Scheveningen. Beton, procedury, cisza. A nad tym wszystkim — mewy. Ich krzyk jest jak otwarte morze, którego nie możesz dotknąć. Wolność stoi tuż obok, ale boli jak rana.
W tym rozdziale Grek trafia na oddział dla ciężkich. Uczy się rytmu więzienia: listy, testy, kamery, porządek, który ma złamać człowieka bez jednego ciosu. Na spacerniaku biegnie pod prąd — żeby nikt nie wziął go od tyłu. Jest prowokacja, jest moment, w którym sekunda waży więcej niż ból, i jest system, który reaguje szybciej niż emocje.
A potem przychodzi coś równie groźnego jak przemoc: spryt. Jajka, wino, śmiech w miejscu, w którym śmiech jest podejrzany. Funkcje, które przychodzą same, kiedy ludzie zaczynają na tobie polegać. Piet. Granat. I rozmowy, które w więzieniu są ważniejsze niż papier.
W tle cały czas Polska — 19,5 roku, prawie dwie dekady skasowane w jednej liczbie. I decyzja, która nie jest snem, tylko ruchem.
A na końcu: garnitur, bezczelność, jedna szczelina w rutynie — i powietrze, którego nie da się kupić w kantynie. Pożegnanie z rodziną w środku dnia służb, wśród dzieci i mundurów. A potem pociąg, noc i derealizacja: wolność przyszła za szybko, a ból nie zdążył zostać w tyle.
To jest rozdział o tym, że czasem najbardziej brutalna rzecz w więzieniu nie ma krat. Ma skrzydła.