PIASA Archives Podcast

PIASA Archives Podcast

By The Polish Institute of Arts and Sciences of AmericaScienceArtsBooksHistory
Download on the App Store

PIASA Archives Podcast episodes

  • 2 sierpnia 1947 | Tadeusz Sułkowski do Herminii Naglerowej

    2 sierpnia 1947

    Droga i Kochana Pani,

    z dnia na dzień wyczekiwałem listu i miałem już dzisiaj pisać – co się stało. Ale sobota jest łaskawa i list od Pani przyniosła. Już my wszyscy mamy teraz humory! Wczoraj pisał Sowiński – też zbity wieloma rzeczami. Myślę, że trzeba jak najszybciej tym smutkom zaradzić, wspólnie o nich pogadać, jakoś je skompromitować, by osłabić ich siłę. Sam w dodatku nawalam ze zdrowiem i nie wiem, ile jest w tym powodów nieodwołalnych i ile słabości wynikającej z tego co się dzieje dokoła. Wiem jedno: że tak dalej być nie może, że trzeba nabrać więcej siły, bo się wewnętrznie rozlecimy zupełnie. Róbcie jakieś wspólne zebrania, niech sobie ludzie pogadają, niech jeden od drugiego weźmie trochę ufności do życia i trochę więcej spokoju. Nie zbierajcie się tylko, aby debatować nad mądrościami, ale by i wzajem sobie pomóc. O naszym kochanym rządzie, nowej odmianie sławojszczyzny, nawet już nie chcę ani słuchać, ani pisać. Zrobili tak, że człowiek żyjąc na obczyźnie, nie może się nawet schronić w projekt własnego państwa, skoro już wybrał emigrację. Obiecałem sobie, że nie przestąpię progu sali, w której – jak na ostatnim zjeździe – będą zasiadali te dziadki leśne. Wybrałem emigrację nie po to, aby patrzeć, jak odżywa słowiańszczyzna zasłaniająca się generalskimi mundurami. Na żadne narodowe pacierze – kochajmy się, bo prawilniśmy nie róbmy rozłamu, bo racja stanu itd. – nie pójdę.

    I dobrze, że socjaliści mogą pójść na jakieś ustępstwa. Radośniejsze życie zacznę wtedy, gdy generały odejdą od Polski. Prof. Skoński jest czarującym i czcigodnym staruszkiem (wyobrażam sobie jak by mnie rugnął i wyśmiał po swojemu za tego „staruszka”), ale nie można wszystkiego załatwiać ewangeliczną dobrocią. Cieszę się, że tamci przyjadą – i z Rzymu, i z Brukseli – szczególnie Gustaw jest pożyteczny ze swoją zimną krwią. On najlepiej kompromituje moje niepokoje. Wszyscy przyjedziemy do Pani, a ja już będę mógł być przewodnikiem i będę wiedział, jak jechać kolejką do Barons Court. Szczęśliwe nazwy tych stacyjek! Nie rozumiem, jak można mieć w Londynie złe sny. To są wszystko skutki tych zmartwień, które – jeśli się przepłoszy, to i takie sny miną. Znana psychologia troski i snów. Nie wiem, czy już Pani pisałem o tym, że zgłosiłem się na żniwa do Anglików. To taki zaciąg ochotniczy – bez wynagrodzenia. Ale się trochę pobędzie poza obozem. Znowu nam zmniejszyli racje żywnościowe, wyżywienie więc teraz mamy nędzne, mimo, że do kasyna dopłacamy. We wszystkich moich troskach tkwi jedna szczęśliwa planeta: to myśl, że chyba już w tym miesiącu wpadnę do Londynu. Ale będzie genialnie! Słońce się wywzięło, jest weselej, aż muszę zapalić sobie papierosa. Kłopotów jest, proszę Pani, sporo, ale nie można dawać im zbyt dużo głosu. Bo się stają zarozumiałe w swojej ważności. Czasami boją się – w porę i z uśmiechem zapalonego papierosa. O, już jest więcej słońca, nawet za oknem. Więc proszę się nie martwić.

    Najserdeczniej pozdrawiam

    Tadeusz

    4 sierpnia

    List zaczyna przybierać formę dzienniczka. A wszystko dlatego, że wczoraj zrobiłem małą wycieczkę do Chester i nie wysłałem na czas poprzedniej kartki. W Chester zupełnie przypadkowo trafiłem na zabawę, czy jak to nazwać – co mi bardzo przypominało nasze majówki strasockie. Nad rzeką grała orkiestra Armii Zbawienia – oczywiście dęta – zrobiło się słonecznie, trzeba było w tym cieple pić lemoniadę i jeść lody. Ludzi jak na odpuście, cieszą się z byle czego, na rzece wielkie motorówki z wycieczkowiczami, tylko że nie do Młocin i jakiś staroświecki walczyk. Prawie jak u nas, tylko, że ludzie cichsi, nie śpiewali na łodziach „za rok, za dzień, za chwilę …” Takie wycieczki są bardzo potrzebne, bo w obozie można obrosnąć pleśnią. Później się wraca jak z lasu w Skierniewicach i naraz cała ta uciecha ginie w bramie obozowej. To jest chyba psychologia wszystkich bram obozowych. Nie wpuszczają radości. A dzisiaj znowu pochmurno, trochę pada, tylko, że chmury są niskie, ruchome i może to przejdzie. Pogoda często jest łaskawsza od ludzi i czasów.

    Za parę dni napiszę znowu.

    Do widzenia

    Tadeusz

    8 min
  • 1 sierpnia 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley 1 sierpnia 1947

    Kochany Kazimierzu,

    o, to rozumiem. Idę rano na pocztę, na wierzchu kupki listów znajduję list od ciebie i od razu widzę po wadze, że będzie co czytać. Czytam więc po drodze, prawie włażę na płot, kończę w domu. I zaraz z uciechy odpisuję. Poczekaj – skoczę tylko do sklepiku po papierosy i zacznę na dobre pisać tę epistołę. Cholery te Angliki!

    Jak już chyba wiesz, od paru miesięcy papierosy – jak się to mówi – skoczyły w cenie, i to porządnie, czy raczej nieporządnie. Wczoraj ogłosili w gazecie, że Zaopatrzenie wycofuje z rynku pewne gatunki papierosów. Byłem w sklepiku angielskim – cholery wycofali najtańsze, choć dobre, które się właśnie paliło po tej zwyżce cen. Żeby jeszcze trochę powiedzieć o pokrewnym temacie: znowu zmniejszyli nam porcje żywnościowe. Są po prostu śmieszne, tak że mimo naszych dopłat do kasyna, żarcie staje się coraz podlejsze i skąpsze. Kawałka mięsa nie uświadczysz, z tego „mięsa” co dają mogą zaledwie zmajstrować w kuchni jakiś sos z drobinami mięsnymi i oblewają kartofle. Befsztyki, na które sobie pozwalałem w Londynie – takie, uważasz, aż wypukłe od smażenia, krwiste, z kopą złotawej przetłuszczonej cebuli – miam, miam – wspominam jak legendę. Można je dostać z karty w Ognisku Polskim, gdzie jak przyjedziecie i wy, i ja będziemy je chyba rąbali w krzyże.

    +

    Upały są i u nas. Zapisałem się na żniwa do Anglików. To taka pomoc żniwna, ochotnicza – bez wynagrodzenia. Będziemy pracowali sporą gromadką – gdzie i kiedy, jeszcze nie wiem.

    +

    Wspominasz o zmartwieniach, że nie ma kto pisać. Że w stosunku do niektórych ludzi są przeszkody natury politycznej. Tak, to święta prawda, i nawet ja, w swoich mysich proporcjach, też zdaje się ustawię między wami i sobą taką przeszkodę. Korzystam z tej mojej przerwy zdrowotnej i uważniej o tym myślę. Bardzo mnie boli ta wasza skwapliwość w prezentowaniu nowego rządu – durnego i humorystycznego. Tą drogą andersowską daleko nie ujedzie i pogubicie sporo ludzi po drodze.

    +

    Tydzień temu strasznie się pożarłem z jednym AKowcem o Bora. Nie rozmawiamy. Wczoraj pokłóciłem się z drugim jegomościem, ale zdaje się, że rozmawiać będziemy. Niech mnie wpuszczą do Londynu – przepędzę to draństwo, tę sławojszczyznę. Miałbym siłę na to i chyba dobrze bym to zrobił.

    +

    Coraz lepiej rozumiem rewolucjonistów.

    +

    Gwoli sprawiedliwości: nie mieszkam przecież w beczce śmiechu. Mam pokój dwuosobowy, z froterowanym linoleum, z komodą i fotelami z brezentu. Mój towarzysz nie uznaje porządku, więc co parę dni ogarnia mnie szał porządku i wtedy froteruję. I mam jeszcze osobny stolik. Ale to nie jest życie.

    +

    Dlaczego nie przysyłają mi forsy za „Trzech poetów”? Jak wy prowadzicie te rachunki?

    +

    Co spojrzę na twój list, to aż mi dusza rośnie. Prawie na 3 stronach! Sam nie wiesz – jak mnie to stawia na nogi.

    +

    Czy czytałeś „Pod prąd” z datą 20 lipiec? Cudownie obrobili Grabowskiego, powinniście pewne fragmenty przedrukować.

    +

    Słuchaj, czy pisał do ciebie Adam? Bo jakoś – jak kamień w wodę, a chyba się przecież umówiliście, że napisze.

    +

    Czekam jak zbawienia na ten wasz przyjazd, bo wiele rzeczy jest do obgadania. Najprawdopodobniej (cholerne słowo!) kupię już sobie do tego czasu cywilne ubranie i w nim się zjawię na spotkanie „wielkiej trójki” w Londynie.

    +

    Nic nie piszesz, że dostałeś moje poprzednie listy. Przecież ja piszę do ciebie często – czyżby ginęły po drodze? Za parę dni napiszę znowu – ale i ty pisz.

    +

    Kołoniecki już chyba jest w tej chwili u ciebie. Dzień dobry, panie Romanie!

    Bądź zdrów

    Tadeusz

    7 min
  • 1 sierpnia 1947 | Herminia Naglerowa do Sułkowskiego

    1 sieprnia 1947

    Drogi Panie Tadeuszu,

    Za list i widoczek bardzo dziękuję. W istocie jestem teraz mniej pilna w pisaniu listów, ale nie tylko z powodu upałów, które zresztą mają się ku końcowi. Minął tydzień zebrań rozmaitych i wszelkich uroczystych akademii. Obchodziliśmy czy też czciliśmy starość (85 lat!) ojca Stanisława Balińskiego, także pisarza i poety. Było smutno, choć Nowakowski gadał wesoło, a Terlecki i inni uroczyście. Stary się wzruszał, popłakiwał, zatęskniliśmy do dawnej Warszawy, do wszystkiego, co przepadło w długich latach i w katastrofie. Wczoraj była znowu Warszawa - rocznica wybuchu Powstania. To także nie mogło pocieszyć, a chyba nie mogło nawet podnieść na duchu. Obchód był tak pomyślany, że odbywał się sąd nad ZSRR, nad nieudzieleniem pomocy Powstaniu. Wzywano świadków.

    Byli to autentyczni uczestnicy Powstania, komendanci odcinków, szefowie sztabów. Zrobiono tę rzecz dobrze, ale cóż z tego? Nie ma jeszcze prawdziwego trybunału, który by sądził, i kto wie, czy kiedyś będzie i także nie wiadomo, czy coś z tych gniewów dotrwa do lepszych czasów. Niech zresztą nie dotrwa, byle było już lepiej.

    Miałam list (krótki) od Sowińskiego. Jakoś nie przyjeżdżają jeszcze. Czekają na powrót Piestrzyńskiego. Zapowiadają się na sierpień, który będzie obfitował w gości z daleka, bo i Grudzińscytu się zjawią.

    Winszuję Panu p racy kronikarskiej. Wyobrażam sobie, jakie to jałowe i nie wiadomo po co, czy komu? Jakże mało Pan się buntuje! Robię to za Pana i popędzam tutejszych do akcji.

    Niestety istnieje zasłona dymna, albo nawet żelazna kurtyna, przesilenie rządowe. Może jednak trochę się ruszy, może jednak coś się zrobi zanim liście na moim jesionie pożółkną. A może trzeba będzie poczekać aż Tamiza wyschnie i zmieni koryto.

    Nie zdaje mi się jednak, że potrafię się aż tak długo buntować. Miałam sen, którego pointa jest, że muszę się spieszyć, bo prędko umrę. W czym się spieszyć, czy z czym, czy do czego?

    Sny są lakoniczne, więc tylko rozdrażniają.

    I Pan jest lakoniczny, ale rozumiem, że nie ma o czym pisać. Proszę, mimo to, spróbować trochę obszerniej o Sobie, o porządku i nie porządku dni, o zamiarach, troskach i czy ja wiem o czym jeszcze?

    Serdecznie Pana pozdrawiam i życzę wszystkiego dobrego.

    Herminia Naglerowa

    9 min
  • 30 lipca 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley 30 lipca 1947

    Kochany Kazimierzu,

    Od rana mam wielkie święto, bo przyszła od Ciebie kartka. I to nareszcie z wiadomością, że przyjedziesz w połowie sierpnia. Wiec tak, jakbym się już szykowała i na swój wyjazd do Londynu. W ostatnich czasach jestem w ogóle lepszej myśli. Wziąłem parę serii zastrzyków (strychnina i jakaś kombinacja z gliceryną) plus jeszcze jedno lekarstwo, co w sumie dość mi pomogło. Żebym tylko jeszcze mniej się gryzł. Po krótkiej nawalance z pogodą znowu są upały, rano pochmurno od mgły, a później słońce prawie włoskie. Tutaj upał jest dokuczliwy i przez to, że na skutek wilgoci, wszystko paruje – więc chodzi się jak w łaźni, Trochę mnie boli, że piszesz tak skąpo, prawie na kolanie. Tłumaczę sobie to tym, że ponieważ masz w planie wyjazd do tej Argentyny, nie chcesz stwarzać sytuacji bliższego współżycia, abym Ci może nie zaproponował i swego razem z wami wyjazdu.

    Nie. Kazimierz, nie zaproponuję. Nie gniewaj się jeśli to przypuszczenie moje wynika tylko z mego urazu – o, ten uraz mocno jeszcze we mnie tkwi – ale rozmawiam z Tobą otwarcie. Niedawno miałem list od Gustawów. Rugnął mnie za to, że podpisałem ową uchwałę Związku. Niestety, żaden z jego argumentów nie wydał mi się słuszny i odpowiedziałem mu w bardzo obszernym liście. Nie chce tutaj tego omawiać, bo najlepiej o tym pogadać jak przyjedziesz. Słuchaj, dlaczego „Orzeł” płaci teraz za wiersze 1 £? Płacił półtora, a wiedz, że Grydzewski płacił 2 £. Nie wiem, czy ta wasza zniżka jest słuszna. Za „Trzech poetów” jeszcze nie dostałem forsy. Napisz zaraz – dosłownie zaraz – czy reflektujesz na wybór fragmentów z mojej pracy o obozie Murnau. Chodzi mi o to, żebym zebrał trochę forsy na ten wyjazd do Londynu. Nie piszę teraz wcale – z dwu powodów. Raz, że jeszcze w czerwcu lekarz kazał mi wszystko odłożyć, co w skutkach okazało się pożyteczne, dwa – że chcę się zabrać do uczciwszej, z planem, roboty po rozmowie z Tobą i po ułożeniu z „Orłem” jakiejś sprawniejszej umowy. Ów wybór sporządziłbym z pracy dawno już zrobionej. Uwaga w sprawie kolportażu „Orła”: po tej zmianie datowania, o czym kiedyś pisałeś, był tydzień, że „Orzeł” np. do nas, do obozu doszedł akurat w sobotę, zgodnie z datą. Ludzie chwalili to; kupowali jako numer pachnący świeżością, aktualnością dnia i daty. Ale było to tylko raz. W zasadzie „Orzeł” się zjawia w najbliższy czwartek po dacie. Skoro mogli raz dobrze go rozprowadzić – to chyba mogą tak robić i stale. Ze wszystkich pism, mówię o naszym obozie – tylko jeden „Orzeł” przychodzi z zupełnie nieaktualną datą. Ktoś nawala w Londynie. Ów zeszyt „Mondo Latino” przyślij, kiedyś w Rzymie zwracali się do mnie w sprawie tego tłumaczenia – i więcej nic nie wiem i nie wiedziałem. Romana pozdrów – razem z tym jego tutaj przyjazdem zapachniała Warszawa i stare, złote czasy. Kiedyś napisałeś w związku z Kiedrowskim: „W Warszawie, w okresie studenckim”. Zrobiłeś uwagę, że to brzmi jak z Bałuckiego. Zapomniałem ci poprzednio napisać, że ja tak samo to odczuwam. – W Warszawie w okresie studenckim – Boże, kiedy to było? Takie uprzytomnienie sobie tego aż przeraża – czuję wtedy, że istotnie ziemia się obraca. Jak już daleko odrzuciła nas od gwiazdozbiorów z imionami: Konieczna, Ujejski, Słoński, indeks, aula, audytorium Brudzińskiego i tulipany przy Bibliotece. Aż wyjrzałem w tej chwili przez okno: widzę z boku drugi baraczek, a na stoliku u mnie leżą nie „Płaskie” czy „Ergo” (człowieku, to są nazwy staroświeckich papierosów młodości), ale „Wild Woodbine”. Mam gdzieś taki wiersz, pisany jeszcze w Lowercrofcie – w deszczu który lał i lał. Nie wysłałem Ci go. Nie wiem nawet czy go w tej chwili sobie przypomnę.

    Mieliśmy rosnąć, o siło,
    Jak buki mocni
    No i patrz, co się porobiło -
    Osiwieliśmy, młodości.
    Milczenie i zmarszczek sieć
    Nocom czarnym.
    Serce brzęczy. To pusta miedź
    I w duszy zimno jak w psiarni.
    Już nie zakwitnę różą,
    Maska śmieszna i krzywa –
    Wieczny odpoczynek naszym gruzom,
    Młodości, kalino siwa.
    Już nie wołam i o nic nie krzyczę,
    O żadna dłoń i żadna rzecz –
    jestem zgasłe pole magnetyczne,
    Po którym chodzę jak deszcz.
    Wdową po mnie będzie tylko ziemia,
    Cóż tej żonie najwierniejszej zostawię?
    Od czystego oddechu istnienia
    Rozlatuję się, stary Dmuchawiec

    Przypomniałem sobie. Tak, tak: Gerwazeńku. Gerwazeńko niech pisze. A „Płaskich” już się palić nie będzie. Pisz, Kazimierz, i rugnij mnie za te cholerskie wspominki.

    Bądź zdrów, ściskam

    Tadeusz

    4 min
  • 17 lipca 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley 17 lipca 1947

    Kochany Kazimierzu,

    dzisiaj rano dostałem twój list i odpisuję zaraz, bo widzę, żeś wieloma rzeczami zgryziony. Nie myśl, że i ja mam słodkie życie. I u mnie wszystko wzięło w łeb. Najbardziej boli to, że nie można się schronić nawet w działanie społeczne, znaleźć oparcia w jakimś ruchu, choćby partii, gdzie by się człowiek poczuł na miejscu, o coś walczył, z kimś się kłócił. Wypadło żyć śród ludzi, na których bym się w normalnych warunkach nawet nie spojrzał. Nieraz sobie myślę: rzucić to wszystko, skryć się gdzieś, niech się z nimi dzieje co chce. Ale zbyt dużo w człowieku gniewu, żeby nie łaknąć chwili, kiedy sam będę mógł walić w te łby. Jeszcze jestem taki durny, że wierzę w to. Nieraz przychodzi mi do głowy myśl: iść do tamtych, ale tylko po to, by ich zniszczyć. Kiedy i to nie jest rozwiązanie. pamiętasz naszą rozmowę ciut po twoim przyjeździe do Korpusu – w Ankonie, kiedyś przyjechał do mnie do szpitala? Jeszcze ich wtedy broniłeś. Ja na swoje nieszczęście już wtedy widziałem, czym to społecznie pachnie. I śmiem twierdzić, bo mam w sobie dobrze przepatrzoną sytuację osobistą, że głównym powodem mego włoskiego załamania się – oni byli. Bom z miejsca nie mógł się zgadzać na ich linię, na ich wariactwa myślowe. Wisiałem w próżni, bo nie chciałem się tknąć rzeczy, które sądziłem – już po tygodniu – za mylne, fałszywe i niepolityczne. Zacząłem narzekać, męczyć się – Zbyszek od moich narzekań uciekał, widział w tym głupstwa, które mi nawet w głowie nie powstały. A ja zostawałem coraz bardziej sam. Wiem nadto dobrze: nazwiesz to – wybielam się. Ale i ja wiem, co było wtedy we mnie. Niby za wszystko sam człowiek odpowiada, więc odpowiadam i będę sam odpowiadał za to, że przez Zbyszka nie mam domu i rodziny, że nie wiem co się z nimi wszystkimi dzieje, że im nie mogę pomóc, bo wtedy musiałbym nawiązać z nimi kontakt. A ja już ich do końca życia nie będę widział. Chciałem się przerzucić, żeby znaleźć zapomnienie – w jakąś nawet robotę polityczną. Czy da kto radę Andersowi, skoro – jak opowiadają i wierzę w to – coraz mocniej wiąże się z endekami i klerem? Wiąże się sam, bo jest cwany, bo wie, że nikt inny za nim nie stanie. A to jest mafia, na którą nie ma – niestety – rady. Kawały po śmierci Raczkiewicza są najlepszym tego dowodem. Cieszyć się z wiersza drukowanego w „Orle” – to za mało. Wypadki w naszej górze londyńskiej obserwuję bardzo szczegółowo. Nie jest wykluczone, że w momencie, gdy ich łajdactwo stanie się wyraźne – pożegnam Orła.

    +

    Ty pisz. Nie myśl, że chcę wchodzić w twoje plany życiowe. Jestem sam i będę sam. Tak mi się złożyło w życiu. Pan Zbigniew prawił mi lekcje o samodzielności – a on sam? W najcięższej sytuacji, bo na obczyźnie, dobił do brata i teraz jest „samodzielny” w – słusznym zresztą – oparciu o kogoś. Bo tu samemu jest ciężko. Cieszę się, że mimo to, wyglądam lepiej. Myślę, że nawet wyglądam dobrze. Choć wiem, że to wszystko wisi u mnie na cieniutkim sznureczku, na nitce. Zrobisz co będziesz chciał. Ale pomyśl jedno: musisz być nie tylko wyrobnikiem, ale i musisz pisać. Musisz mieć trochę oddechu. O ten oddech walcz, choćbyś się miał z nimi rozstać. Muszą ci dać takie warunki pracy, byś miał czas i dla siebie. Co z Romanem? Bardzo bym chciał zobaczyć się z tobą w tym Londynie. Trochę chyba zarobiłem, żeby zobaczyć gębę bliższego mi człowieka. Nie martw się, zadbaj o siebie.

    Bądź zdrów   

    Tadeusz Miałem dzisiaj list od Kobrzyńskiego.

    7 min
  • 9 lipca 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley 9 lipca 1947

    Kochany Kazimierzu,

    jest już prawie wieczór i taka cisza, że aż chce się z kimś pogadać, na odmianę z kimś nie z obozu. Ociepliło się, wiatr ustał, może już będzie więcej słońca. Wczoraj byłem na hulankach, bo była herbatka tańcująca i patefon z elektrycznym napędem. I jeszcze – pierogi z czereśniami, oblane słodkim mleczkiem. Bar mamy doskonały, pitraszą dwie panie z obozu, więc robią to ze smakiem i nawet z elegancją. Stoliki z obrusami, nagietki w słoikach, fotele i ładne, ogródkowe krzesła. Takie – uważasz – kółeczko rodzinne z panią pułkownikową, która przyrządza króliki z buraczkami, owe pierożki i nawet w wolnej chwili podaje do stołu. Była jeszcze w Blackpoolu, znamy się dobrze, więc mi zawsze wykombinuje smaczniejsze udko. To jest matka Grobickiego, starsza już oczywiście kobieta, ale powiadam ci – co za żywotność, jak zaczęła wczoraj opowiadać kawały – dość nawet tłuste, tośmy się pokładali ze śmiechu. Pije wódę jak chłop. Wysoka jak huzar. Morowa baba!

    +

    Miałem dzisiaj list od Herminii. Widziała się z siostrą Piestrzyńskiego i od niej wie, że przyjeżdża teraz tylko p. Ryszard, a ty z Ostrowskim – nie wiadomo kiedy. „Wiem – pisze – że ta wiadomość Pana zmartwi, a mnie także, bo cieszyłam się na Sowińskiego i Pana”. Kochana Hermińcia! Żebyś widział jaki jej fundnąłem bukiecik, gdym jechał do niej z wizytką. Była herbatka i ciasteczka i papierosik i – w ogóle sielanka. Mnie takie rzeczy są widać bardzo potrzebne, bo się świetnie potem czułem. Więc możesz sobie wyobrazić, jak łaknę żebyś prędko przyjeżdżał i żebym i ja też mógł wpaść do Londynu.

    +

    Nic nie wiem, jak się skończył londyński kryzys w rządzie w związku z wyborem Zaleskiego, Widziałem się, pamiętam, ostatniego wieczoru w Londynie z Czuchnowskim – spotykaliśmy się w Ognisku, gdzie ty chyba będziesz jadał. Otóż on był po rozmowie z jakąś figurą od socjalistów i miał wiadomość, że sytuacja stale jest poważna i że socjaliści nie chcą ustąpić. Były pretensje do Pragiera za ogłoszenie w waszym Orle owych dokumentów z mianowaniem Zaleskiego. Spotkałem sporo ludzi, którzy stali za Arciszewskim.

    Na tym filmie, o którym ci pisałem, był i Arciszewski. Widziałem go pierwszy raz w styczniu, gdy przyszedł do nas po owym wieczorze – oklapnięty, wzruszony, załzawiony. Teraz, gdy wszedł na salę kina – wyprostowany, prawie hardy, energiczny. Komentowali to, że „obudził się w nim lew” i że łatwo nie ustąpi. Na ironię losu przyszedł z Zaleskim.

    +

    Wczoraj słyszałem, że Wańkowicz jedzie ostatecznie do kraju. Czy to prawda?

    +

    No widzisz, że ci opowiadam zawsze takie klituś-bajduś o ploteczkach. Uważam, że obsługuję was zupełnie dobrze jak prywatny korespondent orłowy. A ty – napiszesz parę słów raz na ileś tam – i uważasz, że wszystko w porządku.

    +

    Matejewski żeni się prawdopodobnie już w przyszłym miesiącu. Zapomniałem ci napisać w odpowiednim miejscu, że Hermińcia się – niestety – wyraźnie postarzała. Tylko na miłość boską ani mru-mru o tym.

    +

    No, kolego betko, już coraz później, chmurzyska leżą jak krowy, trzeba kończyć i list, i dzień. Napisz chociaż za ile tygodni się odezwiesz.

    Dobranoc, bądź zdrów

    Tadeusz Pozdrowienia dla wszystkich Orląt.

    7 min
  • 8 lipca 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley 8 lipca 1947

    Kazimierz,

    nie dodaję w apostrofie żadnego przymiotnika, bo jestem taki wściekły na Ciebie, że już nie wiem. Wczoraj wysłałem trzeci list na twój londyński adres – w jednym z nich opierdoliłem cię jak Michał diabła. Bo kto tak robi! Zapowiadasz przyjazd na dniach – a że mam cię za jednego, czy może za jedynego człowieka, który nie rzuca słów na wiatr – więc wierzę jak głupi, że skoro piszesz przyjeżdżam – to przyjeżdżasz. Zacząłem kombinować różnie: załatwiasz jak wściekły jakieś tam wasze orłowe mądrości w Londynie i zostawiasz list do mnie na wolniejszą chwilę. Że może z jakichś politycznych powodów nie puścili was w ogóle z Brukseli. Że może – bo i o tym kiedyś pisałeś – odstawili cię ciupasem w jakąś zonę (nie żonę, bo tego ci życzę) angielską czy amerykańską. W dodatku zupełnie przygodnie dowiedziałem się o twoich planach, które – jak widzę – taiłeś przede mną. Że masz jechać do Argentyny czy gdzieś tam. Widzisz – wszystko wiem. Rozmawiałem któregoś dnia z majorem, który jest tu zastępcą komendanta obozu i który ostatecznie dał mi mieszkanie. Narzekam, że milczysz, a on na to, że cię zna czy wie o tobie i że jedziesz z Kiedrowskim (takie zdaje się nazwisko) do tej Argentyny. Zrobiłem krowie oczy. Bardzo mi było głupio, że o takich twoich poważnych planach dowiedziałem się od właściwie obcych mi ludzi. No, ale do wielu rzeczy zdążyłem się przyzwyczaić, a zwłaszcza do tej, że szczerość bardziej idzie ode mnie do ludzi, niż od ludzi do mnie. Nie gniewaj się na mnie za to gadanie, ale musiałem sobie choć w tych paru słowach ulżyć.

    Ulżyłem sobie – i piszę dalej. Wszystką robotę wstrzymałem od 1-ego lipca no bo tak: wiem, że jutro, pojutrze przyjedziesz, więc myślę sobie – wpadnę na parę dni do Londynu, potem (taki i nadal mam plan i pisałem ci o nim na londyński adres) będę cię chciał na trochę ściągnąć do naszego Calveley, gdzie odpoczniesz, no i zaoszczędzisz grosza. Wszystko to razem frajda niebywała, więc w takiej radości trudno o spokojne martwienie się nad artykułem czy wierszem – zwłaszcza, że pewne roboty chciałem z tobą obgadać i ustalić, nawet na dłuższy czas „po planie”. A tu – cholera – nic i nic! Aż dopiero dzisiaj dostałem twój list. Odpisuję zaraz po powrocie ze śniadania i z poczty, jeszcze nawet nie ogolony, w nieposprzątanym mieszkaniu. Zaalarmowałem wczoraj Hermińcię – czy wie coś o tobie – co się stało? Jeszcze raz najurzędowiej ci wymyślam i przyjmuj te skromniutkie słowa jako wyraz bardzo mocnego opierdolu.

    +

    Kochany Kazimierzu,           

    list twój nadszedł dzisiaj, więc humor mi się poprawił, bo to przyjemnie od rana dostać list. Wróciłem z poczty, przeczytałem twoją króciutką epistołę, potem z „Dziennika Żołnierza” – śmierć Hitlera z cyklu „Ostatnie dni Hitlera” H. R. Trevor Ropera – w opracowaniu Karola Zbyszewskiego (odcinek 13), bo od tego kawałka zawsze zaczynam lekturę gazety – i zabrałem się do listu do ciebie. U nas jakby lato odchodziło już na grzybki. Mniej więcej od lipca częściej chmury niż słońce, przepaduje, dość chłodno i zrywają się już wiatry bardzo angielskie. Może się jeszcze przetrze i będzie ładnie, ale ogólnie pogoda do dupy. Na polach sianokosy – siano i siano, w tej chwili za oknem klepią kosę – więc dzwoni.

    Wczoraj było zebranie – trwało od 3 pp. do 7.30, z przerwą na kolację – zostałem wybrany na bibliotekarza. W ogóle, jak widzisz, robię piorunującą karierę. Coraz mocniej marzę o cywilnym ubraniu i już chyba w cywilu przywitam cię na Wyspie. Tylko, że wlazło mi coś od wczoraj w lewą łopatkę i ramieniem dobrze ruszyć nie mogę – gdzieżeś młodości? Z „robót” – nim je już na miłość boską ustnie omówimy, w najbliższym czasie dostaniesz poprawioną „Muzykę” (poprawka maciupenieczka). Prócz tego – na pierwszy ogień pójdzie tom Łobodowskiego „Modlitwa na wojnę”. Robię dopiero notatki. Będzie to niewielki artykulik z pewnym natarciem na poetów krajowych za ich wyłączne kręcenie się – przynajmniej, jeśli idzie o publikacje – w małym kręgu poezji „czystej”. Po tamtej wojnie mimo niepodległości ileż wybuchło „barykowych” buntów, ogni – a teraz? Czy to ma znaczyć, że istotnie nie ma się przeciwko czemu i komu buntować? Możesz – jeśli co to odpowiada – już teraz ściągnąć od Łobodowskiego – mieszka zdaje się w Madrycie – fotografię, bo powinniście trochę więcej pisać o młodszych. W pewnym sensie zdobywacie ich przez to także jako współpracowników. O Pankowskim też maluczko napiszę.

    Słuchaj, co wy robicie z tymi kliszami? Ta przysięga Zaleskiego – to jak scena z czarnej mszy. Żywina zrobił mi wielką niespodziankę i dużo radości. Prosił mnie na Zjeździe, żeby mu na pewien czas przysłać tomy wierszy, które omawiałem. Poślę mu je, a potem wszystko razem – hurtem – prześlę ci do Brukseli. Bardzo szczęśliwie wprowadziłeś omówienie powieści krajowych – początek dobry, literaturę z kraju trzeba omawiać. Jechałem z tą myślą na Zjazd, tylko w czasie burzy posiedzenia nie było na to czasu. Zostawiłem tę sprawę Hermińci. Natomiast sprawozdanie z Goetela– pod psem. Mówił mi Czuchnowski, że ci posłał trochę wierszy – dlaczego go nie drukujesz? To pytanie jest tylko moje, on mi tylko wspomniał, że ci posłał rzeczy. Do Kobrzyńskiego napiszę – widziałem go w szpitalu, gdzie byłem raz na badaniu. Wygląda zupełnie dobrze, to jakaś historia nerwowa. Jeszcze jest sporo rzeczy do obgadania – ale to już innym razem. Może nawet jutro. Pisz, choroba, i nie tak ciupsiup – na parę linijek.

    Ze sprostowania bielatowiczewskiego wnioskuję, że zrobił wam awanturę za byki. Choć prostowanie takich szczególików wypadło dość wesoło. Ale sedno sprawy słuszne, bo człowiek siwieje ze strachu, nim zobaczy coś swego u was w druku. A potem jeszcze raz siwieje, bo go przeczucia nie myliły.

    Mój artykuł o poetach wypadł akurat w okresie moich nastrojów przed podróżą, a później nie było okoliczności, żeby ci napisać o tym parę słów. Wypadł niezmiernie schludnie, uchwyciłem tylko jeden błąd – cieszyłem się jak dziecko. Słuchaj, tylko czy Pankowski nie był zły na mnie, czy dobrze zrozumiał, że przecież nie biłem w tom, tylko w pewne zjawiska o sensie powszechnym?

    Kropi teraz deszczyk – o, lepiej w tej chwili przypuszcza.

    No, Kazimierz, przyjeżdżaj jak najprędzej i jeszcze prędzej pisz.

    Ściskam

    Tadeusz Dostałem od Gustawa „Kulturę” – na pewno się obraził, bom nawet nie napisał do niego po tym prezencie. Dlaczego nie ma o niej notki w „Orle”?

    11 min
  • 7 lipca 1947 | Herminia Naglerowa do Tadeusza Sułkowskiego

    Londyn, 7 lipca 1947

    Drogi Panie Tadeuszu!

    Nie pisałam, raz że nie byłam i nie jestem w formie; dwa że tak samo oczekiwałam belgijczyków, którzy się do tej pory nie zjawili. Dziś widziałam siostrę Piestrzyńskiego, która mi powiedziała, że przyjedzie tylko Ryszard, bez Janka Ostrowskiego i Sowińskiego. Podobno zbyt długo trwają formalności a kto wie, kiedy będą mogli trafić do Londynu. Wiem, że ta wiadomość Pana zmartwi, a mnie także, bo cieszyłam się na Sowińskiego i Pana. Ryszard Piestrzyński ma tu być z końcem tego tygodnia, więc dowiem się, jak to jest z przyjazdem obu Panów.

    U mnie fura pełna kłopotów. Umyślnie przestawiłam, bo nie pełna fura… Jest w tym pewna różnica, prawda? Ale zamiast się bawić w kontredans słów, powiem że nie mam już sił na te kłopoty.

    Że jesienią pachnie, to także kłopot, bo nagle pojęłam, że zbliża się rok mojego pobytu tutaj. Tak mało potrafiłam zrobić, tak nic się nie udawało! Nie są miłe takie bilanse. A tu podobno wojna za pasem — nie wiem tylko czyim (pasem).

    Od Międzyrzeckiego miałam list, nie bardzo radosny, bo i tam trudno. Porzucił medycynę i studiuje humanistykę. Szuka pracy. Pisze trochę, przysłał mi wiersz mnie poświęcony pt. „Barton Court”.

    Miałam też list od Gustawa i Czapskiego. Czapski ma wątpliwości w związku naszą odezwą, więc odpisałam mu jak sądzę dobrze i nie w biblijnym tonie, czy też kapłańskim, jak to Pan nazwał. Poczciwy Czapski nachwalił i nachwalił mój fragment w „Kulturze”. Myślę, że Pan go także przeczytał, ale nie wiem, jak się Panu wydał.

    I to chyba wszystko dzisiaj, bo jakoś nic mi nie przychodzi do głowy. Odpisuję jednak zaraz, aby Pan nie doszukiwał się jakichś zaokrężnych przyczyn.

    Serdecznie Pana ściskam i pozdrawiam najżyczliwiej.

    Herminia Naglerowa

    5 min
  • 5 lipca 1947 | Tadeusz Sułkowski do Herminia Naglerowa

    5 lipca 1947

    Droga i kochana Pani,

    Musiałem idąc znowu coś zbroić w ostatnim liście, skoro nie ma od Pani żadnej wiadomości. A trudno mi się odzwyczaić od ludzi, od których co pewien czas przychodził list i było z tym listem dobrze. Milczy i Sowiński, choć wszystko wskazuje, że nie jest już w Londynie. Aż się zaczynam o niego niepokoić. Bo może coś się stało w Brukseli i albo ich w ogóle nie puścili do Anglii, albo zachorował. A już sobie obiecywałem, że skorzystam z tej okazji i znowu wpadnę na parę dni do Londynu. Nic też nie wiem co się dzieje z Gustawem. Moja wina, że dawno do niego nie pisałem, a teraz nie wiem, czy jeszcze siedzą w Rzymie – czy może już są w drodze do nas. Bardzo Panią proszę i o wiadomość o nich. Dopiero w takim okresie milczenia ludzi widzę, że samemu jest i byłoby ciężko.  Z podziwem patrzę na innych jak wytrzymują i jak im inni ludzie nie są potrzebni. To jest naprawdę siła. Na dobitkę zapachniało tu u nas jesienią. Przepaduje często, pochmurno, dzisiaj wieje i wieje i choć jest trochę słońca ma to wszystko już smak jesieni. Nie wiadomo, ale może już trzeba żegnać się z latem i przysposobić na tutejsze deszcze i wiatr. Ze wszystkich więc stron idzie trochę żalu i kto wie czy właśnie ten stan jest właściwą okolicznością w życiu. Mieliśmy tu wczoraj uroczystą odprawę prowadzona przez wysoką osobistość.

    Usłyszeliśmy koszałki opałki i jeszcze bardziej bije w człowieku to programowe „krzepienie serc” i te „rewelacje” w rodzaju  - „że przemysł w Polsce pracuje na rzecz Rosji”. Kiedy oni naprawdę przestaną nas traktować jak żółtodziobów społecznych? Co się dzieje z Panią. Teraz – choćby w tej chwili, gdy to piszę – dudnią tam kolejki, dojeżdżają do różnych stacji, na ulicach ruch - i jesion Pani też się chyba dzisiaj chwieje na wietrze. Wspomina to wszystko jak szczęśliwy sen. A Pani śmieje się ze mnie, że tak tu bajdurzę od rzeczy. Bardzo proszę o wiadomości.

    Serdecznie Panią pozdrawiam

    Tadeusz

    5 min
  • 30 czerwca 1947 | Tadeusz Sułkowski do Herminia Naglerowa

    30 czerwca 1947

    Droga i Kochana Pani,

    już sporo czasu minęło od mego powrotu z Londynu, a dopiero teraz piszę ten list. Bo tak: przez pierwsze dni po powrocie chodziłem tu, jakbym wrócił z jakiegoś uzdrawiającego miejsca – taki byłem rozruszany, naładowany energią. Chodziłem po znajomych i pytałem – jak wy tu możecie w tym Calveley wytrzymać? Opowiadałem o Londynie jak chłopek po powrocie z Częstochowy. Później zacząłem za Londynem tęsknić i chodziłem markotny. Ciągle były podniebne obrazy miasta, tamta zieleń i tamten ruch. teraz przyszedł spokój, otrzaskałem się na nowo z kochanym Calveley i robi już swoje pociecha, że przecież mogę znowu się kiedy sąd wyrwać, pochodzić po tamtych ulicach i porozmawiać ze znajomymi. Chyba się Pani śmieje czytając tą elegijkę o Londynie, ale na własnej skórze przekonałem się – jak takie wyjazdy są potrzebne i ile one dają człowiekowi powietrza. Nieraz jeszcze bawię się wlepionym do kalendarzyka planem kolejki podziemnej i przypominam sobie stacyjki do Barons Court, czy do Angel – w drodze do Domu Żołnierza, gdzie mieszkałem przez ostatnie dni. Nie mam od paru dni żadnej wiadomości od Sowińskiego – prawdopodobnie jest już w Londynie. Czy odwiedził już Panią? Po powrocie zastałem i list od p. Dąbrowskiej. Nie wymienia – chyba z przezorności – żadnych nazwisk, ale kazała pozdrowić serdecznie wszystkich jej znajomych. U nas są teraz sianokosy. Pachnie to jak miód trochę i trochę jak doskonały tytoń. Słońca mało, niebo mgliste i duszne. Aż ogarnia człowieka niepokój, czy to, aby nie koniec tego letniego szczęścia. Przeczytałem już wszystko, co sobie kupiłem w Londynie i znowu trochę pusto, znowu chciałoby się pójść do Filskiego czy Orbisu i pogrzebać w książkach i pismach. A nade wszystko – znowu połazić i zmęczyć się tamtym słońcem, ulicami i kolejką. Muszę dzisiaj napisać i do Gustawów, bo i ich mam na sumieniu i trzeba podziękować za „Kulturę”, bo mi ją przysłał. Przecież to jego wypieszczone dziecko. W okresie pobytu Sowińskiego w Londynie chyba tam wpadnę, żeby i z nim o wielu ważnych sprawach porozmawiać, a wtedy znowu będę mijał Glouster Road, Earls Court i znowu się wysiądzie na Barons Court. Już z góry proszę, żebym mógł Panią odwiedzić.

    I jeszcze o jedno proszę: żeby Pani była łaskawa pamiętać i żeby napisała do mnie choć trochę.

    Serdecznie pozdrawiam i życzę dużo radości

    Tadeusz

    6 min

About PIASA Archives Podcast

From the publisher's feed

Celem zadania jest stworzenie efektywnej ochrony polskiego dziedzictwa kulturowego zgromadzonego w zbiorach archiwalnych przechowywanych w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku. Projekt przewiduje…