PIASA Archives Podcast

PIASA Archives Podcast

By The Polish Institute of Arts and Sciences of AmericaScienceArtsBooksHistory
Download on the App Store

PIASA Archives Podcast episodes

  • 4 maja 1947 | Tadeusz Sułkowski do Herminii Naglerowej

    4 maja 1947

    Droga i Kochana Pani,

    aż mi żal, że nie mogę się odwzajemnić Pani taka samą sumą wiadomości, jaką zostałem obdarowany przez Panią. Ale tu u nas nic się nie dzieje, w naszym malutkim świecie pada tylko deszcz, godziny są puste i dlatego tak bardzo czekamy na listy z prawdziwego, większego świata. Nie ma wydarzeń, więc w mocniejszym niż kiedy indziej stopniu obchodzi nas pogoda i ona w zasadzie reguluje nasze nastroje. Dzisiaj np. kapuśniaczek niedzielny robi z nas sennych, pogodzonych z Calveley i radych z tego, że się nam na łeb nie leje. Radio brzęczy jakąś bardzo czułą melodię i nie wiadomo co z nią zrobić - tak jest osobna, przydatna raczej marzeniu, a nie realnemu zapotrzebowaniu. Myślałem po kolei o sprawach, które Pani poruszyła w ostatnim liście. Istotnie, drukowanie w pismach krajowych nastręcza sporo dwuznacznych sytuacji. Nie można by było drukować wszystkiego, właśnie najważniejszego. Spowodowałoby to wcześniej czy później konflikt z tamtą cenzurą, który w ostatecznym rachunku odbiłby się na pismach krajowych, a nas by wystawił w roli skarżących mądrali. Nawet w wypadku jakiejś polemiki, oni - tam na miejscu mieliby więcej możliwości likwidowania sporu po swojemu. Kraj nie miałby wiec pełnego obrazu zderzenia. Ograniczanie się natomiast do druku utworów bezinteresownych literacko - przekreślałoby społeczny w szerszym znaczeniu powód naszego wejścia do prasy krajowej. Ten typ utworów ma więcej wagi społecznej, jeśli ukazuje się tu, a nie tam. Widzę jednak konieczność mocniejszej polemiki z pewnymi objawami literacko-społecznymi w kraju. Dotychczas widać bardziej utarczki marginesowe - niż starcia zasadnicze. Ale ta sprawa wiąże się z użyciem ludzi pióra i rozsądną gospodarką pisarzami. Jeśli chodzi o ów Dom, rzeczywiście boje się, czy projekt       wizji Pragiera - w wypadku, gdyby tak się stało, jak minister chce zrobić - nie posłuży później za pretekst, że przecież - tak powiedzą - sprawa jest już załatwiona. Dokąd kieruje nami wojsko, nie należy spodziewać się żadnej logicznej decyzji w sprawach ważniejszych od kancelaryjnych i sztabowych klituś-bajduś.

    Teraz trochę - de privatis. Recenzji Florczaka o "Krauzach" nie uważam istotne wejrzenie w dzieło. Nie wiem czy dam "Krauzom" radę, ale mam wobec nich poczucie długu, który trzeba kiedyś spłacić w obszernej recenzji, jak tylko na to pozwolą warunki. Podobała mi się tylko uwaga Florczaka o czasie    w powieści, którego powolny nurt reguluje wszystkie sprawy tamtych ludzi. Uwaga ta zawisła w próżni, bo - zdaje się - nie związał jej z tym co wymaga obszerniejszej partii i co trzeba bezwarunkowo omówić - mianowicie typ tej epiki, w której np. Ernestyna, grana w zasadzie na jednej strunie - odczuwa się jako pewna wielość człowieka. Sekretów do odczytania jest tam dużo, ale to wymaga studium o wiele     dogłębszego niż impresyjka Florczaka.

    Zanim wezmę dłuższy oddech - a taki jest potrzebny do "Krauzów", chcę napisać coś o Kuncewiczowej, choć Sowiński przysłał już dawno następne tomy Piaseckiego, korci mnie jednak teraz Kuncewiczowa. Tylko że ostatnio trochę nawalam ze zdrowiem. Jestem - mimo to - dobrej myśli.

    Alem się rozpisał. Deszcz jakoś przestał, znowu słychać ptaki. Trzeba połazić trochę. To najlepsze lekarstwo na wszystko. Niechże się Pani nie martwi i pamięta, że każdy list od Pani daje mi dużo siły i radości.

    Serdecznie pozdrawiam

    Tadeusz

    7 min
  • 28 kwietnia 1947 | Tadeusz Sułkowski do Herminii Naglerowej

    28 kwietnia 1947

    Droga i Kochana Pani,

    na pewno coś tam przeskrobałem i dlatego Pani nie pisze do mnie ani słówka. Z góry wiec przepraszam za popełnione i nie popełnione winy, proszę o rozgrzeszenie i o list. Nie było listu, więc przeczytałem sobie artykuł o Leśmianie, żeby na złość dowieść Pani, że chociaż nie ma listu, to i tak czytam Naglerową. Zawsze znajdę jakąś pociechę, ale i zawsze przyjemniej i raźniej jak ta pociecha przyjdzie od człowieka z dobrej woli, niż tylko z Orła. Żyjemy tu dosłownie jak na wsi. Łąki już się wywzięły na dobre, są po brzegi zalane zielenią, bardzo kwaśne i bardzo tłuste. Chodzą po nich krowy, ale nie meczą. Anglicy zdaje się nie mają dobrych śpiewaków i meczących krów. Wszystkie braki muzyczne są wyrównane tutaj przez ptaki, niezwykle głośne i doskonale obeznane z rzemiosłem. Nutę podrzucają w górę od razu wysoko, spokojne o siłę gardła i płucek. W tym wiosennym czasie drzewa śpiewają tu jak instrumenty. Tylko z tym wiatrem - to już skaranie boskie. W wielkim mieście może nie czuje się go tak bardzo. Ale tutaj, w polu - przewala się fala bezustannie hucząca. Łomoty, gwizdy i świsty. Wziąłem na odwagę i mimo upomnień, napisałem do Marii Dąbrowskiej. Przysłała obszerny list. Cieszy się, bo ocalało jej mieszkanie i biblioteka na Polnej, gdzie mieszka nadal. W Powstaniu straciła siostrę, sama złamała prawą rękę przy gaszeniu pożaru kamienicy. Ale z ręką już dobrze. Warszawę opuściła dopiero po kapitulacji Powstania i mieszkała jakiś czas pod Łowiczem. Opiekuje się dziećmi brata, i odnoszę wrażenie, że ma w związku z tym trochę kłopotów materialnych, chociaż pisze o wystarczających dochodach z książek. Po tej wiadomości, że daje sobie radę mówi tak: "Tyle wiadomości pozytywnych. A co do innych, to jakiekolwiek by były, nie umiałabym, zdaje się, żyć poza Polską”. Wyraziła życzenie, żeby do niej pisać. Chcę przede wszystkim wysłać jakąś paczkę. Bardzo się z tego listu ucieszyłem - to też pociecha i ratunek.

    Proszę Pani, czy nie ma tam kto "Zmowy nieobecnych" Kuncewiczowej? Do „Orłra” książki nie przysłali, a chcę - nie zaraz zresztą – zabrać się do tej powieści i omówić parę spraw związanych w ogóle z Kuncewiczową. Książkę po wykorzystaniu zwróciłbym oczywiście. Z licznych fragmentów tej rzeczy widzę, że są tam kwestie o wiele poważniejsze - chodzi mi o typ psychologii u Kuncewiczowej, czy jak to nazwać - od tych, jakie poruszył i to po łebkach Bielatowicz. Chce właśnie - powiem prywatnie - ten typ psychologii zaatakować. Zupełnie nie zdaję sobie w tej chwili sprawy, jak to wyjdzie i do czego ostatecznie dojdę po rozważnym obejrzeniu powieści. Ale kusi mnie to.  Czy pisał Gustaw? Co on teraz tam porabia? Mam ich bardzo na sumieniu - nie pisałem do nich szmat czasu - może się obrazili? Sowiński narzeka w listach na nadmiar roboty - rzeczywiście nie może pomyśleć o pisaniu, tak

    go pochłania drukarnia. Ale, nie wiem czy doszła do Pani wiadomość, że Montwiłł - pamięta go Pani? – wrócił do kraju. A co porabia pani Beata? Tak się wszyscy rozlecieli, że trudno o nich zebrać wiadomości. Zdobyłem nareszcie informację, gdzie są wydawnictwa Korpusu. Powiedziano mi, że trzeba w tej sprawie porozumieć się z p. Foglem. Jego adres to: inż. Leon Fogel, Grove Park Polish Camp near Iver Buckinghamshire.

    W tym Grove Park mają być właśnie stosy książek Oddziału. Druga informacja: jedzie się tam kolejką podziemną do stacji Uxbridge, a ze stacji dalej - autobusem 458. No, to już wszystko, proszę Pani, z czym mogę się dzisiaj podzielić w tym liście. Pięknie proszę - napisać do mnie.

    Dużo zdrowia i wesołości

    Tadeusz

    8 min
  • 26 kwietnia 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley, Sobota, 26 kwietnia 1947

    Kochany Kazimierzu,

    jest sobota, więc choćbym dzisiaj wysłał ten list, to i tak - przy obyczajach poczty angielskiej - wyszedłby dalej w świat dopiero w poniedziałek rano. Urządzę więc sobie z tych kartek "pamiętnik" sobotni i niedzielny, taką dwudniówkę rekolekcyjną. Dzisiaj rano nadszedł twój list z datą 21. Nie wiem, czy już masz moje listy; to dobrze i przyjemnie, że się nasze "noty" wyminęły w drodze. Chodzę od rana trochę kwękający, bo w nocy nawaliło mi serce, trzeba było wzywać sanitariusza, bo lekarza na miejscu nie ma. Zdaje się, że nic groźnego, po pierwszej dawce lekarstwa serce przestało wariować, choć mu jeszcze daleko do normy. Dzisiaj na szczęście wypadła wizyta lekarska, byłem - dał mi dobre leki, znane mi z poprzednich kuracji. A tak ostatnio zadbałem o siebie! Jem dużo, poprawiłem się wyraźnie, tylko z tym cholerskim sercem nie mogę przyjść do ładu. Był w tym nocnym wypadku pewien wesoły moment, z którego dzisiaj śmiejemy się z Gołkowskim. Bo po sanitariusza poszedł w nocy Cezary. Siedzą obaj - uważasz - koło mnie, sanitariusz co chwila bada puls, i wywiązała się rozmowa, z której wynika, że ów sanitariusz jest z zawodu... operatorem filmowym. A że Gołkowskiego nazywamy dyrektorem kina, bo sobie zrobił w kącie baraku "pokoik" o ścianach z koców - więc okoliczność w całości zabawna. Ten Cezary śmieje się, że "do łoża poety sprowadził operatora filmowego" i jest z tego przygodnego kawału dumny. Żart żartem, ale co bym dał za zdrowe serce! Ale jeszcze jedna okoliczność "filmowa". Przywieźli parę dni temu z Blackpoolu - bo go zostawiłem - elektryczny piecyk. Ciągnie światło jak smok. Palił się przez dzień bez przygód, wczoraj wieczorem włączyłem go - i zaraz nawaliło światło (to się u nas często zdarza). Cała więc historia łącznie z zastrzykiem odbywała się przy świeczce. Tak się bawię teraz tym, żeby jakoś stłumić w sobie tę świadomość, że znowu nawaliłem. Westchnij na intencję, żebym był zdrów. Słuchaj, pisałeś kiedyś, że wysłałeś parę listów do kraju. Chyba i do Kołonieckiego. Co się z nim dzieje? I co w ogóle piszą?

    Jest już het po obiedzie. Spałem ze dwie godziny jak suseł i jeszcze aż słaby jestem od senności. To działanie lekarstwa. O to wła­śnie chodzi - żeby albo spać albo być sennym. Jak tylko tym razem uda mi się szczęśliwie ominąć chorobę, zaraz pojadę do którego ze znanych mi lekarzy, żeby się uczciwej wziął za to serce.

    Nareszcie od rana słońce, dość ciepło. Przecież wichura z poprzednich dni, trwająca dzień i noc - wykolejała wszystkich. Można czytać, że tak wyło w "Królu Learze", żyć w takim wichrze jest czasami ponad siły. A jak znowu przychodzi słońce i ogromne obłoki, odkrywa ci się to wszystko jak łąka z raju. Zwłaszcza teraz, gdy drzewa dopiero się zapalają, a łąki są zielonymi jeziorami. Pejzaż tu działa zawsze dorywczo, jak dorywczo jest pokazywany po deszczu czy po pochmurności długiej. Dlatego nigdy się nie opatrzy i zawsze jest niespokojny - albo niepogodą albo pogodą. Nie umiem ustawić w naturze tutejszej ziemi flegmatycznego Anglika. Może tu leży źródło ich spokoju jako schronu przed nerwowością tej ziemi. I to nerwowością o typie katastrofy żywiołu.

    A teraz jest już po kolacji, a dla mnie po skromniutkiej dietce. Ach, jaki pogodny przedwieczór. Otworzyłem okna, obłok prawie wjeżdża do baraku, przejrzystość taka, że widać dalekie gałązki i śpiewa ptak, jak u nas w parkach, po deszczu. Tutaj ptaki są niezwykle głośne i zawsze śpie­wają - nie wiem jak to dokładniej określić - jak po deszczu. Nie robią wrażenia, że chce im się pić. Nutę biorą ostro, od razu wyso­ko i trzęsą nią bardzo czysto, doskonale obeznane z rzemiosłem. Wyrównują słabiznę tej sztuki u tutejszych ludzi. Jeden taki obywatel z pierza wyczynia właśnie w tej chwili muzyczne cudeńka, nie słychać ich więcej teraz. Strugają nutki w przeróżny sposób. Tylko jeszcze nigdy nie słyszałem tu żab. Muszę się o to wypytać, bo przecie wody tu dużo, a i koło nas łąki mają sporo jeziorek.

    Więc gdzie te damy, u jakich wód spędzają wiosnę? No, zapalę sobie połóweczkę, bo dzisiaj palenie bardzo rygorystycznie. Zresztą nawet dym nie bardzo smakuje po tych chemicznych świństwach. Chciałbym, żeby mi się w życiu choć trochę wiodło.

    niedziela

    Ano, wczoraj było za ładnie, dzisiaj wróciliśmy do rzeczywistości.

    Ziąb jak jasna cholera, zrywa się wiatr i ręce grabieją. Światła jeszcze nie zreperowali. Bo - rozumiesz - jak się u nas popsuje, to gaśnie i w sąsiednim baraku, gdzie mieszkają same pawiany. Reszt baraków ma wtedy światło. My zwalamy na pawianów, oni na nas. Obie strony czekają, kto pierwszy zajmie się reperacją.

    Dotychczas pawiany nie wytrzymywali i samibrali się do naprawy. Tym razem uparli się, wzięli na zwłokę i chcą nas zmusić, żebyśmy majstrowali przy korkach. A my nic - czekamy. W rezultacie nie ma światła, a idzie trzeci wieczór. Wczoraj uśmieliśmy się, bo pawiany chcieli być chytre i wieczorem, przeciągnęli sznur od siebie do wychodka i stamtąd czerpali światło. Ale im zgasło później. Patrzą na nas jak na zbójów. Światła nie ma, piecyki elektryczne nie grzeją - bida.. Śmieci, papiery pakujemy zawsze do pieca żela­znego. Nazbierało się tego po samą górę. Parę minut temu zapaliłem to świństwo - z komina poszedł dym jakbyśmy uruchomili jaką fabrykę, Wiatr pchał ten tuman w okna pawianów - mieliśmy więc krótką radość, że pawiany będą nas z zazdrością podejrzewali, że mamy drzewo czykoks. Takie to są nasze "walki" z konkurencyjnymi stronnictwami.

    Spałem bardzo dobrze, ale czuję się jeszcze niezbyt. To jest bardzo męczące to stałe kołatanie w piersiach. Przy obiedzie wygłosiłem jednemu pawianowi dłuższą oracje, atakującą ich metody wojny nerwów z nami. Rozmawialiśmy prawie jak parlamentariusze, aż się stół bawił.

    Bo wytknąłem im ten nocny i podstępny sposób dołączenia się do linii sracza. Takie to są tutaj "ideowe" konflikty. Poważnie mówiąc, prawie symbol zderzenia się zobecnymi ludźmi na życiowej emeryturze. Popaduje sobie deszczyk, wicherek dmucha nie najgorzej, wie­czorem prawie wszyscy spotkają się w barze obozowym, potem się rozejdą, przed snem zrobią siusiu, a rano da capo.

    Chyba ci nie potrzebuję tłumaczyć, że biję w pośpiech twojej korekty, a nie w twoje prawo do niej i w twój - jak dla mnie, prawie absolutny słuch na celowość słowa i zdania. Zdaje sobie sprawę, że robisz to w niebywałym na skutek warunków pośpiechu i stąd tu i ówdzie nieporządek. Żeby nie być gołosłownym: przeczytaj sobie zdanie 1. szpalta, mniej więcej w połowie, zaczynające się od słów:

    „W dodatku trzeba z miejsca zaprzeczyć"... Skąd to słowo tam się wzięło i pomyśl co ono narobiło? Zecerzy powinni dostać porządną wcirę i powinniście przekonać się, czy nie ma w tym świadomej zło­śliwości z ich strony. Niezbyt więc wierzę, że ci co czytają – aż w trójkę! - rewizję, nie są "tumanami", przynajmniej na czas czytania rewizji. Właśnie to, że tak bardzo zależy ci, by moje rzeczy

    wyszły schludnie, może nieraz spowodować, że coś przegapisz. To jest zrozumiałe nawet psychologicznie. Ale inni? Capy i koniec.

    Od czasu do czasu dobrze robi - nawet w życiu redakcyjnym – małe piekiełko, by korektorzy przed pracą wypili szklankę zimnej wody. I przetarli nią oczy. Powtórz im to.

    Napisz, co z twymi dalszymi planami. Musisz dobrze wszystko przemyśleć i wziąć pod uwagę całe to angielskie, beznadziejne podwóreczko. Tak cię ostrzegam z powodów obiektywnych, choć rozumiesz, że osobiście bardzo bym chciał, byś tu zjechał. Boję się i o „Orła” - wyobrażam sobie jakie tam zaraz wjadą tematy i jakie narodowe nieszpory czy sumy. Tak czy inaczej - twoja decyzja ma w sobie ele­menty nie tylko osobiste, ale i społeczne. Weź pod rozwagę i to: że odejście twoje i zajęcie się - nareszcie! - pisaniem jest też dużej wagi aktem społecznym. Chodzi o to, byś coś wybierając, wykłócił się - jeśli trzeba będzie aż się kłócić - o warunki dla twojej osobistej pracy literackiej. O tej pracy bardzo powinieneś pamię­tać, i to jest jedno, do czego czuję się upoważniony, by ci to po­kazać, podkreślić i - daruj słowo - kazać, abyś i to miał na względzie. Pamiętaj i tym, że przejść z Londynu do obozu - jest zawsze łatwo. O dostanie się do Londynu z obozu - trzeba walczyć, najczę­ściej bezskutecznie. Gdybyś więc miał już przyjechać do Anglii, chy­ba lepiej już z góry starać się o zaczepienie w Londynie. Będziesz tam widział, że niezbyt ci idzie - zawsze będziesz miał czas przenieść się do obozu.

    To co pisałeś o swojej harówce - cytowałem wstydząc się siebie. Nie gniewaj się na mnie. Ja wiem i zdaję sobie sprawę z wielu rze­czy, którymi nad nami górujesz i za co powinniśmy być ci wdzięczni. Bo robisz - za nas. To zresztą - jeśli chodzi o moje zobowiązania wobec ciebie - jest za trudne do opisania i nigdy bym tego najwy­żej poza napomknieniem, szczegółowiej nie chciał opowiedzieć. Bo to się nie da wymierzyć.

    Pisz, ściskam

    Tadek

    16 min
  • 23 kwietnia 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley 23 kwietnia 1947

    Kochany Kazimierzu,

    zasmuciła mnie - i to nawet bardzo - jedna rzecz. Że jakkolwiek pokłóciliśmy się, stosujesz staroświeckie sposoby i milczysz. Że to niby ja mam pierwszy się odezwać, aby stało się zadość przysłowiu “przyszła koza do woza”. Uważam, że istotnie trzeba iść do woza, skoro ten wóz tak po dziecinnemu wziął na ambit. Wczoraj wysłałem ci "Trzech poetów". Pisałem do Starzewskiego do Londynu, podając mu nasz nowy adres, bo chciałem odebrać tę trochę grosza za wiersz i artykuł, ale jakoś milczy i nic nie przysyła. Chciałbym teraz zebrać i trochę pieniędzy, bo czekają mnie wydatki. Sporo świadomie wydaje na dożywianie, a dzisiaj właśnie dostałem list od Dąbrowskiej i chcę jej od czasu do czasu coś posłać. Bo się wreszcie zdecydowałem napisać do niej, mimo że ostrzegaliście mnie, żebym tego nie robił. Napisałem mało, rzeczy zupełnie nijakie, ot tak o deszczu, zimie i potocznych koszałkach opałkach. Napisała bardzo obszerny list. Mieszkanie, biblioteka i rękopisy, zakopane w piwnicy w czasie Powstania, wszystko ocalało. Złamała prawą rękę przy gaszeniu pożaru (widzę jak się uwijała) kamienicy na Polnej, gdzie mieszka znowu. Warszawę opuściła dopiero po kapitulacji Powstania i mieszkała pod Łowiczem. Dalej opiekuje się dziećmi brata, który przeszło rok temu wrócił z Anglii i jako cywil, po 30 latach służby wojskowej, jeszcze się nie urządził dostatecznie. Powodzi jej się nieźle, ma sporo dochodów z książek i wznowień. Pisze później tak, zaraz po wiadomości o tym, że dobrze daje sobie radę. Tyle wiadomości pozytywnych. A co do innych, to jakiekolwiek by były: „nie umiałabym, zdaje się żyć poza Polską. Ale tego nie może pewno zrozumieć nikt, kto nie przeżył tu z nami całe go piekła okupacji niemieckiej i całej polskiej tragedii, kto nie wypił całego zgotowanego nam przez los "kielicha goryczy". Może jednak dobrze, są i tacy, co go całego nie wypili”.

    Odpiszę jej, może z dalszych listów wyjdzie wyraźniejszy obraz jej do nas stosunku. O tym, że cało wyszedłem z niewoli wiedziała, nie wiem od kogo. "Prosi", żeby pisać do niej. Bardzo mnie ten list już przez sam fakt, że mam koło siebie jej słowa, wzmocnił i ogłaszam dla ciebie winowajcy, i dla wszystkich - amnestię. Wznawiam prywatne stosunki z wami, urzędowe wznowiłem - wczoraj, wysyłając ci specjalną notę. Myślę, że współżycie między naszymi państwami ułoży się jak najlepiej, czekam na korespondencję dyplomatyczną (nie w chytrym znaczeniu tego słowa) ze strony brukselskiego “rządu” panów.
    Do Gustawów nie pisałem już kupę czasu, chyba jeszcze od świąt Bożego Narodzenia, Krystyna przysłała niedawno kartkę z Rawenny - była na wojażu - ale w zasadzie i oni milczą. Naglerowa pamięta, przesyła śliczne listy… Ach, gdybym był trochę starszy, dziewczyno! Już ja mam szczęście do starszych pań. U nas od paru dni wichura taka - że prawie koniec świata. Już prawie nie można wytrzymać. Łomot i gwizdanie, czuje prawie fizycznie jak pędzi ziemia. W mojej sprawie - mieszkanie - cisza, i ciszą - przewiduje - zostanie dalej. Jakieś jeszcze akty dobrej woli wobec was mam uczynić, żebyś się łaskawie odezwał? Do wichury przybył od godziny deszcz - cholera z tym światem. U was chyba już tęga wiosna.

    Ściskam

    Tadek

    7 min
  • 22 kwietnia 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley, 22 kwietnia 1947 Wtorek

    Kochany Kazimierzu,

    nie ma jeszcze od ciebie żadnego listu, a że nie mam się przed kim wyżalić, więc piszę do ciebie, choć w tym wypadku jesteś dużym chyba powodem owego żalu i zmartwienia. Nie czekam na twój list i z tego powodu, żeby uniknąć formy, że to ja jestem obrażony na was, więc niby dopiero wtedy mogę napisać, aż ty czy wy sprawę jakoś wyjaśnicie i napiszecie pierwsi do mnie. Fakt faktem, że z recenzją moją stała się nawalanka z waszej strony. Z jednej strony wpadacie w programowe apostolstwo czystości języka, w aż przesadne puryzmy czy słownika, z drugiej nie ma chyba na emigracji pisma tak bałaganiarskiego, jeśli chodzi o korekty, jak Orzeł. Teraz ty kwestionujesz niektóre zwroty, niektóre sformułowania, a poprawiając - budujesz zdania tak pospiesznie w danym wypadku, i tak pospiesznie poprawiasz niektóre wyrazy, że wychodzi raz dziwoląg i raz parę słów pod rząd rymujących się. W jednym wypadku sens został zupełnie odwrotny, każdy uważniejszy czytelnik, z Piaseckim włącznie, miałby prawo zesobaczyć mnie za nielogiczny wywód i niechlujstwo. To są racje zewnętrzne czy jak je tam nazwać - mego oburzenia. Teraz druga strona medalu - prywatna. Piszę mało i chcę by to mało miało formę schludną, przynajmniej taką, na jaką w granicach swych możliwości mogę się zdobyć. W żadnym wypadku nie pozwolę, by mnie pismo traktowało per przez nogę. Prócz owych racji zewnętrznych, pisanie i druk potrzebne mi są dla osobistego ratunku i muszę ten ratunek tak sobie urządzić, by miał kształt rzeczywistej pociechy. Orzeł nauczył swych współpracowników i to nie od dziś - że od chwili posłania czegoś do redakcji do chwili ujrzenia tego w druku człowiek przeżywa męki, czy zamiast słowa "męka" nie zrobicie "mąka". Najczęściej obawy są słuszne. Wasze niechlujstwo dochodzi już do takich granic, że powinniście za całość tego zjawiska stanąć przed sądem.

    [brak strony drugiej]

    Proszę cię, byś nikomu ze swych brukselskich znajomych czy kolegów nie pokazywał ani nie opowiadał o tym, co wam nieraz przesyłam zanim nie umieścicie tego w piśmie. Zauważyłem ostatnio jeden taki wypadek, z którym może być tyle samo miłej zbieżności sądu co i działania pod wpływem czego innego.

    Myślę, że nie jest to z mojej strony wygórowane życzenie, byście mi przysyłali nieraz oczywiście z obowiązkiem zwrotu przeze mnie, pisma krajowe. Mogą to być stare numery. Zobowiązuję się nie niszczyć tego i zwracać wam Wasze w czasie przez was oznaczonym. Wydatki bowiem na te rzeczy są zbyt rozbijające kieszeń. Ostatecznie pewna pomoc tego rodzaju nie jest herezją.

    To już raczej z mojej strony propozycja: wystarajcie się o to, bym miał w obozie jaką klitkę i wtedy możecie mi dawać pewne zlecenia - żeby napisać to albo tamto, opracować jakąś rzecz czy co tam będzie potrzebne. Jak wiesz, ze wszystkich ludzi piszących w Korpusie mam najgorsze warunki pracy i nawet pies z kulawą nogą nie zajmie się tą sprawą. Tu jest łobuzerka, na którą ja nie mam żadnych środków. Nie widzę potrzeby urządzania ze swej strony milczącej ofiary i cierpiętnictwa wynikłego z poddawania się skurwysyńskim wobec mnie metodom. Żądam dla siebie szacunku, nie widzę niczego i w mym życiu i w mej pracy, co by upoważniało do traktowania mnie przez nogę. Muszę się postawić, bo inaczej zmarnieje pod każdym względem. Nie ja ich, ale oni mnie powinni się trochę wstydzić, bo dosłownie to wszystko, co przewidywałem i w co biłem jako w linię postępowania Korpusu sprawdziło się jota w jotę. Sroce spod ogona nie wypadłem. Sułkowski jestem! I żądam pewnego minimum ułatwienia mi pracy.

    Do tomów Piaseckiego jeszcze nie zaglądałem. Dosłownie chodząc odchorowałem i jeszcze nawalam z sercem, po tej mojej "pociesze" z pisania, która w waszym wydaniu wyszła jak trucizna. Chcę z wami rozpocząć nowy okres współpracy. Pierwszy wyciągam rękę. Za niechlujstwo musicie ponieść konsekwencje owo sprostowanie, choć wiem, że w całości nie naprawiono mojej krzywdy musi się ukazać. Jako początek tej nowej pracy - przesyłam o tych zakichanych poetach. Niech wreszcie to idzie. Nie śmiej się Kazimierz, z tego ultimatum - chcę w każdym wypadku być sobą. Bezwzględnie proszę o danie mi ww. gwarancji, że takiego nieporządku ani z wierszem, ani z artykułem już nie będzie. No, ulżyłem sobie, ale poważnie mówiąc, cóż bym dał za to, żebym mógł spokojnie spać, że mi nowego kawału nie zrobicie! Jutro - o sprawach już całkiem prywatnych.

    Bądź zdrów, ściskam

    Tadeusz

    9 min
  • 14 kwietnia 1947 | Tadeusz Sułkowski do Herminii Naglerowej

    14 kwietnia 1947

    Droga i Kochana Pani,

    list Pani, chyba tylko dlatego dłuższy, że to był prima aprilis, dostałem i wiele miałem z niego radości. W ogóle "samopoczucie", mówiąc Pani tytułem, poprawiło się, bo chyba z tydzień było słońce i pogoda i naprawdę chciało się iść i szukać sobie frałecki. Reszta u mnie bez zmian i powiedziałem sobie, że już z niczym „nie wyjadę” w liście do Pani, bo Pani zaraz się martwi i denerwuje. Wczoraj byliśmy na wycieczce. Część drogi odwaliliśmy autobusem, część - na piechtę. Chodziło o jakieś stare zamki, których wielkie mądrości prawił nam na miejscu jeden zkolegów, historyk sztuki. Ale mnie to wcale nie obchodziło. Od gruzów piękniejsze były drzewa, bardzo stare i tak powyginane, chyba od wiatrów, że przypominały raczej zwierzęta z zoologii niż botanikę. Wróciliśmy wieczorem, zmachani i zgrzani, ale to radość. Dzisiaj znowu chmurzyska i ziąb. Proszę Pani, tu u nas nie ma książek oddziału, nie ma więc i "Ludzi sponiewieranych". W Blackpoolu też tego nie było. Pamiętam, że w Lowercrafcie mieli na składzie sporo wydawnictw i sam tam widziałem ten Pani tom, ale nie wiem dokąd te książki przewieźli. Pytałem tutaj, nikt nie wiedział. Czytałem jeszcze przed świętami, że w "Polsce Walczącej" będzie jakaś Pani rzecz, ale nie mogę tego uchwycić. Kolportaż pism jest w naszym obozie niezbyt sprawny, jeszcze nawet nie widziałem świątecznych "Wiadomości". W ogóle żyje się jak na zapadłej wsi, co ma i

    wielkie uroki i wielkie biedy. Dwa są u nas miejsca o właściwościach pól magnetycznych: kasyno i poczta. Do obydwu tych miejsc walimy procesją jak baby na nieszpory. Na pocztę chodzi się co dzień zaraz po śniadaniu – to taka poczta obozowa - w małym mieszkaniu robi się ścisk, a pocztowy zza

    bufetu wywołuje nazwiska. Wywołany robi minę oblubieńca i zalany po uszy szczęściem bierze w palce liścik jak rąbek welonu oblubienicy. Albo jeszcze inaczej - wychodzi jak paw obdarowany urokami samki. Reszta czeka, listów w garści pocztowego coraz mniej, serce bije coraz bardziej - będzie co dla mnie czy nie będzie. Nie ma. Zawiedzeni wychodzą jak z domu pogrzebowego. Seans skończony. Jutro – da capo. Obiady się u nas prawie celebruje. Ponieważ jest sporo "pawianów", więc taki starszy pan wysadzony najczęściej dosłownie z siodła, traktuje obiad jako,zajęcie służbowe - zpoprzeczką przez pierś, z dbaniem o to, by siąść w środku stołu, rozmawia jakby byłna galowym obiedzie u Króla Jerzego, na tzw. inteligenckie tematy. Często gęsto słyszysię powiedzenie "nieboszczyk Beck" - że to niby był jego znajomy, jakąś opowiastkę - jak to było na nartach u Sosnkowskich w Polsce, świątobliwie zapamiętany żarcik pani Sosnkowskiej - no jednym słowem ma się uczucie, że to jacyś wielcy ludzie, którzy tutaj, w Calveley, odprawiają zaduszki i - tworząc leśmianowski obraz - zapalają świeczki na własnych nagrobkach. Cały ten klimat jest i dramatem i groteską. Myślę, że przed tym dramatem dobrze jest bronić się właśnie groteską choć i ona w swej naturze kryje dramatyczne rzeczy. Zapytuje Pani o moje nowe wiersze. Jeszcze blackpoolska "Sielanka pierwsza" będzie niedługo w „Orle”, a tutaj mam od paru tygodni jedną zaledwie linijkę: Białe brzuszki jaskółek nad drogą - i to wszystko. To ma być początek wiosennego wiersza.

    Umyślnie napisałem w tym liście o tej "Sielance", żeby się Pani roześmiała, że i mnie się sielanki zdarzają. Pisze Pani o Charonie. Nie można się smucić. Żonkile są tylko na tym świecie, tam jest nuda. Dlatego chwalić trzeba ziemię - mimo wszystko. Dlatego prawie cały pierwszy dzień Świąt - piłem, oczywiście nie wodę ze Styksu. Później kręciło mi się we łbie, ale to jest cudowna - łaska dana pijakowi, fizyczne doznanie na sobie obrotu ziemi. Gwiazdy były o wiele niżej wtedy, na wyciągnięcie ręki. Prawą nogą nadepnąłem na Kasjopeę, aż dopiero Panna mi pomogła. Później gonił mnie Byk i straszyły - lecąc za mną - Bliźnięta, choć niczego takiego nie mam na sumieniu.

    Proszę pomyśleć, że co dzień chodzę na pocztę. Czy naprawdę mam odchodzić z tą grupą, zapomnianą od ludzi i Boga? Bardzo serdecznie proszę o list.

    Pięknie Panią pozdrawiam i życzę dużo radości. Przecież wiosna.

    Tadeusz

    9 min
  • 13 kwietnia 1947 | Maria Dąbrowska do Tadeusza Sułkowskiego

    Warszawa, 13 kwietnia 1947

    Kochany Panie Tadeuszu

    Wczoraj przesłano mi ze Związku Pana list i zaraz, korzystając z niedzieli, odpisuje. O tym, że Pan żyje, dowiedziałam się niedawno i bardzo się z tego ucieszyłam. W przeciwieństwie do deszczów, o których Pan wspomina, że panują w Anglii, my mamy tu od miesiąca piękną wiosenną pogodę. Choć zimę mieliśmy równie ciężką jak cała Europa, dały nam się we znaki i zatory nieuniknione w ruchu kolejowym i powodzie. Ale to minęło i wylizujemy się mężnie ze szkód przez żywioł śniegu i wody zadanych. Mieszkam nadal w Warszawie na Polnej w moim dawnym mieszkaniu, które ocalało jak i moja biblioteka. Ocalały również moje rękopisy, zakopane w czasie powstania w piwnicy. Zginęła natomiast w powstaniu najukochańsza z mego rodzeństwa siostra moja, Jadwiga Szumska, ja zaś miałam przy gaszeniu pożaru naszej kamienicy /już odremontowana/ ciężko złamaną prawa rękę. Jak Pan jednak widzi z tego, że piszę, skończyło się jej pomyślnym wyleczeniem. Dziękuje Panu za pomoc, jaką Pan wśród kolegów z obozu jeńców czasu okupacji zorganizował dla wychowywanych przeze mnie dzieci mego brata. Otrzymałam ją dwa razy, trzeciej największej sumy, która przyszła przez pocztę już nie mogłam podjąć, gdyż poczta już nie działała. Niemcy wtedy uciekali, był to koniec lipca i byliśmy pewni, że wszystko pójdzie bardzo prędko, gdy tymczasem nadciągnęła taka niezwykła tragedia. Dziećmi tymi opiekuje się nadal. Chłopiec, Jurek Szumski, ma już 14 lat, mieszka u mnie i chodzi tu do trzeciej gimnazjalnej. Dziewczyna, Gabriela, ma już lat 18, uczy się w gimnazjum wiejskim, w Dąbrowie Zduńskiej pod Łowiczem i tam mieszka w internacie, gdyż była słaba na płuca i pobyt na wsi jest dla niej stosowniejszy. W tej Dąbrowie Zduńskiej w pięknej szkole rolniczej, z którą byłam zaprzyjaźniona jeszcze przed wojną, spędziliśmy czas wygnania z Warszawy, kiedy opuściliśmy ją po kapitulacji Powstania. W ciągu dwu tygodni po wypędzeniu Niemców zorganizowano tam gimnazjum z młodzieży chłopskiej, biorącej czasu okupacji udział w tajnych wiejskich kursach gimnazjalnych, jakich było po wsiach dość dużo. Teraz owo gimnazjum wybudowało już sobie własny gmach i dom dla nauczycieli. Gimnazjów takich powstało na wsiach około stu. Ponieważ Pan jest polonistą, może Pana zainteresują wiadomości z tej dziedziny. A więc w kraju wielki brak nauczycieli i właśnie polonistów, między którymi straty są szczególnie dotkliwe. Między innymi i moja siostra była doskonałą polonistką. Są gimnazja i licea, które dotąd nie mogą zdobyć kwalifikowanego polonisty i łatają przygodnymi siłami.

    Brat mój, ojciec Jurka i Eli, wrócił już przeszło rok temu do kraju. Ale ponieważ po trzydziestu latach służby wojskowej stał się cywilem, więc jeszcze nie stanął tak mocno na nogach, aby wziąć na siebie wszystkie ciężary związane z wychowaniem dzieci. Zresztą dopiero od lata będzie może miał odpowiednie mieszkanie. Pracuje w Państwowej Komunikacji Samochodowej, gdyż jedyna rzecz, na której się zna poza wojskiem, to samochody, jako że był w Anglii czołgistą.

    Ja daję sobie dobrze radę, ponieważ moje wszystkie dawne książki wychodzą w nowych wydaniach i w o wiele większych nakładach niż przed wojną. Jest tu teraz olbrzymi głód książki i głód nauki. Wydania książek czy to dawnych czy nowych rozchodzą się w ciągu paru miesięcy.

    Tyle wiadomości pozytywnych. A co do innych, to jakiekolwiek by były, nie umiałabym, zdaje się, żyć poza Polską. Ale tego nie może pewno zrozumieć nikt, kto nie przeżył tu z nami całego piekła okupacji niemieckiej i całej polskiej tragedii, kto nie wypił całego zgotowanego nam przez los "kielicha goryczy". Może jednak dobrze, że są i tacy, co go całego nie wypili. Zresztą wiem, że tęsknota do ojczyzny jest ogromną torturą.

    Zdziwiłam się, że Pan tak nic o mnie nie wiedział, nawet czy mieszkam, gdzie mieszkałam. Bo przecież kontakty z zagranicą są dość częste i wszyscy moi znajomi mniej więcej o moich losach wiedzą. Dziękuje Panu za życzenia świąteczne, choć o wszelakiej pomyślności trudno dziś marzyć na świecie, co spożył wszystkie owoce z drzewa wiadomości złego i dobrego i przez anioła z mieczem wygnany został z "raju złudzeń". Zahartowani jednak już jesteśmy na wszystko. Zdrowie moje tylko nieco szwankuje i zły stan nerwów trochę utrudnia prace. Są to pozostałości wojny. Będę bardzo rada, jeśli Pan znowu kiedy do mnie napisze.

    Łączę serdeczne pozdrowienia,

    Maria Dąbrowska

    9 min
  • 1 kwietnia 1947 | Herminia Naglerowa do Tadeusza Sułkowskiego

    1 kwietnia l947

    Drogi Panie Tadeuszu!

    Oba nagłówki są ważne: jeden dotyczy zmiany adresu, drugi natomiast jest primaaprilisowy. Proszę jednak w związku z datą nie tłumaczyć sobie niczego na opak. Pisze prawdę.

    Otóż list Pana zdeprymował mnie, bo nie umiem ani radzić, ani poradzić. Sprawa owego Domu, któryby poniekąd zaradził, jest jeszcze o tyle aktualna, że koledzy moi z Zarządu projektują dalszą akcję. Niestety, wszystko idzie kulawo. Chcieliśmy zaanimować tym Domem Prezydenta, ale właśnie wyjechał na parę tygodni (nie Dom, tylko Prezydent). Tak czy inaczej rzecz się odwleka i na to nie można na razie liczyć. Czy jednak nie pozwolono by Panu zamieszkać w Londynie? Mógłby Pan do ubogiego uposażenia trochę dorobić pisaniem i jakoś tu pędzić żywot nie dostatni, ale ludzki.Nie wiem, jak się do tego zagadnienia ustosunkują władze PKPR i sama stoję wobec niepewności, bo wreszcie w kwietniu wstąpię do owego Korpusu Przysposobienia. Być może, że pozwolą mi tu mieszkać, ale nie wiem, czy będą płacić. Naprawdę nie jest dobrze!

    Czytałam recenzje Pana o "Jabłuszku ". Książki nie znam, ale odniosłam wrażenie, że krytyka Pana jest istotna. Na pewno jednak jest inteligentna, wielostronnie ujmująca sprawę książki. Podobał mi się Pana sposób. Nie wiem, czy czytał Pan recenzje Florczaka o "Krauzach". Nie jestem zadowolona. Nie lubię, kiedy mnie ktoś bardzo nieopierzony klepie po ramieniu. Szkoda, że Pan nie zdążył, ale to tylko moja szkoda. Czy posłał Pan coś do "Kultury" Gustawa? Pismo powinno było już się ukazać. Jest tam duży początkowy fragment mojej nowej powieści. Czy czytał Pan w "Wiadomościach" taki mój "kawałek" drugi z cyklu śledztwa: "Samopoczucie"? Chce dla "Orła" napisać wspomnienie o Leśmianie i zebrać te wszystkie drukowane już wspomnienia o pisarzach w niedużą książeczkę. Podobno są tam u was jeszcze egzemplarze "Ludzi Sponiewieranych". Jeżeli tak - proszę o wysłanie 10 sztuk i podanie ich ceny. Pieniądze pośle odwrotnie.

    Tu, gdzie teraz mieszkam, jest dzielnica prawie robotnicza. Dużo domów zbombardowanych, sklepiki, jak w Kielcach albo innej Kiernozi. Mieszkam u pp. Pełczyńskich, którzy wynajęli małe mieszkanko czteropokojowe, dwa pokoje odnajmują. Nastrój bardziej domowy, ale pokoik mały. Tyle, że taniej o parę funtów, co ma dla mnie duże znaczenie.

    Czy nie za dużo piszę o sobie i swoich sprawach? Czy nie pomyśli Pan czytając, że chciałby mieć taki malutki pokoik? Pewnie tak Pan pomyśli z odrobiną zawiści, tak ludzkiej i tak uzasadnionej. Ale nie wszystko złoto, co się świeci. Mam dużo zajęć z gatunku domowych, które zabierają mi wiele godzin i zaprzątują umysł. Są też braki takie jak lampa stojąca, jak stolik do pisania. Musze je uzupełnić własnym kosztem, a nie bardzo mogę. Mimo to, przyznaje, że lepiej mi, niż Panu i bardzo się wstydzę, że tak jest.

    Dlaczego nie posyła Pan swoich wierszy do "Wiadomości"? A może były, tylko nie czytałam, bo nie kupuje tego pisma, zbyt dla mnie drogiego. Proszę mi przepisać jakieś swoje nowe wiersze. Wie Pan przecież, jak bardzo się nimi cieszę, jak je lubię, jak je podziwiam.

    Z Gustawami trochę koresponduję. Krystyna była w Rawennie i stamtąd napisała parę słów. Gustaw pewnie teraz bardzo zajęty pismem. Mają i oni kłopoty w tym niepewnym kraju. Ale słońce tam

    grzeje i niema PKPR. Koresponduje też z Giedroyciem, który wyda "Krauzów" po włosku. Finansowo bardzo mizernie to wypadnie przy relacji lira do funta. Nigdy nie dbałam o te finansy, ale teraz trzeba o nie dbać.

    Z ludźmi tutejszymi mało się zadaje. Nie mam jakoś ochoty do ludzi. Zresztą, ich gładkość jest tak zdawkowa, że szybko mi się sprzykrzyli. A może to moja wina, nie ich.

    Proszę bardzo, napisać do mnie prędko i o wszystkim. Jest już Wielki Tydzień. Rok temu drukowałam ten śliczny fragment Pana prozy. Przewalił się ten czas – dobry i zły. Tak mi teraz ciężko, jak w tamtych latach więzienia i łagru. Niby inaczej, niby ta wolność, ale wyjdźże człowieku za druty kolczaste! A może to już jest życie po śmierci, która nastąpiła niepostrzeżenie, bez umierania i agonii. Właśnie słyszę kroki przechodni. Stąpa mocno, więc waży, więc żyje. Jest, noc szumiąca biegiem kolejki podziemnej.  A może to motorowa łódź Charona? Szczeka pies - czy to nie Cerber? Żonkile we flakonie mogą być i na tamtym świecie. Smutno jest tak wiedzieć i nie wiedzieć.

    Zatem, Panie Tadeuszu - życzę przyjemnych Świąt i przepraszam za wszystko, co napisałam. Ze smutków zmartwychwstaje się tak samo, jak z cierpień. Ale potem tylko bogowie idą ku wiecznemu życiu. Ludzie śmiertelni tęsknią z powrotem do śmierci.

    Serdecznie Pana pozdrawiam

    Herminia Naglerowa

    9 min
  • 28 marca 1947 | Tadeusz Sułkowski do Herminii Naglerowej

    28 marca 1947

    Droga i Kochana Pani,

    Dość długo już nie pisałem, ale też w tym czasie było parę rzeczy, nie tyle ważnych, co wypełniających życie obozowe. Między innymi - przeprowadzka. Od tygodnia jesteśmy już w nowym obozie, na prawie zupełnym pustkowiu, przy lotnisku, ale w miłej okolicy. W Blakpoolu zostali szeregowi i 3 czy 4 oficerów i będą tam do połowy maja. Obóz jest bardzo rozległy, nie ma beczek, są baraki - dość schludne nawet, z linoleum, nie przeciekające. Domki dla rodzin też czyste i widne. I tu dopiero zaczyna się zmartwienie, bo oficerów - to ma być obóz oficerski - upychają po szesnastu do takiego domku barakowego. Mieszkam z kolegami, paczka blackpoolska, ludzie przyjemni, ale o tym, żeby uważniej nad czymś pomyśleć i posiedzieć nad pisaniem - nie mam mowy. Tym razem wyszedłem z cierpliwości i zaalarmowałam majora Benedykta - został w Blackpoolu. Napisałem w tej sprawie do tej grupy brygadowej z prośbą o jakiś kąt do pracy, co z tego wyniknie, nie wiem, przypuszczam, że nic, bo przecież ma się do czynienia z logiką wojskowych. Jest taki żart, który polega na zapytaniu: kogo? (kogo to obchodzi?). U nas teraz tak jest z pewnymi sprawami. Bardzo się zaniepokoiłem tym, że Pani tak długo milczy i nic do mnie nie pisze. Czyżby Pani chorowała? I Gustawowie jakoś teraz ucichli. Nic nie wiem co się w ogóle dzieje, pomyślałem któregoś wieczoru, że wszyscy nagle wrócicie do kraju, a mnie zostawicie tu. No bo jak tak nikt nie pisze, to różne rzeczy przychodzą człowiekowi do głowy. Posłałem teraz Sowińskiemu sprawozdanie z “Jabłuszka” Piaseckiego, i będą ciągnął recenzje z dwóch jego następnych rzeczy. Obawiam się, żeby się to nie skończyło tylko na zamiarze, bo jeśli nie dostanę jakiegoś kąta - pakuję wszystko do walizy i zacznę się tak samo obijać jak reszta, Ten brak żywego zainteresowania się ludźmi zaczyna być najzwyczajniejszą łobuzerką. Bo, proszą Pani, pracuję poza biblioteką, i wszystkimi innymi dobrami - rozumiem, że sytuacja, że trudno - dobrze, jestem w obozie. Ale żeby i tu o najprostsze rzeczy, o naprawdę minimum trzeba było walczyć, użerać się - i nie jest wykluczone, że bez skutku, to naprawdę, można do reszty stracić cierpliwość i resztkę szacunku dla tych ludzi. Dobrze wyjdziemy na tym życiu, normowanym przez cymbałów - wojskowych. Proszę się nie gniewać za te moja szczerość ale przecież trzeba to jakoś wyrzucić z siebie, żeby złapać oddech i nową porcję… cierpliwości. A może wszystko dobrze się zakończy i będę mógł sobie trochę uczciwiej popracować. Zobaczymy. Jak tylko przyjdzie w tej sprawie odpowiedź - zaraz Pani napisze o tym. Niechże Pani - jeślim co zbroił, przebaczy, choć jeśli chodzi o Panią, to oprócz ciągłych wyrzutów sumienia, że nie przysiądę fałdów nad Krauzami, chyba nic takiego na wnętrzu do rozgrzeszenia nie mam - więc niechże Pani przebaczy i napisze.
    Dużo pozdrowień i życzeń zdrowia i radości
    Tadeusz

    6 min
  • 17 września 1945 | Herminia Naglerowa do Tadeusza Sułkowskiego

    Londyn 17 września1945

    Drogi Panie Tadeuszu,

    Znowu jakoś zeszło i nie od razu odpisałam. Nie bardzo się też czuje, bo grypowo, nudno i mizernie. W rezultacie — chyba reumatyzm, bo bolą mnie mięśnie i kości. Temperatury nie mierze, nie mając termometru, którego w Londynie nie można dostać. Lepiej jednak nie wiedzieć, czy jest gorączka, albo, wmawiać sobie, że właśnie jest. Takie wmawianie uzasadnia lenistwo, pozwala rozgrymaszać się wewnętrznie. Nie mam wprawdzie warunków na kaprysy, ale przyjemnie jest rano myśleć, że mogłabym właściwie dzień poleżeć. Potem oczywiście wstaje, i dzień nie jest inny od poprzednich.
    Zebranie Zarządu będzie dopiero w piątek, wtedy powiem o Pana dezyderatach i napisze, jakie są warunki wyjazdu do Was.
    Miałam list od Kobrzyńskiego, który dziwnie tłumaczy sobie niewinne zdanie w moim liście — że przyjaciele zazdrościli mu szpitala. Był to niefortunny dowcip, który go w czymś uraził nie tylko na mnie, ale na owych przyjaciół, o których nazwiska dopytuje. Odpisałam, nie podając nazwisk, bo naprawdę nie pamiętam już, czy i kto o tym mówił. Kobrzyński jest chyba przewrażliwiony, toteż teraz będę ostrożna w listach.
    Nie wiem, czy Sowiński pisał Panu o wyjściu z "Orła", i o zamiarach przeniesienia się do Francji. Tak mnie poinformował Ostrowski, który już tu jest, ale sam, bo Sowiński w ostatnim momencie zdecydował się nie jechać do Anglii. Interesuje mnie, czy Sowiński porzucił "Orła" z powodu jakichś przykrości, czy też ma w istocie możliwości urządzenia się we Francji.
    Właśnie napisałam do niego w rozżaleniu, że tak mi "zabledzili" moje opowiadanie "Wilczur". Było kilkanaście straszliwych omyłek tekstowych, co mię trochę zgniewało. Bo nawet zła korekta ma swoje granice. Okazuje się, że "Orzeł" w ogóle nie ma korektora i że krzywda wyrządzona mojemu opowiadaniu nie była już dziełem Sowińskiego. Zastępuje go teraz Kietlicz-Rayski.
    Cóż by tu jeszcze napisać? Nic właściwie się nie dzieje. Lato trwa. Jesion trzyma się najlepiej ze wszystkich drzew na moim skwerku. Dostałam gałąź jarzębiny i trochę swojsko w moim pokoju. Lubię cieple kolory, lubię gdy w pokoju robi się kraso-żółto-czerwono-liliowo. Rzucę okiem i na chwile cieszę się, aby zaraz tym mocniej się zasmucić byle czym.
    Niechże mi Pan szybko napisze, bo lubię Pana listy. Mają zawsze coś z wierszy i coś z ludzkiej dobroci. Wtedy także cieszę się przez jakiś czas, że można jednak wytrzymać na tym świecie, w którym jest trochę serca i trochę zgodliwości na każde nieprawdopodobieństwo.
    Bardzo serdecznie Pana pozdrawiam i przesyłam słowa życzliwości
    Herminia Naglerowa
    P.S. Próbuje zagrać w "poola", ale jakoś nie idzie!

    6 min

About PIASA Archives Podcast

From the publisher's feed

Celem zadania jest stworzenie efektywnej ochrony polskiego dziedzictwa kulturowego zgromadzonego w zbiorach archiwalnych przechowywanych w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku. Projekt przewiduje…