PIASA Archives Podcast

PIASA Archives Podcast

By The Polish Institute of Arts and Sciences of AmericaScienceArtsBooksHistory
Download on the App Store

PIASA Archives Podcast episodes

  • 21 czerwca 1947 | Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley, 21 czerwca 1947

    Kochany Kazimierzu,

    dzisiaj wróciłem z Londynu. Z Crewe (czyta, się Kru) trzeba już dojechać autobusem do obozu, a tu jak na złość wybuchł strajk autobusowy (tylko na tej linii) i byłem w porządnej kropce. Uratowała mnie cudem spotkana ciężarówka... z naszego obozu. Czekało na mnie trochę poczty i jest wielka uciecha, bo nadszedł list od Dąbrowskiej i, od ciebie. I książeczka z okładką jakby spłowiałą od alpejskiego słońca – jej grafika robi na mnie wrażenie, że to książeczka, która długo leżała w trawie na słońcu – malarz skląłby mnie za takie "fachowe" określenie. I dlatego od razu jest ciepła mimo odwrotnych pozorów.

    +

    Z Londynu – po tym tygodniu – wróciłem jak po mocnej, skutecznej kuracji. Przyjechałem z dwoma bąblami na nogach i z tlenem w cielsku i w duszy. Żyłem tam takimi "zmartwieniami": jak, trzeba poruszać się w kolejce podziemnej, którymi ruchomymi schodami (cudowna jazda) wyjść na ulicę, jak dojść na wystawę w Galerii Narodowej, albo na wystawę obrazów Knappa. To jest malarz, o którego posprzeczał się Jastrzębowski z waszą Alicją – zdaje się – Drwęską. Londyn na wiosnę jest śliczny – w środku miasta spotykasz jeziorko z szuwarami i kaczkami. Ruch nie jest nerwowy, wcale nie męczy, bez pośpiechu nadpływa i odpływa – spokojny, rozsądny puls. No i zieleń. Odżyłem i nikt mnie już do końca życia nie przekona, że Londyn jest brzydkim miastem.

    +

    Zjazd był bardzo ożywiony. Dokończę już jutro, bo i późno i jestem zmachany tymi strajkowymi przygodami. Dobranoc.

    Niedziela.

    Stale się pytam znajomych: jak wy tu możecie w tym Calveley wytrzymać? A oni na to śmieją się, że po powrocie jestem wielki pan i ważniak. Ale wracam do Zjazdu. Na wstępie Terlecki i Kisielewski zreferowali co uradzono na zebraniach zarządu i przeczytali oświadczenie proponowane przez Zarząd. Sedno: że nie będziemy drukowali w pismach krajowych. O głos poprosił Nowakowski. Mówił parę razy na tym zebraniu - za każdym razem z uniesieniem (nie z nerwami) - oracyjki wykańczał po aktorsku w dobrym rozumieniu tego słowa.

    „Uważam, że ta b. ważna dzisiejsza debata winna się odbyć w atmosferze poufności. Nie powinno być między nami nikogo, kto już przeszedł czy przechodzi Rubikon. Na sali jest taka osoba (chodził o Grabowskiego). Kto rozmawiał z panem Borejszą, nie może rozmawiać z nami.”

    Koło mnie siedział Baliński. Nerwus straszny. Za każdym zdaniem Nowakowskiego czy innej osoby, która trafiała mu do przekonania podskakiwał na fotelu, bił dłonią w poręcz i wołał: „tak, tak, racja.” Tłumaczyłem mu, żeby się uspokoił, ale gdzie tam!

    Stroński (przewodniczył): „Pan Nowakowski jest specjalistą od Rubikonów, ale uważam, że są tu członkowie Związku i że wszyscy mają prawo tu być.”

    Piasecki: „Powinniśmy rozmawiać swobodnie, choćby tu siedział sam pan Borejsza.”

    Mackiewicz: „Ja będę głosował przeciwko oświadczeniu zaprojektowanemu przez zarząd. Bo kto tu czyta? Trochę młodzież. W wojsku, może porucznicy, no bo przecież od majora w górę nikt nigdy nic nie czyta. A Sienkiewicz? Czy nie pisał pod zaborem?” (Podaję tylko sens nawet dłuższych przemówień).

    Pomian, mówił efektownie, z akcentami niezmiernie burzliwymi, ale argumentował rzeczowo, nie do zbicia. „Rządowi w Warszawie wcale nie jesteśmy potrzebni, chodzi o rozerwanie Związku Pisarzy, dlatego chcą, żeby pisać w pismach krajowych, choćby nawet ktoś został na emigracji. (Podniósł w górę numer "Odrodzenia" z Grabowskiego) Pan Grabowski – pisze, że się nie zgadza z wieloma sądami tzw. emigracji. Chce tam drukować, niech wraca. A co się zmieniło w kraju od 1945 roku? Nic. Polityka Warszawy nabrała wyraźniejszego wyglądu. Więc jak należy rozumieć pana Grabowskiego, skoro kiedyś przecież brał udział w tej emigracji? Z czym się teraz nie zgadza? Panie Grabowski, panie Grabowski!!!!!”

    Nowakowski: „Z początku miałem pewne zastrzeżenia, teraz widzę, że sytuacja się wyjaśnia, jest już wyraźna i rad jestem, że są wszyscy. Zabolała mnie jedna jeszcze rzecz. Pan Grabowski pisze: "tak

    zwana emigracja". Co to znaczy? (Łzy mu stanęły w oczach). A czy pan myśli, że my tam nie chcielibyśmy być? Nie chcielibyśmy tam pisać? Więc ja jestem tak zwana emigracja?”

    Baliński skacze coraz mocniej: „tak zwana, tak zwana!” Wreszcie wstaje: „Niech pan napisze, teraz, panie Grabowski, że jest i emigracja nie tak zwana. Bo ja do siebie nie mogę wrócić. Niech pan ma odwagę napisać, że jest i nie tak zwana.”

    Mackiewicz w czasie przemówienia Pomiana wyszedł i więcej nie wrócił. Nie zrobił jednak - Mackiewicz - ujemnego wrażenia. Raczej takiego swawolnego Dyzia, który dla zasady musi być przeciwnego zdania.

    Grabowski: „Moja rozmowa z Borejszą dotyczyła tylko wydania w kraju "Anny". Zaproponował mi to Borejsza, odpowiedziałem, że jeśli uważa, że ta książka jest potrzebna czytelnikowi w kraju, to niech ją wyda. Ojciec jest w ciężkim położeniu, więc honorarium kazałem wypłacić rodzinie. Tutaj w ogóle nie ma czytelnika. Widzę, że moja osoba stała się główną przeszkodą w obradach, więc zgłaszam moje

    ustąpienie ze Związku. Czas pokaże kto miał rację. Panu Profesorowi (do Strońskiego) dziękuję za pomoc i życzliwość, jaką mnie darzył w pracy w okresie wojny.” (Operował niepoważnymi argumentami, ale mówił b. spokojnie).

    W głosowaniu wszyscy wypowiedzieli się za owym oświadczeniem proponowanym przez Zarząd.

    Nowakowski: „Jest mi niezmiernie przykro, że musiałem podnosić takie zarzuty przeciwko Panu (do Grabowskiego)” – podszedł do niego wzruszony i podał mu rękę.

    Przemawiali także: Pragier i Folkierski. Był i Kukiel (reprezentowali Rząd). Mówili o tym, że sprawa warunków pracy i życia pisarzy jest rozpatrywana, że tylko śmierć Prezydenta przerwała te rządowe debaty nad tą kwestią i że pomogą na pewno. O niczym konkretnym nie wspominali. Trochę ich oświadczenia wisiały w próżni. Potem zeszliśmy na obiad, na którym wzruszeni Grabowski i Nowakowski siedzieli koło siebie, ja flirtowałem z Herminią, a Zahorska obnosiła śliczne dwie róże wpięte w suknię. Następnego dnia pojechałem do Herminci z kwiatami i siedzieliśmy – nie śmiej się – przy herbacie i ciasteczkach jak dwa przejęte sobą aniołki.

    Potem druga rozmowa z Czuchnowskim o tym, co mogłoby postawić „Orła” na nogi – o tym potem – może już jutro. Bardzo ładnie zareagował na mój artykuł. Potem Westminster. Potem Galeria Narodowa.

    Potem pergole różane w Kew Gardens. I potem bąbel na prawej nodze.

    Potem Oxford Circus, Piccadilly Circus, potem wieczorem w ślicznych alejkach Kensington Gardens, polityczna rozmowa z Czuchnowskim, potem kolejka, schody ruchome, wczesne śniadanie i znowu ulice, drzewa i słońce. Potem drugi bąbel – na lewej nodze, film. Czy dostałeś moją kartę pisaną w Galerii? Znowu galeria, ów Knapp z przykręcanymi ludźmi, cały zielony i fioletowy, wzdęte brzuchy z głodu, kości i druty - bardzo to jest jeszcze literackie, choć sposób deformowania każe uważniej na to wszystko patrzeć - znowu befsztyk z cudowną cebulą w Ognisku. W Westminsterze nad płytą Darwina stałem chwilę i powiedziałem w duchu: "Mistrzu, miałeś chyba rację". Znowu na chwilę Hermińcia i Wohnout - masa przygodnych spotkań z kochanymi rodakami. Sen z miejsca – sypiałem jak suseł i szczęśliwy jak ptak.

    +

    Raniutko dokończę tę epistołę i na dziewiątą wrzucę do skrzynki. Już późno. Trzeba uderzyć w kimono. Jeszcze tyle rzeczy do opowiedzenia, ale to już w następnym liście. Dobranoc.

    Poniedziałek

    Kazimierz, proszę cię na wszystko, nie opowiadaj o szczegółach zebrania nikomu – obrady miały charakter poufny. Te rzeczy powtarzam tylko tobie, bo ci się przecież należą. List zniszcz po przeczytaniu, nie chciałbym, by kiedyś powiedziano mi, że rozgłaszam to, co powinienem przemilczać. Dzisiaj wieczorem napiszę list drugi do ciebie – już z podaniem rzeczy, o których będę pisał dla „Orła” i na co możesz liczyć. I w innych, dość ważnych sprawach. Więc, pamiętaj – nie opowiadaj nikomu, ale to nikomu.

    Ściskam

    Tadeusz

    14 min
  • 12 czerwca 1947 | Maria Dąbrowska do Sułkowskiego

    12 czerwca 1947

    Drogi Panie Tadeuszu — Dziękuję za list i za papierosy. Odpisuję dopiero teraz, gdyż jakiś czas nie było mnie w Warszawie. Bardzo piękny i wzruszający jest Pana opis z 40-go roku o tym poranionym lotniku grającym na organkach. Podobniśmy wszyscy do niego. Cały zresztą pokiereszowany świat gra tak na tych organkach.

    Niech Pan pozdrowi ode mnie serdecznie kogokolwiek Pan spotka z moich znajomych.

    Dziękuję za pamięć o "moich" dzieciach. Jurek jest prawdziwą pociechą moją. Piękny, dobry jak anioł, dzielny i inteligentny, mógłby być chlubą najbardziej wymagających matek, prócz własnej, której wartości syna są do niczego nie potrzebne. Ela jest mniej interesująca, ale da sobie radę w życiu, bo jest przystojna, śmiała, sprytna i wygadana. Niestety, od wakacji mój brat (bardzo miły chłopak i ma na imię Bogumił) chce już koniecznie zabrać dzieci do siebie. Nie sprzeciwiam się temu, bo rozumiem te rodzicielską ambicję i potrzebę serca, która jest wzajemna, bo i Jurek jest w ojcu zakochany. Ja zresztą coraz bardziej lubię samotność i coraz więcej potrzebuję absolutnego spokoju dla mej pracy. Nie idzie mi ona tak żwawo jak to dawniej, bo właściwie, to prawie przez dwa lata przychodziłam do siebie, męczona zaburzeniami nerwowymi po katastrofie Warszawy, po której długo mi było dziwne, że mamy bezczelność chodzić żywi. W sprawie Conradowskiego pojęcia wierności, polemizowałam z Janem Kottem w długim artykule drukowanym w niezależnym dwutygodniku "Warszawa". Czy Pan się z tym czasopismem za granicą nie spotkał? Było w nim i parę innych moich rzeczy. Może dostanę jeszcze te stare numery, to Panu wyślę. Niech Pan mi nic nie przysyła, boć sami chyba teraz jesteście w ciężkim położeniu. Papierosów mi teraz nawet nie wolno palić (choć palę wciąż, nieszczęsna, ale staram się ograniczać do minimum) — mam wysokie ciśnienie nerwowego podobno pochodzenia.

    A już jeśli ktoś miałby jakieś potem możliwości, to przymówiłabym się raczej o... czekoladę, herbatę i dobry papier do pisania, bruliony bez linii, o jakie w Polsce zawsze było trudno, taśmy dobre do małej maszyny. Ale to są pewno już pragnienia z bajki o nienasyconej rybaczce. W gruncie rzeczy mogę się obejść tem, co tu można kupić. Życie nas nie pieściło, i po latach wojny wszystko (materialnie) wydaje się luksusem. Czy i kiedy złącząsię wszyscy Polacy i wszyscy wszystkich będą mogli zobaczyć?

    Najserdeczniej pozdrawiam Pana,

    Maria Dąbrowska

    6 min
  • 6 czerwca 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley 6 czerwca 1947

    Kochany Kazimierzu,

    w ostatnim liście i chwaliłem tutejsze upały i narzekałem na nie. Na odmianę od wczoraj zrobiło się chłodno, przepaduje deszcz, chmurzysk na niebie całe stada. Zdaje się, że wracamy do właściwej rzeczywistości. Ale cośmy się ukąpali w słońcu – to już nam nawet król jegomość nie odbierze.

    Dzisiaj otrzymałem mieszkanie – spory pokój na dwóch, razem z jednym urzędnikiem komendy obozu, zresztą z moim znajomym jeszcze z Muranu. Chłop porządny i bardzo spokojny. Jutro – przeprowadzka. Od złożenia przeze mnie prośby o mieszkanie – kupa czasu – nie przypominałem się zupełnie, w ostatnim czasie sam komendant parę razy wspomniał mi, że ma zlecenie, aby dać mi pokój, no i wreszcie dzisiaj ten uroczysty akt nastąpił. Ale wycyganił ode mnie, że będę mu robił kronikę obozu – takie hocki klocki o różnych „historycznych” wydarzeniach w Calveley. Oczywiście bez targów się zgodziłem, a adiutant puścił przy okazji wiadomość, że jestem kadłubkiem obozu. Zdaję sobie sprawę, że i wy do tego mieszkania przyłożyliście rękę. Pisałeś zresztą o tym sam. Dziękuję wam z całego serca, jeżeli wtedy pisał Piestrzyński – uściśnij mu łapę. Teraz tylko żeby dopisało mi zdrowie, będę Kazimierz, pracował. Bo dzisiaj np. łeb mnie boli tak, że nie masz pojęcia. Do Londynu jadę dopiero w przyszłym tygodniu – czwartek, piątek – bo Zjazd odłożony na 14-go – z powodu śmierci żony Strońskiego, a Stroński jest prezesem. Więc plan na najbliższe dni taki: urządzenie mieszkania w obozie – wyobraź sobie, że będę rozporządzał połową komody! – zrobię porządek z papierzyskami, całą kupę popalę, położę ubranie do tej komody i wyczyszczę walizy. W ogóle remont. Tylko bardzo mi żal tych, co zostaną w baraku ogólnym. Zżyłem się z nimi i dobrze nam było razem. Właściwie – jak wróciłem dzisiaj z komendy po tym ostatecznym ubiciu interesu bardzo mi było głupio, że od nich odejdę. Zawsze widać w każdej radości musi być i trochę żalu.

    Około czwartku ruszę do Londynu, skąd oczywiście wyślę ci – jak z Częstochowy – pozdrowienia i błogosławieństwo. Obiecuję sobie tam posiedzieć 3-4 dni, aby się za bardzo nie spłukać. Bo przecież później czeka mnie nowa radość i nowa wyprawa – jak już i ty zjedziesz na Wyspę i zjawi się Kołoniecki.

    Muszę ci obwieścić, że przeprosiliśmy się z Krukowskim. Przed rewią, którą tutaj dał (była durna niesamowicie) w przypadkowej zresztą sytuacji podszedł i przypomniał mi, żeśmy się tu jeszcze nie przywitali i że dawny spór już się chyba nie liczy. Teatr wyjeżdża stąd do innego obozu w przyszłym tygodniu. Obóz nasz stale się powiększa, jeśli chodzi o oficerów, natomiast żołnierzy z obsługi ubywa. Od wczoraj pomagamy przy sprzątaniu kasyna i sami się obsługujemy. Kuchnia wystawia talerze z posiłkiem, a my je nosimy sobie do stołów. Wczoraj ja właśnie byłem zatrudniony i zbierałem po śniadaniu naczynia, zamiatałem kasyno i szykowałem stoły do obiadu. Po praktyce blackpoolskiej była to dla mnie furda, uwijałem się z talerzami jak magik. Jednak robota fizyczna daje dużo radości. No, co jeszcze? Mamy w baraku kotkę podrasowaną – tak twierdzą znawcy. Rudą, z puszystym „lisim” ogonem. Otóż wyżej wzmiankowana kotka zrobiła wczoraj kupę pod łóżkiem tego chorego, o którym ci już pisałem. Chory już zdrów i chodzi. Ganiał ją po całym baraku, klął, a my ryczeliśmy i każdy wołał na niego, żeby prędzej posprzątał, bo śmierdzi. Powiadam ci – kino.

    Słuchaj, jeżeli ci Nowakowski przyśle recenzję z antologii Grydzewskiego i będzie ci się podobała – to ją oczywiście weź. Chodzi przecież o dobry artykuł, a nie o to, kto go napisze. Łatwiej ci będzie mnie powiedzieć: stop, nie pisz – czy: przerwij pisanie, bo już mam recenzję, niż jemu odwalać rzecz już zrobioną. Dzisiaj dostałem liścik od Herminii, bardzo się cieszę, że pamięta i że jest dobra. Wczoraj byłem w kinie – pokazywali w dodatku waszą Brukselę. Straszna szmira.

    Ściskam, bądź zdrów

    Tadek

    8 min
  • 3 czerwca 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley 3 czerwca 1947

    Kochany Kazimierzu,

    będzie to pisane bardzo koślawo, bo piszę na stołku przed barakiem (z nędzną podkładką). Od paru tygodni są tu po prostu upały. Prawie bez przerwy ze słońcem, a nawet jak się na parę godzin zachmurzy, to i tak jest duszno. Modliliśmy się tu o pogodę, a teraz łakniemy na odmianę choć trochę deszczu. Jak w oranżerii – nieraz chwyta się powietrze niby ryba. Wszystko rośnie na potęgę i jak na drożdżach. Takiej zieleni jeszcze w życiu nie widziałem. Z traw, drzew i kwiatów zrobiły się jakieś zwierzaki, ptactwo śpiewa jak opętane. Pamiętam – jeszcze jesienią, kiedy lało i lało i wyło – pomyślałem sobie, że „Sen nocy letniej” – to chyba kompensacja krajobrazowa poety na te deszcze i wichry. Teraz – a często pałętam się po okolicy – rozumiem, że to żywa prawda. Przecież to szekspirowskie gaje. Inna rzecz, że sami Anglicy są zdumieni tą wiosną. My wróciliśmy do włoskich strojów, pić się chce bez przerwy.

    W ostatnich tygodniach chciałem się trochę przemundurować na cywila i kupić parę niezbędnych rzeczy, zwłaszcza, że kupony ważne są do 1 czerwca (ale to zdaje się na szczęście tylko formalny alarm z tą datą). Kupiłem więc płaszcz, półbuty, trochę skarpet i letnie gacie. Po ubranie cywilne wybrałem się nawet do Manchesteru, bo w Chester nic ciekawego nie było. Z gotowych rzeczy wszystko było dla mnie za duże, znalazłem jednak materiał, brązowy, który mi się bardzo podobał. Owszem, zgodzili się uszyć z niego ubranie.

    - Kiedy będzie gotowe?

    Położył palec na ustach, namyślał się i namyślał, wreszcie odpowiedział:

    - W pierwszym tygodniu października.

    Zareagowałem po mazowiecku. Wściekł się i wyszliśmy ze sklepu. Takie tu mają tempo pracy i zamówień. W rezultacie zostawiłem kilkanaście kuponów, wreszcie zawiózł je przy okazji jeden ze znajomków do swego krawca w Blackpoolu, będą leżały u niego, a jak będzie ładniejszy materiał, to zawiadomi. W ten sposób zabezpieczyłem kupony u krawca, który robi szybko i ubiera się u niego masa Polaków.

    Niedługo już obiad, po obiedzie pogadam z tobą znowu. Do obozu zjeżdżają się nowi, w tej chwili w którymś baraku grają na harmonii włoską melodię. Zupełnie jak w Rzymie na takim fortepianie z korbą. I kukułka kuka. Zaraz za barakiem mamy łąki, teraz żółte od jaskrów. No, smacznego Kazimierz.

    Siedzę w baraku po obiedzie, tylko w tych włoskich, kusych majtkach (chodzimy tak tylko oczywiście w domu) i boso. Troszeczkę mogę oddychać. Wszyscy leżą jak barany. Znowu jakaś muzyka z dalekiego baraku. Słońce się na nowo wywzięło, na łące za oknem chyba tylko dlatego nie ma faunów popołudniowych, bo i im na pewno upał uderzył do głowy i żłopią wodę z jakiego strumyka.

    Mamy w baraku chorego. Przez parę dni żarła go gorączka 39,4 – 38,6, dzisiaj znikła zupełnie. Marudzi niesamowicie, krzyczy o jedzenie, a ja go, uważasz, karmię tylko kompotem, bo tak trzeba. Wymyśla mi od skurwysynów, że go głodzę, a cały barak ryczy ze śmiechu. Sam też się trochę kuruję. Wziąłem całą kupę zastrzyków ze strychniny, ale się i znacznie poprawiłem. Teraz jestem jak taki Żyd: wszystko bym oddał, żeby być zdrowy. I żebym mógł pracować. W ostatnim okresie nawalania trudno mi było spokojnie myśleć i próbować sił przy obszerniejszych rzeczach. Do roboty regularniej już zasiądę po powrocie z Londynu, gdzie nie obiecuję sobie zresztą długo siedzieć. Parę dni. Dwa dni temu „sam” komendant obozu zawołał mnie i powiedział, że wkrótce dostanę mieszkanie, ale raczej na dwóch. Jeżeli sąsiad będzie spokojny, będę miał nareszcie ciszę i kąt do pracy. Wszystkie zaległości wobec Orła odrobię. I Piaseckiego (oczywiście krótko) i Grydzewskiego.

    Antologii mam parę rzeczy do zarzucenia. Jest za bardzo patriotyczna, reprezentacyjna, mało wchodząca w bezinteresowne uroki Warszawy. Bieda tylko z tym, że nie mając książek pod ręką trudno mi będzie dać próbki utworów, które by poszerzyły „ordonowość” Warszawy o jej „kostrzewkość”. Rysunki wołają o pomstę do nieba – właśnie przez swą reprezentacyjność dzielnic miasta. Dlaczego np. nie dał więcej fragmentów z Karpińskiego (Światopełka) i z Dobrowolskiego. I z Liberta pamiętam taki wiersz – zdaje się „Gołębie u św. Aleksandra”, czy coś w tym rodzaju – a tego nie dał. Może sobie coś jeszcze przypomnisz, to mi napisz. Zresztą nie jest wykluczone, że artykulik – poza króciutkim omówieniem krytycznym książki – będzie zwierał a’ propos Warszawy pewien poranek przy ogrodzie uniwersyteckim ze starym Zielińskim, którego widziałem tam raz w sytuacji godnej zanotowania, choć to maleńki szczególik.

    Z Londynu napiszę do ciebie. Bardzo się ucieszyłem, że Kołoniecki też zawadzi o Londyn i że się tam wszyscy zobaczymy. Bo na ten czas oczywiście – jeśli mnie szlag nie trafi – przyjadę do was. Najbardziej mnie denerwuje, że nie mogę całkowicie przyjść do siebie. Stale na lekarstwie – już mi to nosem wychodzi. Więc, kochany Kazimierzu, pisz i trzymaj się dobrze. Maszyny ci zazdroszczę – czcionka ładna, jak się trochę dorobię, zafunduję sobie i ja takie cacko. A’ propos kochany „Orzełek” nie płaci. Poprawcie się dzieci. Znowu wspominali mi o tym, że do Brukseli ma jechać jakiś pułkownik, żeby was likwidować. Oczywiście rugnąłem, bo ta plotka co pewien czas – diabli wiedzą, gdzie ona się rodzi – dochodzi do mnie. Zawsze ci zresztą o tym piszę. Pozdrów pięknie znajomych, a sam pisz. Dzisiaj, jak dostałem twój list, uciecha była wielka.

    Ściskam

    Tadek

    10 min
  • 29 maja 1947 | Herminia Naglerowa do Tadeusz Sułkowskiego

    Londyn, 29 maja 1947

    Drogi Panie Tadeuszu!

    Jakże mi przykro, że tak Pan zareagował na mój list, który jak wszystkie poprzednie, był tylkopisanym myśleniem o tym i owym i najrozmaitszych sprawach, o których się nigdy nie rozstrzyga. Przecież i ja tylko przytoczyłam mój list do Gustawa i tylko czekać, abym i od niego dostała reprymendę. Myślę jednak, że wyrazi mi ją ustnie, bo sadząc z wszystkiego, co do mnie doszło, niedługo się tu zjawi. Sprawy instytutu, mówiąc po lwowsku, "zakałapućkały" się, i ani rusz nie mogę rozwiązać tej zagadki. Czy zła wola? Czy brak pieniędzy? Czy polityczna niepewność we Włoszech? Czy też wszystko razem? Dla Krystyny nie jest dobrze, że opuści Włochy. Pisała o swoim rozmalowaniu się, 26 urządziła wystawę swoich prac. Niestałość naszego istnienia emigracyjnego jest naprawdę utrapieniem. A Pan pewnie myśli, że sobie chwale te stosunki i warunki. Dobrze wiem, że schodzimy na psy i to wcale nie rasowe, ale kundle, które bywają potulne, ale częściej jeszcze są złe, czujne i wierne. Komu? Komu ta wierność, ta złość, ta czujność? Zatem- potulność?..

    Wcale nie. Niech się Pan rozżala, gniewa, krytykuje. Proszę tylko na mnie się nie gniewać, bo naprawdę nie zasłużyłam na to. Zresztą- jest mi źle, mimo, że niby siedzę w tym Londynie i niby mogę pracować. Gdyby Pan wiedział, ile dni idzie mi na marne, z powodu niepewności, czy mi przedłużą odkomenderowanie, czy dostane kartę żywnościowa, czy wypłaca ml tych 14 funtów na pierwszego! Tyle mam z sobą kłopotów, że znienawidziłam siebie. Prawdziwie - rozdwojenie jaźni, jak w sensacyjnym filmie, albo w niesamowitej noweli jakiegoś Everta Meyronka, czy innego Poego.

    Właśnie w tej chwili bachory z całej ulicy urządzają pod skwerkiem swoje krzykliwe zabawy. Nie przestaje się dziwie, że z tych pełnych temperamentu dzieci wyrastają potem tak nudni dorośli ludzi. Ponieważ wśród dzieci są i wyrostki, nie mogę uchwycić granicy wieku która dzieli temperament od, powiedzmy, wewnętrznej dyscypliny Anglików. Ale, choć dzieci te bardzo mi przeszkadzaj a, wole je od dorosłych, są podobne nie tylko do naszych bachorów, są podobne do nas. Hałasują bezcelowo.

    Panie Tadeuszu, i ja dziś pisze krótki liścik, aby zaznaczyć że nic się nie zmieniło, że zawsze tak samo Pana lubię i że czekam

    na list, który wszystko wyjaśni.

    Serdecznie Pana pozdrawiam i jeżeli coś było w moim poprzednim liście "nie tak", przepraszam,

    Herminia Naglerowa

    6 min
  • 27 maja 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calveley 27 maja 1947

    Kochany Kazimierzu,

    nie wiem, od czego zacząć, bo znowu noszę w sobie sporo niepokojów i żalów. Tym razem w związku z „Orłem”. Bo staje się dla mnie oczywistością to, że nie dopuszczacie mnie do druku i rzeczywiście miesiącami muszą u was leżeć nawet wiersze, nim je łaskawie dopuś­cicie do druku. Poruszyłem kiedyś tę sprawę w liście, chcąc znaleźć z wami jakiś bardziej uporządkowany sposób współżycia, ale pominą­łeś to milczeniem. Nie przypuszczam, żeby ten stosunek do mnie wynikał wyłącznie od was. Podejrzewam natomiast, że jacyś "życzliwi" mi ludzie - chyba z Londynu, z góry - zezwolili, byście mnie zaledwie tolerowali, drukując mnie najwyżej od czasu do czasu, nigdy w miarę jak będę wam coś przysyłać. A ja tak: nie mając nikogo na świecie i niczego, chciałem się ratować i pomagać sobie choć radością z tego, że nieraz coś napiszę i nieraz coś wydrukuję. Myślę, że jest nawet pewna regularność w przysyłaniu wam - choćby maleńkiego - materiału. Są - jak widzę - jakieś przeszkody, o których mi szczerze nie piszesz. Napisz więc, bo nie chciałbym korzystać z łaski - na­wet od was. Odejście od „Orła” byłoby dla mnie nowym ciosem, ale chy­ba zniósłbym i to, bom się już przyzwyczaił opuszczać ludzi i spra­wy. I być samemu. Chcę być wobec was w porządku, przesyłam ci nowy wiersz. Bardzo mi jest smutno i mam tak pełno żalu, że aż po same oczy. Dzisiaj nadeszła antologia Grydzewskiego. Przyznam ci się szczerze, że w tej sytuacji wcale się z niej nie ucieszyłem. Tylko żal zrobił się większy. Chciałbym wszystko przetrzymać.

    Bądź zdrów, Kazimierzu

    Tadeusz

    5 min
  • 27 maja 1947 | Tadeusz Sułkowski do Herminii Naglerowej

    27 maja 1947

    Droga i Kochana Pani,

    proszę mi wybaczyć, że napiszę dzisiaj tylko parę słów. Ale trudno mi napisać więcej, bo pisanie wcale nie rozwieje tego, co w sobie noszę od ostatniego Pani listu. Może istotnie nieudolnie wyraziłem to, o czym myślałem. Mówiłem o żalach, które nie dawały i nie dają mi spokoju - może nie powinienem tym się dzielić - a widzę z odpowiedzi, żeto wszystko zostało przez Panią wzięte za co innego. Dobrze mi tak, bo zamiast zamknąć w sobie pewne niepokoje, idę z nimi do niektórych ludzi. Proszę i tego nie zrozumieć źle. Wyszło i na to, że odpisałem z listu Gustawa jakieś stwierdzenia i tym niesamodzielnym tekstem podzieliłem się z Panią. Jeśli Pani pozwoli, za parę dni napisze więcej. Teraz chciałbym tylko dać o sobie znać', żeby znowu nie wyszła jakaś niewyraźna sytuacja, bo brak od Pani listu byłby dla mnie jeszcze większym zmartwieniem. Ja istotnie coraz mniej potrafię obcować z ludźmi.

    Proszą przyjąć najserdeczniejsze pozdrowienia

    Tadeusz

    4 min
  • 21 maja 1947 | Herminia Naglerowa do Tadeusza Sułkowskiego

    21 maja 1947

    Drogi Panie Tadeuszu

    Bardzo się ucieszyłam listem Pana. Jedno (listowi) tylko mu zarzucam, że za dużo tam miłych powiedzeń pod moim adresem. Zawsze wtedy zdaje mi się, że jest jakaś ironia w tych wypowiedziach i potem przykro mi, bywam rozżalona. Niechże mnie pan nie winduje na piedestał, bo chce jeszcze chodzić po zwykłym gruncie i mieć wrażenie, że potrafię to zrobić niezgorzej od innych. Jeżeli przemilczeli "Krauzów", to chyba tylko dlatego, że spodziewają się po mnie jeszcze czegoś lepszego. Bardzo mi to dogadza, choć nie jestem pewna, czy nie zrobię zawodu. Pisze teraz z takim trudem i oporami.

    Od Gustawów miałam również list kilka dni temu. Piszą o tym samym, tymi samymi słowami. Ponieważ Pan zastanawia się nad sprawami dla nas najistotniejszymi (w związku ze zjazdem naszym i z listem Gustawa) przepisuje dosłownie to, co napisałam do Gustawów. Nie jest to, oczywiście, wyczerpaniem dyskusji, ale pobieżnym naszkicowaniem moich przemyśleń. Oto, co im pisze:

    "Wiec, Gustawie, gospodaruj dobrze ambicją i nie obwiniaj ludzi o to, co nie ma znaczenia w kompleksie spraw.

    "Że ludzie są świnie, i to często ci, o których miałeś najlepsze zdanie, to także jest wywalaniem otwartych drzwi. Czy jednak wyobrażasz sobie, że w jakiejkolwiek szerokości geograficznej ta cecha ludzka nie jest kultywowana? Że nad Wisłą, Odrą, Nysą, Wartą i, chciałoby się dodać - nad Bugiem napotkasz na dodatniejsze zjawiska? Zapewne - z początku, tak. Chyba, że samemu także się ześwini dla celów, które uważa za jedyne: dla twórczości.”

    "Nie namawiam i nie odradzam. Słuszniej jest jechać niż być na emigracji i drukować w Kraju. W takim urządzeniu sobie życia jest coś amoralnego. Do tego doszliśmy po długich i zażartych dyskusjach, broniąc nie tylko zasad, ale i reszty wolności pisarza emigracyjnego. Nikt z pisarzy nie napisze już potem do pisma tutejszego utworu, w którym byłyby swobodne myśli i słowa. Będzie się tego wystrzegał, aby nie zrazić sobie tych, którzy w Kraju maja wyłączne prawo drukowania. Werbowanie pisarzy emigracyjnych jest jedna z metod atakowania emigracji, której istnienie, w naszym pojęciu duchowo nędzne, ma jednak jakieś znaczenie dla reżimu w Kraju. Więcej się nas boja niż jesteśmy straszni.”

    "Zostaje, prócz wielu jeszcze innych argumentów, jeden, który jest mi bardzo trudno sformułować, ponieważ nie znosząc patosu i emfazy, musze tu powiedzieć coś, na co się żachnie Krystyna. Zostanie na emigracji i niepisanie do pism i wydawnictw krajowych - jest jednak wyrzeczeniem się i trzeba to zrobić, choć wielu dostrzega w tym donkiszoterię. Nie mamy już wkrótce dla kogo pisać, nie ma prawie gdzie pisać i wydawać. Nie chce w to wchodzie, czy jest to wynikiem nieudolności, czy tylko warunków. Tak jest, albo tak będzie jutro. Mimo to, wole być tu, niż w Kraju, gdzie łaska pańska jeździ na bardzo pstrym koniu.”

    "Nigdy nie imponował mi tak zwany „Zachód”, ale w zestawieniu z tym co daje „Wschód”, w którego kręgu Polska już mocno tkwi - jest tu jeszcze z czego czerpać. Piszesz, że z tym, co już naczerpaliśmy, należy pójść do polskiego Czytelnika w Kraju. Ale tego nie chcą oficjalni dostawcy Czytelnika. Chcą wyłuskać kilka nazwisk, chcą ściągnąć tych którzy dusząc się tutaj, ulegają złudzeniu, że tam będą oddychać pełna piersią. Nie będą. Nie oddycha Tuwim i Broniewski, mądry łajduś Słonimski mówi cynicznie, że tu chce pisać w spokoju. Inny łajdak Pruszyński pisze dytyramby na cześć zabitego przez Ukraińców (rzekomo) generała. A ci młodzi, którzy tam są, smażą się we własnym i nie własnym sosie, wypacają się na skwareczki. Powiesz, że i tu nie lepiej, zatem: dlaczego dylemat?”

    "Jeszcze raz zaznaczam, że nie radzę, nie wpływam. Pisze o tym tak, jak myślę. Jeżeli nie mam racji, przegram. Ale nie jestem aż tak świętofranciszkańska, żeby pokornie znosić los. Nie przegram! Wierz mi, Gustawie, że nie przegrasz. Krystyna tak samo…”

    "Jestem bardzo zmęczona, dyskusje mnie nużą, talentów pedagogicznych nie posiadam i bardzo nie lubię narzucać mojego zdania ludziom, którzy doszli już do finału swoich rozważań."

    Zdaje mi się, Panie Tadeuszu, że jest w tym liście do Gustawa ta odpowiedz, której się Pan spodziewał, rzucając pewne idee, jakże, zdawałoby się, słuszne i biorące się z potrzeby samoobrony. Mój pesymizm jest rozleglejszy, więc powiem Panu na ucho, że nigdzie się nie obronimy w tym świecie dzisiejszym. Trzeba zatem mieć swój świat dla własnego użytku, wierzyć, że jest naprawdę własny, aż do momentu kiedy go wystawią na licytacje za marny grosz. Nie, nie mogę być spokojna, nawet nie chce nią być. W burze angielskie nie wierze, tu dominuje kapuśniaczek. Ale bywało już nieznośniej, więc trzeba się pocieszać kryteriami porów­nawczymi. I z tego także się ubożyć. Jeszcze raz dziękuje za list i bardzo serdecznie Pana pozdrawiam,

    Herminia Naglerowa

    10 min
  • 18 maja 1947 | Tadeusz Sułkowski do Herminii Naglerowej

    18 maja 1947

    Droga i Kochana Pani,

    wczoraj był dobry dzień, bo nadszedł list i od Pani i od Gustawów. A to są teraz jedyne pociechy i prawdziwe radości. Bo wszystko inne jest bardzo pochmurne. Zdaje mi się, że zasadniczym powodem tych chmur u nas wszystkich jest brak rzeczywistego gruntu, potrzebnego do pracy. Oczywiście, że ucisk ten jest większy u Pani niż u każdego z nas, choć i my też mamy jego trujące właściwości. Pracuje się, jeśli w ogolę można nawet trochę popracować, w próżni. Tej próżni nie rozwiąże nawet ów Dom. Będą to tylko korzystniejsze warunki do pracy. To, że wynikła kwestia drukowania pisarzy emigracyjnych w kraju, jest dowodem nie czego innego, tylko poszukiwania owego rzeczywistego gruntu dla twórczości i jej skwapliwszego rozwoju. Jeśli chodzi o logikę postawy politycznej - wydaje mi się, że drukować tam nie można. Tylko że to wyjście kryje w sobie - tak mi się widzi na podstawie dotychczasowego biegu - bardzo ubożuchny w skutek warunków rozwój sztuki pisarskiej na emigracji. Bądźmy uważni. Czy pisarze wytwarzają na emigracji jakiś społeczny i artystyczny klimat? Emigracja powoli w ogóle ogranicza się tylko do fizycznej obecności po tej stronie. Ci z pisarzy, którzy wracają do kraju - w dużym stopniu ocalają swój rozwój. Dlatego rozumiem Gustawa, który pisze, że jeśli wypadnie mu przyjechać na Wyspę i siedzieć bezczynnie w obozie - nie wykluczy żadnej ewentualności w swoich decyzjach.

    Życie pisarskie jest tutaj tak rozwichrzone, tak zostawione na uboczu przez naszą górę - nie wymagajmy od wojskowych rozumu w sprawach poza wojennych - że ma się coraz większe obrzydzenie do tej emigracji "sztabowej”.

    Bardzo jestem ciekawy jak się potoczą rozmowy na tym czerwcowym zebraniu, które powinno być absolutnie szczere i mieć na uwadze dobro piszących.

    Kto się na emigracji przejąć Pani "Krauzami"? Dla ilu ludzi była ta powieść wydarzeniem i nauką życia? A przecież to była, jeśli chodzi o czynną współczesna literaturę na emigracji, największa pozycja. Proszę sobie teraz ustawić w odpowiedniej proporcji możliwości nas, pomniejszych czeladników. Niechże się Pani nie gniewa za tewywrotne myśli, ale trzeba do końca i wyraźnie sprawy przemyśleć. Nie wiem dobrze, gdzie w tych myślach kończy się jakaś tam racja, a zaczyna gniew, ale przypuszczam, że całość naszego życia wymaga radykalniejszego uporządkowania. Przepraszam za te gniewną - a może i nie bez racji - burzę, ale może ona choć troszkę przepędzi chmury z Pani pokoju, Bo ten pokój musi mieć w sobie cisze, gdziekolwiek będzie. I u nas dzisiaj zrobił się deszcz. Cieszę się że znowu wpadnę do Londynu. Oczywiście - jeśli znowu nie nawale ze zdrowiem. Proszę się tylko nie martwić i zawsze być dobrej myśli. Bo skądże my będziemy czerpali jakiś mądrzejszy oddech i skąd oparcie?

    Serdecznie pozdrawiam, proszę się nie martwic.

    Tadeusz

    6 min
  • 17 maja 1947 | Tadeusz Sułkowski do Kazimierza Sowińskiego

    Calyeley, 17 maja 1947, Sobota, wieczór

    Kochany Kazimierzu,

    od wczoraj nadchodzą listy - wczoraj, od ciebie, dzisiaj od Naglerowej i Gustawa - i to bardzo pakowne w wiadomości. Aż sam nie wiem, od czego zacząć. Chyba od tego, że cieszę się, bo już blisko termin twojego przyjazdu na Wyspę. Jeśli się będę dobrze czuł - pakują teraz we mnie strychninę - 7 czerwca będę w Londynie i posiedzę tam parę dni. W tym bowiem czasie będzie nadzwyczaj­ne zebranie Związku w sprawie pisania i drukowania (nawet książek) pisarzy emigracyjnych - w kraju. Choć, jak widzę i z innych wiadomości, mogą być tam stawiane sprawy nawet bardziej zasadnicze. Ponieważ i we mnie nazbierało się sporo żółci, więc obiecuję sobie wyhałasować się na tym zebraniu do woli. List Naglerowej jest bardzo minorowy. Przygnębienie - widocznie Kuncewiczowa już zawarła umowę z "Czytelnikiem". W Londynie był Borejsza, który kusił, a może nawet skusił Wańkowicza i Jantę! "Przehandlował się” i Zbigniew Grabowski. Używam cytatów, bo na razie nie wiem, co te słowa znaczą dosłownie. Jacek Fryling rozpytywał się, czy Naglerowa będzie dalej kontynuowała "oszczercze" artykuły w "Wiadomościach". W Londynie bawi teraz i Czapski. Niewesoło i u nich. Bardzo mi żal Herminii, bo wszyst­ko to podziałało na nią przygnębiająco. Żebyś miał pełniejszy obraz tego kawałeczka rzeczywistości, opowiem ci z grubsza, o czym pisze Gustaw. Los Instytutu jeszcze nie jest zdecydowany. Albo pojadą w zmniejszonym składzie do Paryża, albo - jeśli wszystko diabli wez­mą - przyjadą do Anglii. Gustaw nie wyklucza - w razie przyjazdu na Wyspę - żadnej ewentualności, bo nie zamierza absolutnie sie­dzieć bezczynnie w obozie. Ta jego "Kultura" niedługo już się ukaże. Ma do ciebie trochę żalu, bo chociaż sam w swoim czasie nie mógł ci przysłać artykułu, bo był bardzo zajęty, posłała ci rysunki Krystyna których ani nie umieszczasz w „Orle”, ani nie odsyłasz jej. W liście nie ma żadnego akcentu niechęci wobec ciebie. Po prostu nie możecie się jakoś dopasować we współpracy, najlepiej będzie jak z tych ry­sunków coś wybierzesz i sam jakoś tę niewyraźną sytuację wyjaśnisz. Przynajmniej ja bym tak zrobił, bo dla mnie nieporozumienie z ja­kimś człowiekiem jest katastrofą prawie kosmiczną, którą bym - nie czekając na nic - chciał zażegnać wszystkimi sposobami. Tak się jakoś złożyło, że nie tylko ja przestałem do Gustawa pisać -od stycznia nie pisałem do zeszłego tygodnia - ale i sporo jego przyjaciół z Anglii. Było mu z tego powodu bardzo przykro, wierzę w to. Z serca cię proszę - pogódźcie się jakoś, bo zdaje się - ja najbardziej na tym cierpię. Wszystkie te wiadomości podaję tylko dla ciebie, piszcie o wszystkim, ale nie chciałbym za nic, by ztej mojej szczerej z tobą rozmowy wyciekało coś na zewnątrz. Pamiętaj o tym, Kazimierzu. Pozdrów Kołonieckiego, jak będziesz pisał do niego. Ludzi coraz więcej wraca do kraju. Widziałem pismo z kurii, czy z biura, Gawliny, żądające zeszytu ewidencyjnego Drewnowskiego - w związku z jego powrotem do kraju. Myślę, że sporo będzie nowości w tym czasie, gdy pojadę do Londynu. A tu jak na złość - niezbyt się czuję i wszystko to bije we mnie z podwójnąsiłą. Wyobraź sobie, że komendant obozu zrobił mi wczoraj nadzieje, że może już niedługo dostanę jakiś pokoik. Sam się z tym do mnie zwrócił. Ano, zobaczymy czy to tylko obiecanka-cacanka, czy też rzeczywistość. Wiosna u nas, od dłuższego czasu, niesłychana. Słońce i zieleń - chyba tak ślicznie było w raju. W dodatku wróżą dalszy ciąg tego zielonego piękna. Napisz, kiedy wyjeżdżasz z Bru­kseli i gdzie się zatrzymasz. Miałem wiadomości, że Montwiłła niedawno widzieli w ambasadzie warszawskiej - jeszcze widać nie wyjechał. Za oknami już noc. Trzeba kończyć. Za parę dni znowu napi­szę. O, taki list, jak ten twój ostatni - to rozumiem. Widzisz, że i ja piszę sporo. Kazimierz, pisz.

    Ściskam

    Tadek

    8 min

About PIASA Archives Podcast

From the publisher's feed

Celem zadania jest stworzenie efektywnej ochrony polskiego dziedzictwa kulturowego zgromadzonego w zbiorach archiwalnych przechowywanych w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku. Projekt przewiduje…