❖Posłuchaj tekstu w interpretacji autora❖ Panie, jak ja do pana leciałem, sam pan rozumie, późno już, a te gnoje bankowe mają do siedemnastej otwarte. Leciałem jak oparzony. Żonkę po drodze zgarnąłem, z przystanku znaczy, i grzejemy do banku, bo według nich, to my chyba za Gierka żyjemy, do trzeciej robimy i wolność. Kwota niby nieduża, co to za kwota jest na te czasy? Panie! Średnia krajowa będzie, a może i to nie. Ale za duża, żeby zwyczajnie, z bankomatu, bo kazali mi zabezpieczyć mniejszą dzienną wypłatę, na wypadek kradzieży karty niby. Podjeżdżamy, panie, pod ten oddział znaczy, ale jak to na osiedlu, między peerelem a kapitalizmem samochodu nie postawisz. Jak nie falowiec, to inny blok mieszkalny albo meblowy sklep, dyskont, fryzjer i bez szans na wciśnięcie. Mówię połowie, żeby szła do kasy, zanim zamkną, a ja tu najwyżej kogoś przyblokuję na moment, bo ile te drobne będzie wypłacać? Nie zdążyłem jeszcze pozycji zająć, a mnie żona za klamkę chwyta, autem szarpie, a blada przy tym, jakby zmarłą teściową zobaczyła, a ta jeszcze jej dostępu do konta pozbawiła, w ramach rekompensaty za utratę syna. Przeraziłem się nie na żarty, bo widzę łzy kobieta ma w oczach. Jak nic nygus jakiś rąbnął jej te krwawicę ciężko zarobioną, wyrwał z torebką, pomyślałem. Ale rozum mnie zaraz wraca, bo nie zdążył wyjść na dobre. Torebkę kobieta gniecie w dłoniach, więc co jest? Przecież nie mogła wypłacić takiej gotówki w trzydzieści sekund! Banku z taką kasjerką, bez kolejki, to u nas nie ma, jak Jana Pawła kocham, panie Mareczku. Nie ma takiej opcji. To się pytam: co jest, kochanie? A kobieta mi na to: „a gówno jest, Jasiu, wiesz?! Te menty, reniferskim cycem karmione, nie mają kasy w banku, rozumiesz? Takie teraz banki, że kasy w nich nie ma. Dosłownie i przenośnie”. Troszkę mnie przymuliło złe słowo w ustach żonki, zawsze ułożonej i grzecznej jak anioł proboszcza, więc się pytam, gdzie ją przenieśli, te kase znaczy? Irenka oddechu złapać nie może z bezradności, bo jej panienka bez okienka powiedziała, że najbliższa kasa w oddziale sześć kilometrów dalej. Ale to jej nic nie da, bo już zamknięta, do wpół do piątej czynna! Jeszcze inna kasa jest w oddziale o dwanaście kilometrów dalej, ale też pewnie do piątej. Panie! To ja już do łba mam za daleko, żeby to pokumać, jak Boga kocham! Gdzie my żyjemy? W dupie Eskimosa? Inteligencji nie starcza, żeby ogarnąć! Zganialiby mnie renifery bankowe jak psa, a swoich pieniędzy nie wydobędę? Chce pan pytać, czemu się z nimi zadaję? Bo mnie przymusili do rachunku jak kredyt brałem. Nie mam potrzeby płacić za prowadzenie rachunku kilku krwiopijcom naraz. Już się przyzwyczaiłem, że mnie szmacą na różne sposoby. O, dajmy na to korespondencja. Wiesz pan jak mnie załatwiają? Żeby mnie poinformować, ile zerżną z konta, w ramach odsetek od kredytu, mają taką agencją pocztową, co jest zawsze zdziwiona, że do pracy chodzę. Doręczyciel informuje mnie co kwartał, że nikogo nie było w domu między 10.00 a 11.30 we wtorek albo w środę i wrzuca awizo. Tyle że z tym awizo, to nie mogę iść do żadnej poczty, zapylam do kwiaciarni. Tak, panie, nie odwaliło mnie jeszcze, na awizo zawsze jest adres kwiaciarni, ale osiem kilometrów od mojego bloku stojącej. Tam uprzejma pani trzyma szafkę na kluczyk między tulipanami, różami i wiankami pogrzebowymi, a w niej pisma polecone i przesyłki. Rejestr odbioru w zeszycie, jak w spożywczaku na krechę. Z takim światowym bankiem przyzwyczaiłem się pracować, panie! Niech Bareja żałuje, że za szybko odszedł, bo „Miś” to przedszkole jak zestawić z tym, co można kręcić w Polsce z Unii Europejskiej. Pan myśli, że takie korporacyjne mendy, w innym banku, lepiej mnie potraktują? Klient im ważny póki nie zwerbują, a potem wiadomo: klient nasz, to srał go pies, niech lata jak durny za swoim i tak nie wyrwie szmalu jak już wpłacił. Prosty przykład jest. Jak te reniferskie żłoby tak mnie potraktowały, capy z roga pojone, ucałowałem Irenkę, uspokoiłem, i mówię