❖Kliknij, żeby posłuchać tekstu w interpretacji autora❖ Trudna albo dziwna sytuacja. Patrzę w migający kursor, chciałbym napisać coś mądrego, ale w obecnym czasie nic nie gwarantuje sensu. Media, bez względu na ich charakter, szpikują odbiorców tym samym, podkręcają histerię: koronawirus, epidemia, lęk, brak środków ochrony, lekarze uginający się pod ciężarem walki, a nad tym cynizm rządzących, byle zostać przy korycie. Dramat zamkniętych we własnych mieszkaniach, domach, a może jeszcze większy ten małych przedsiębiorców, pozostawionych przez państwo - jak zwykle - samym sobie. Groźba recesji, a może kryzys światowy i wszędzie czarna flaga, bo nie wiadomo, jak długo to potrwa i w jakim stopniu zmieni świat. Gdyby spędzić jeden dzień tylko przy wiadomościach i komentarzach, w portalach społecznościowych, można wylądować w wariatkowie, oczywiście pozbawionym lekarzy, ewentualnie popełnić seppuku. Czy dziś pisanie felietonu może dotyczyć czegoś poza? O epidemii mówi się w kółko, ale każdy inny temat brzmi wtórnie i jałowo. W takich chwilach próbuję iść o krok dalej. Szczególnie, że mam to szczęście w nieszczęściu – w przeciwieństwie do wielu – wychodzę codziennie do pracy. A kroków stawiam sporo, bo wracam pieszo przez opuszczone ulice i skwery. Mijam pojedyncze osoby, często zakapturzone i z maseczkami na twarzach. Patrzę na kamienice, bloki, mieszkania dwupoziomowe z poddaszem i z reguły na początku drogi rodzi to myśli optymistyczne: więc jednak można żyć w zwolnionym tempie, jest nadzieja na przyszłość. Pracownik, który zostaje w domu jest spokojniejszy, bardziej wydajny, bo niezrywany o świcie. Nie stoi w korkach i nie nabrzmiewa frustracją. I ta oszczędność energii dla przedsiębiorstwa i mniej dwutlenku węgla w powietrzu, gdy samochody zostaną na parkingu. Szkoda, że z koszmarnego, a nie racjonalnego powodu dochodzimy do sedna sprawy. I tylko kontrolować trudniej najmitę, choć może nie potrzebuje aż tak nadzoru, jakby się prezesowi wydawało? Jeśli realizuje zadania w wybranej przez siebie godzinie, a robi to skutecznie i terminowo, po cóż mu bat nad głową? Zaraz potem nadciąga ciemniejsza chmura refleksji, groźba izolacji. Za ścianami najbardziej wypasionych lokali narasta frustracja, która z dnia na dzień gęstnieje i szuka ujścia. Jeszcze rozładowuje lęk niepewnej przyszłości memami, prześciga się w mniej lub bardziej zabawnych filmikach na fejsbunia, ale tu i ówdzie puszcza parę w gwizdek hejtu sieciowego, wymierzonego w imigrantów, szczególnie Azjatów, ale nierzadko w lekarzy i pracowników służby zdrowia, nauczycieli, urzędników, rejestratorki z przychodni. Niewykluczone, że przeniesie się na powracających masowo z zagranicy, a z czasem na myślących inaczej, bo kto wie jak długo potrwa zamknięcie. Czym zakwitnie, gdy wszyscy będą mogli wyjść na ulicę? W optymistycznym wariancie zwycięża myśl o rodakach spragnionych konsumpcji, spotkań w restauracji, nadrabiających straty kinowe i koncertowe. Ale jeśli wyruszy w świat mściciel szukający odwetu? Może jednak nie, skoro wokół tylu inicjatorów szycia maseczek ochronnych, drukowania w 3D osłon dla pracowników służby zdrowia, wolontariuszy roznoszących obiady dla starszych, robiących im zakupy, wyprowadzających psy na spacer. Duch solidarności zwycięża frustrata plującego jadem? Razem z Wami bardzo chcę w to wierzyć i nie dopuszczam wrony gorszych myśli. A gdy o duchu mowa, w czasie zarazy nieuchronnie przywodzi myśl o wierze. W tej kwestii - jak to u nas - podział. Nie, nie o tym politycznym myślę, że Kościół dla postępowych jest bardzo be, a dla wstecznych jedyna arka ocalenia... i pozamiatane. Gdy wędruję pustymi ulicami, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coraz ciężej wisi w powietrzu pytanie o sens wiary. Czy już tylko rutynowa ma się dobrze? Ta w wersji ludycznej, zanurzona w bezrefleksyjnej obrzędowości i rytuale, gotowa w każdej sytuacji szukać kary za coś tam? Wyhodowana na strategii potępienia, obrazie srogiego Ojc