,, Na ulicy Pięknej w Warszawie tuż przy głównym budynku szpitala jak zwykle panował niewielki ruch. Kilka samochodów i miejscowych rowerzystów którzy jechali głównym pasem raz na jakiś czas w ciągu przedpołudnia można było zliczyć na palcach jednej ręki. Z górnego piętra w szpitalu pracownicy mieli widok na całą uliczkę, w tym na sklep florystyczny pani Łucji. To właśnie u niej każdy ciekawski miał okazję porozmawiać o gorących plotkach czy chociażby doradzić się jakie kwiaty najlepiej przynieść dziewczynie na przeprosiny. Zaraz obok usytuowana była najlepsza miastowa piekarnia.
Wiatr hulał tego dnia niespokojnie, zabierając w taniec z asfaltu pożółkłe liście, drobne kamyczki oraz papierki po cukierkach. Słońce muskało po twarzach i ciałach przechodniów, w tym porządnie oświeciło niezdarnego rowerzystę, który na pasach zaliczył małą wywrotkę wpadając jak strzała w lampę na chodniku. Z uśmiechem na ustach na całą tę sytuację z okna spoglądała Dagmara, pochłonięta w swoich codziennych obowiązkach. Po porannym dyżurze oraz terapii w klinice, w tym w szczególności zdaniu protokołu dla Chomentowskiego była dosyć roztargniona i co moment wstawała od biurka rozprostować nogi. Ciągle najdrobniejszy szelest papierów u kolegi z przeciwnego biurka czy siorbanie herbaty ją rozpraszało i sprawiało że myślała o niebieskich migdałach (...)
- Słuchaj, często właściwie się zastanawiałem nad tym czy nie chciałabyś awansować. - Obróciła się jak przebudzona z głębokiego snu od biurka i przerwała pracę przy komputerze. Zaskoczył ją Artur, który miewał w zwyczaju wciskać nosa wszędzie gdzie nie trzeba oraz komentować wszystko co popadnie. Jednak Dagmara była poniekąd przyzwyczajona już z grubsza do wszelkich jego uszczypliwości i docinek. W klinice męczyła się z tym skubańcem już piątą wiosnę. Po takim czasie człowiek zaczyna traktować kumpli z pracy jak rodzinę, chociaż Dagmara mogłaby stwierdzić że raczej Artur był tym starszym i lubiącym dogryzać młodszej siostrze bratem, który nie stronił nigdy od jadu kiedy miał okazję. Wybił ją z rytmu pracy. Żeby jednak podkreślić swoją obecność i mieć pewność że go słucha a nie tylko wywraca oczami, zdjął jej słuchawki z uszu, czochrając przy tym loki.
- Psychiatra na stanowisku sekretarki nie jest taki zły, nie marudzę. - Ten spojrzał się na nią jednak z niedowierzaniem marszcząc swoje krzaczaste brwi...."
Zapraszam do odsłuchania 1 działu mojej książki,