantyczne rozproszenie odpowiedzialności i ryzyko, że za chwilę udziały będą tak rozwodnione, że nam się przestanie chcieć pracować.
Paweł: Dokładnie. Dodam, że należy dbać o to, żeby core zespołu, który realnie działa i stanowi o rozwoju projektu, miał przeważającą część udziałów. U nas należała ona do inwestora, który był bierny. Inwestorzy, z którymi rozmawiałem, zwracali na to uwagę, mówiąc, że inwestują w ludzi. Bardzo im się nie podobało, że bierny inwestor ma na dzień dobry połowę naszej firmy, co prowadziło do późniejszego rozwodnienia udziałów osób, które miały ten projekt ciągnąć.
Mateusz: Pracowaliśmy nad aplikacją w Dubaju i pojawiały się kolejne pytania, na przykład o naszą przewagę konkurencyjną nad Duolingo, które jest bezpłatne. Trochę nie zwracaliśmy uwagi na te uwagi i robiliśmy swoje, wierząc, że pomysł jest tak dobry, że jak włożymy w to marketing, to po prostu zadziała. Utwierdzało nas w tym przekonaniu to, że rozmawialiśmy z różnymi inwestorami i byliśmy w stanie ich zainteresować. Warto wspomnieć, że w pewnym momencie od jednego z inwestorów dostaliśmy list intencyjny na 100 000 dolarów. To miał być bardzo ważny element naszego budżetu marketingowego. Według naszych optymistycznych szacunków, ten budżet pozwoliłby nam osiągnąć nawet milion pierwszych pobrań. I tu zaczęły się poważne problemy po stronie akceleratora. Wróciliśmy do dyskusji o formalnościach, na które wcześniej nie zwracaliśmy uwagi. Krótko mówiąc, akcelerator bardzo naciskał, żebyśmy założyli spółkę na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych. Na to ani my, ani inwestor absolutnie nie chcieliśmy się zgodzić, bo coś nam tu już śmierdziało.
Paweł: Dokładnie. Ja, spotykając się na konferencjach w Barcelonie, Berlinie czy Wiedniu i mówiąc o projekte, dostawałem od inwestorów informację zwrotną: „Aha, Wyspy Dziewicze? Nie, dziękuję, nie jestem zainteresowany”. W Europie jest to absolutnie niespotykane, żeby startup, który dopiero rozpoczyna działalność i nie ma jeszcze milionowych przychodów do optymalizacji podatkowej, był zakładany w raju podatkowym. To bardzo ucinało rozmowę z każdym inwestorem.
Mateusz: Ten problem zaczął narastać. Byliśmy w kontakcie z innymi zespołami w akceleratorze i okazało się, że każdy ma problemy w formalnościami i organizatorami. Nikomu nie podobał się pomysł z Wyspami Dziewiczymi. Zaczęło wychodzić na jaw, że finalne umowy miały dawać akceleratorowi prawo do powoływania członków zarządu, co mimo posiadania przez nich mniejszościowych udziałów (10%), dawało im kontrolę nad projektem. Kiedy my i inne zespoły zaczęliśmy negocjować te warunki, spotykaliśmy się z gigantycznym oporem. Nie było nawet możliwości disku. Mówiliśmy, że mamy list intencyjny na 100 000 dolarów i chcemy zmienić warunki, ale to nic nie dawało. Startupy zaczęły się organizować – śmieję się, że działaliśmy w podziemiu, ale wtedy to nie było śmieszne, zwłaszcza że nie byliśmy na terenie Unii Europejskiej, a w kraju na Bliskim Wschodzie, który rządzi się swoimi prawami. Na jednej z dyskusji, gdzie startupy były po jednej stronie, a przedstawiciele akceleratora po drugiej, padło kilka niecenzuralnych słów, włącznie z przypomnieniem, że to oni są sponsorami naszej wizy i w każdej chwili mogą nam utrudnić życie na miejscu. To był moment przełomowy, w którym większość z nas zaczęła zadawać sobie pytanie, czy warto ryzykować. Mogło dojść do poważnych komplikacji, włącznie z tym, że ktoś z nas mógł stamtąd nie wyjechać. Brzmi to może śmiesznie, ale tak było. Poszczególne projekty zaczęły znikać z akceleratora, po prostu wyjeżdżając bez informacji, w obawie o to, co może się stać.
Paweł: Może teraz brzmi to śmiesznie, ale pamiętam emocje, które wtedy nami targały. Byliśmy przerażeni tym, co zrobiliśmy, tym, co grozi chłopakom w Dubaju i tym, że wpakowaliśmy się w akcelerator, którego wcześniej nie sprawdziliśmy. Akcelerator, który mając udziały w projekcie i słysząc, że jest inwestor chcący dołożyć 100 000 dolarów, powinien nas po rękach całować.
Mateusz: I dodam, że ta inwestycja była na etapie, gdy aplikacja nie była jeszcze skończona. Inwestor widział tylko prototyp, a już chciał wchodzić z finansowaniem.
Paweł: Zapaliły nam się trzy czerwone lampki. Od tego momentu tworzenie aplikacji zeszło na drugi, jak nie na trzeci plan. Jako startup zajmowaliśmy się tym, jak podejść do akceleratora, jak się stamtąd wymiksować. Z perspektywy czasu widzę, że to totalnie rozwaliło nam pracę, bo od tamtej chwili nie mieliśmy już motywacji do rozwoju projektu, tylko zastanawialiśmy się, jak wyjść z tego problemu, nie tracąc praw do tego, co już wypracowaliśmy.
Mateusz: Dokładnie, motywacja po prostu siadła. Skoncentrowaliśmy się nie na tym, na czym powinniśmy, projekt w ogóle nie poruszał się do przodu, a przez ostatni miesiąc głównie myśleliśmy, co zrobić. Zaczęliśmy konsultować się z prawnikami w Polsce, jakie mamy prawa do projektu na podstawie podpisanych dokumentów. Szczerze, każdemu z nas odechciewało się nad tym pracować, bo było to psychicznie męczące. Dopiero wtedy zaczęły nam się otwierać oczy na wszystkie uwagi, na które inni zwracali nam uwagę wcześniej. Na wcześniejszym etapie można je było obejść, ale teraz wydawały nam się tak wielkie, że po prostu nie chciało nam się dalej działać. Skoncentrowaliśmy się na tym, jak stamtąd wyjechać.
I wyjechaliśmy. Na początku maja opuściliśmy program akceleracyjny, nie informując o tym szeroko akceleratora. Pożegnaliśmy się tylko z zespołami, z którymi współpracowaliśmy. Dodam, że byliśmy piątym z dziesięciu zespołów, które wyjechały w trakcie programu, który miał trwać do lipca. Zdecydowaliśmy, że będziemy negocjować z Polski. Oczywiście do długich negocjacji nie doszło, bo dostaliśmy po prostu list, który w ich mniemaniu odbierał nam prawa do projektu. Po rozmowach z prawnikami kwestia była bardziej dyskusyjna, ale tak naprawdę po powrocie do Polski zaczęły wychodzić wszystkie nasze podstawowe błędy: brak podziału obowiązków i spisania, kto się czym zajmuje, brak jasnego lidera i brak planu na to, co zrobimy, jeśli akceleracja nie wypali. Po 2-3 miesiącach dyskusji w całym gronie założycielskim ostatecznie wycofaliśmy się z tego projektu.
Paweł: Dokładnie. Z perspektywy czasu można powiedzieć, że wycofaliśmy się być może za późno. Jednym z błędów, które popełniliśmy, był brak dobrego zbadania pomysłu na początku – tego, czy ma szansę osiągnąć zakładane wyniki finansowe. Od momentu powrotu dużo czasu poświęciliśmy na dyskusje, mając już prawie gotową aplikację, dużą część grafik i nagrane wypowiedzi native speakerów. Z racji problemów, które się pojawiły, wyczerpania, złego podziału udziałów i tego, że nie byliśmy w stanie podjąć sensownej decyzji, skupiając się na tym, skąd brać dalsze finansowanie, doszliśmy do wniosku, że ilość problemów i błędów popełnionych na początku sprawia, że nie ma już w nas woli i siły, by kontynuować ten projekt.
Mateusz: Dużo osób pyta mnie na tym etapie: „ale mieliście przecież tego inwestora, który chciał wejść, nie można było założyć spółki w Polsce?”. Problem był taki, że ten inwestor też się ostatecznie wycofał. Widząc te wszystkie problemy i czekając z pieniędzmi na zespół, który z jakichś dziwnych powodów nie może powołać spółki, ostatecznie zdecydował, że nie jest zainteresowany, mając wątpliwości co do nas jako zespołu i co do sytuacji prawnej projektu. Bo szczerze mówiąc, na tamtym etapie nie mieliśmy nawet pewności, czy realnie mamy jeszcze prawa do tego projektu po tym, co wydarzyło się w Dubaju.
Paweł: Jedyne, czego byliśmy pewni, to to, że gdybyśmy realizowali ten projekt i odniósłby on zauważalny, spektakularny sukces, to moglibyśmy być pewni, że akcelerator wróciłby do nas ze swoimi prawnikami. Mielibyśmy na pewno dużo problemów. Nikomu z nas nie uśmiechało się na tamtym etapie brać na siebie ryzyka takiego obrotu spraw.
Mateusz: To raz, a dwa, że wizja spektakularnego sukcesu, na który mieliśmy nadzieję na początku roku, w czerwcu czy lipcu wydawała nam się już absolutnie nierealna. Cała motywacja i chęć pracy nad tym projektem z nas uszła. Wydaje mi się, że wynikało to z wielu aspektów, nie tylko z braku lidera czy formalności, bo tak naprawdę wszyscy jesteśmy ze sobą w dobrych relacjach, choć wtedy padały między nami także ostre słowa. Wynikało to także z tego, że każdy z nas angażował się w projekty poboczne, a do tego my z Adamem na miejscu nie znaliśmy umiaru. Poza tym, że dawaliśmy sobie trochę wolnego w piątki, co i tak kończyło się wieczorną pracą, nie mieliśmy odskoczni. To spowodowało, że bardzo szybko wpadliśmy w syndrom wypalenia. Wiem, że podejście jest takie, że trzeba się angażować w projekt na 200%, ale moim skromnym zdaniem, gdzieś ten balans trzeba mieć. Okazało się, że w momencie pojawienia się problemów, brak miejsca na nabranie dodatkowej energii okazał się problematyczny i to chyba do końca posypało nasz zespół.
Paweł: Przechodząc do podsumowań, mam kilka uwag. Pierwsza jest taka, żeby rozwijać biznes tam, gdzie są nasi klienci. Nie wyjeżdżajmy daleko, jeśli mamy dostęp do klientów tu, gdzie jesteśmy. Z perspektywy czasu myślę, że z Polski mamy idealny dostęp do klientów z całego świata, którzy byliby zainteresowani nauką języka, a sam fakt bycia fizycznie w innym mieście niekoniecznie by coś zmieniał. Oczywiście, obecność w innych miastach daje inne możliwości dotarcia do inwestorów, na przykład w Europie Zachodniej, gdzie inwestycje często byłyby w podobnym nominale co w Polsce, tylko liczone w euro. To na pewno pomaga. Natomiast nie bójmy się zakładać spółki w Polsce, ponieważ dla większości inwestorów z UE jesteśmy równie dobrym krajem do otwarcia spółki, jak ten, z którego pochodzą. Na pewno dla inwestorów z Europy nie jest korzystne, kiedy widzą, że spółka jest założona w kraju poza UE, szczególnie na Bliskim Wschodzie czy na rynkach bez jasnego systemu prawnego. Myślę, że Stany Zjednoczone są tu wyjątkiem, ale nie ma sensu przesadzać z egzotycznymi miejscami na rozwijanie biznesu.
Mateusz: Dokładnie. Ta walidacja produktu, czyli sprawdzenie, czy będzie się cieszył zainteresowaniem – przeprowadzenie prostej ankiety, nawet na niewielkiej grupie potencjalnych użytkowników – dałoby nam dużo lepszą perspektywę na starcie. My, trochę zachłyśnięci tym, że udało nam się fajnie wypromować wcześniejsze aplikacje, wydawaliśmy się sobie, że wiemy już wszystko o rynku języków obcych i aplikacji mobilnych. A tak po prostu nie było. Wiele osób zwracało nam uwagę na potencjalne problemy. Myślę, że wielu z nas brało je pod uwagę, ale mogło to oznaczać tak dużą modyfikację pomysłu, że każdy bał się, jak to wpłynie na dalszy rozwój. Wydaje mi się, że warto słuchać otoczenia. Nie zgadzam się, że warto wyłącznie wierzyć w swój pomysł i plan. Owszem, trzeba bronić swoich racji i mieć konkretny plan, ale nie można się totalnie wyłączać na otoczenie, bo jeśli ma ono konstruktywne uwagi, warto je wziąć pod uwagę.
Paweł: Ostatnia rada, którą sobie zapisałem, to żeby robić projekt zwinnie. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, czy mieliśmy w założeniach zwinne realizowanie projektu, ale na pewno nie robiliśmy tego tak zwinnie, jak bym do tego podszedł dzisiaj. Bardzo szybko zdecydowaliśmy się na wydatki związane z produkcją grafik i nagrywaniem native speakerów, co generowało koszty, a z perspektywy czasu widzimy, że do niczego nam się to nie przydało. Te materiały leżą na półce. Warto mieć jak najszybciej gotowe MVP – minimalną wersję produktu. Choćby miało tam być nie 1000, a 100 słów, i nie 10 języków, a jeden. Zupełnie inaczej robi się później marketing, inaczej bada potencjał i rozmawia z inwestorami, kiedy mamy gotową, działającą aplikację, którą możemy pokazać na telefonie, a zupełnie inaczej, tak jak my wtedy, gdy proces tworzenia bardzo się rozciągnął i do ostatnich chwil nie bardzo mieliśmy co pokazać oprócz ładnej prezentacji.
Mateusz: W 100% się zgadzam.
Paweł: Mateusz, czy coś byś jeszcze dodał?
Mateusz: Patrzę na swoje stare notatki z projektu, ale wydaje mi się, że najważniejsze kwestie zostały poruszone. Mam nadzieję, że osoby, które posłuchają naszej dyskusji, wyciągną jakieś wnioski i może nie popełnią tych samych błędów. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o naszym projekcie, bardzo chętnie odpowiemy na wszelkie pytania. Kontakt do nas będzie dostępny w opisie podcastu.
Paweł: Dokładnie. Dotarliśmy do końca naszego pierwszego odcinka. Mamy nadzieję, że chociaż jedna z tych rad przyda wam się w codziennym działaniu i dzięki temu nie popełnicie błędów, które my popełniliśmy, rozwijając swoje firmy. Czekamy na opinie i wkrótce zabieramy się za nagranie kolejnego odcinka, już z gośćmi. Dzięki za wysłuchanie.
Wszyscy: Do usłyszenia!
Czym jest #FailurePodcast?
#FailurePodcast jest odpowiedzią na niszę w polskim środowisku startupowym, a mianowicie brak wyraźnego miejsca, w którym moglibyśmy podzielić się popełnionymi przez nas błędami i wzajemnie na tych błędach się uczyć.
Zależy nam na tym, aby w kolejnych odcinkach prowadzić ciekawe dyskusje z interesującymi osobami, które próbowały i nadal próbują swoich przedsiębiorczych sił, ale koncentrują się na tej gorszej stronie prowadzenia własnego biznesu.
Chcemy pokazać, że prowadzenie startupu nie jest, i nigdy nie będzie, usłane wyłącznie różami. To, że obserwujemy kolejnych przedsiębiorców chwalących się swoimi sukcesami na Facebooku czy LinkedIn, absolutnie nie oznacza, że na codzień nie zmagają się oni z dziesiątkami kłopotów i że droga do tego sukcesu była tak prosta, jak może nam się z boku wydawać.
Na codzień oboje jesteśmy osobami, które można by określić jako „przedsiębiorcy”.
Paweł koncentruje się na zarządzaniu projektami i ludźmi, od zawsze ciągnęło go do spraw operacyjnych związanych z tworzeniem nowych pomysłów i ich realizacją. Mateusz natomiast, jest marketerem który poszukuje cały czas nowych i coraz bardziej skutecznych metod pozyskiwania, docierania i zainteresowania potencjalnych klientów produktami, które współtworzy. Więcej o nas, znajdziecie na na naszych profilach społecznościowych (linki w stopce).
W pierwszym odcinku omawiamy nasze doświadczenia z projektu Lingly, czyli pomysłu na prostą aplikację mobilną, która z użyciem 1000 słów w danym języku obcym, pozwala opanować dany język na tyle płynnie, aby prowadzić ponad 80% konwersacji w wybranym języku.
Mówimy między innymi o tym jak działają akceleratory „globalne” i na co uważać. Opowiadamy jak wygląda problem bazowego podziału udziałów wśród założycieli projektów. Poruszamy też problem podziału kompetencji i wyznaczania wspólnych celów zespołu wobec projektu.
Poniżej wybrane 12 rad z naszej dyskusji (w kolejności zgodnej z nagraniem w odcinku :)).
12 rad na dobry początek od Lingly w #FailurePodcast:
RADA 1: Czytajcie dokumenty i dopytujcie POPRZEDNIKÓW. Sprawdzajcie SUCCESS RATE.RADA 2: Chcecie się angażować w swój projekt i ma on coś osiągnąć – odstawcie rozpraszacze na bok, albo uznajcie, że to jest tylko sprawa dorywcza bez większych planów.RADA 3: Odbiór mediów i pozytywne przyjęcie internecie nie gwarantuje sukcesu, ani nawet powodzenia.RADA 4: Dla mediów musicie być unikatowi. Pod względem produktowym. I pod względem redakcyjnym.RADA 5: Holokracja i brak lidera był ogromnym błędem naszego małego projektu. Ktoś musi wyznaczać kierunek rozwoju. Eksperymenty holokratyczne może warto sprawdzać w stabilnej firmie (ale tego nie wiemy :)).RADA 6: Nie odwlekajcie decyzji. Zwłaszcza tych ważnych i tych, które od początku wydają się (nawet mniejszości) za ważne.RADA 7: Podział udziałów musi być naprawdę dobrze przemyślany. Zarówno pod kątem decyzyjnym, jak i pod kątem potencjalnego poszukiwania kolejnego finansowania (jeśli to o nie chcesz opierać swój projekt, bo przecież nie musisz i często nie tędy droga :)).RADA 8: Nie ignoruj głosów, pytań i wątpliwości otoczenia. Nie jesteś nieomylny, mimo że Twój projekt jest (rzekomo) genialny.RADA 9: Unikaj wszelkich pomysłów na raje podatkowe.RADA 10: Ustal wspólny cel z zespołem. I upewnij się, że jest taki sam dla Was wszystkich.RADA 11: Balans jest niezbędny. Zaangażowanie na 200% nie musi być dobre, w szczególności w momencie gdy pojawia się kryzys i konieczność czerpania energii z rezerw (których nie ma…)RADA 12: Projekt technologiczny realizuj „zwinnie”. Nie pakuj się w gigantyczne koszty na początku, póki nie potwierdzisz że są one faktycznie uzasadnione.Zachęcamy do kontaktu z nami za pomocą Twittera (@mpospieszny, @antpawel), LinkedIn (Mateusz, Paweł) lub Facebooka (Mateusz, Paweł).
Dziękujemy za uwagę i zapraszamy do kolejnego odcinka już za 2 tygodnie. W audycji publikowanej 2 lutego, naszym gościem będzie Kamil Stanuch z Nearbox.it
Jeśli chcesz otrzymywać informacje o kolejnych odcinkach na bieżąco, zostaw nam swój e-mail. Obiecujemy, że nie wyślemy żadnego spamu, dbamy o Twoją prywatność i Twoje dane.
Email marketing software powered by FreshMail
Generate new maskGenerate new mask