Zaczyna się od prztyczka w nos Johnowi Lennonowi. Pierwsze dwa wersy kpią z jego akcji "Bed-ins for Peace", polegającej na leżeniu w łóżku dla ratowania pokoju na świecie. A dalej mamy do czynienia z jedną z bardziej jawnie religijnych kompozycji Harrisona, który opowiada się za bezpośrednim kontaktem z Bogiem, ponad organizacją kościelną.
Pod wpływem związków z hinduską Hare Kryszna, śpiewa o intonowaniu imion Boga jako środka do oczyszczenia duszy i uwolnienia się od materialnych nieczystości tego świata. Uznaje ważność wszystkich wyznań, ale krytykuje materializm Kościoła katolickiego. Harrison zawsze wierzył, że "można by było uniknąć całego ludzkiego cierpienia, gdybyśmy skupili się na własnych niedoskonałościach, zamiast naprawiać wszystkich innych niczym Lone Ranger”.
Harrison trochę sam sobie zaprzecza, stwierdzając, że "nie potrzeba nam różańców", a wyznał przy pewnej okazji, że inspiracją dla tej piosenki była medytacja Japa Yoga, w której jednak mantry są śpiewane i odliczane na koralikach modlitewnych. No tak czy owak, głównym przekazem jest to, że kluczem do każdej religii jest "otworzenie serca”.
Utwór jest też doskonałym przykładem wpływu legendarnego producenta Phila Spectora, ojca "ściany dźwięku" na aranżacyjny kształt nagrania. A wśród wielu gości: Eric Clapton z gitarą. Muzycznie bez zarzutu, ale potrząsania tamburynem odrobinkę za dużo.