Obejrzałem ostatnio dosyć ciekawy film na YouTube prezentujący obraz polskiego malarza Romana Opałki nazywający się „1965/1-nieskończoności”. Czemu wam o tym piszę? Bo to jedno z ciekawszych dzieł współczesnych, a poza tym naszło mnie [Macieja, dop. Maciej] na filozofowanie, czego dawno nie było w tych wstępniakach.
Do rzeczy. Obraz ten został stworzony pod wpływem natchnienia, jakiego autor doznał podczas przeżywania wydawałoby się prozaicznej, a jednak niezwykłej chwili. Otóż czekając na swoją żonę w kawiarni zaczął liczyć od jednego, w domyśle do nieskończoności. Czynność tą postanowił przelać na płótno. Obraz, jaki powstał, z daleka przypomina szum. Niczym kadr złapany na starym telewizorze kineskopowym, przedstawiającym promieniowanie tła. Kiedy się jednak przyjrzy mu z bliska widać, że to nie naprzemienne, czarno białe, nazwijmy to „piksele”, ale liczby. Namalowane na płótnie białą farbą. Artysta jednak postanowił zużywać całą farbę z włosia pędzla, przed zaczerpnięciem świeżej. Dało to unikatowy efekt zanikania, blaknięcia napisów.
Obrazów powstała cała seria, a do każdego nowego autor załączał swoje zdjęcie z momentu ukończenia dzieła. Upływ czasu widać nie tylko na autoportretach, ale na także całej namalowanej serii. Farba bowiem sama z siebie blaknie, dlatego obrazy przestają być, z roku na rok, wyraziste a same liczby zacierają się. I tu naszło mnie pytanie. Czy nieskończoność istnieje? Jako pojęcie, jak najbardziej. Potrafimy nazwać nieskończoność i intuicyjnie rozumiemy czym jest. Ale czym nieskończoność jest sama w sobie?
Arystoteles mówił o nieskończoności potencjalnej i aktualnej. Potencjalna, to ta, w której zawsze możemy wykonać następny krok, następną czynność i zawsze zostaje nam horyzont dalszych możliwości. Aktualna, to np. pojęcie zbioru liczb, które zawiera w sobie wszystko. Jedno określenia na wszystko. O ile do pierwszej kategorii nie specjalnie jest co dodawać, to druga już daje do myślenia. No bo czy dwa nieskończone zbiory liczb są sobie równe? Da się udowodnić, że zbiór liczb rzeczywistych jest większy od zbioru liczb naturalnych, mimo tego, że oba są nieskończone (tu odsyłam do rozważań Cantora). Czy w ludzkim pojęciu pojęcie nieskończoności ma w ogóle jakiś sens?
Nie będziemy wchodzić tutaj w zagadnienia związane z Teorią Mnogości (pozdrawiam Panią dr Ochal!). W mikroskali, czyli sprowadzając to pojęcie do ludzkiego poziomu, nieskończonością możemy nazwać w dużym uproszczeniu wszystko, czego końca nie jesteśmy w stanie ogarnąć. Rzecz się ma inaczej z początkami. Jawnie przyjmujemy, że wszystko miało swój początek, bo wiemy, że czas miał swój początek. Czas zwalnia wraz ze spadkiem temperatury i teoretycznie w zerze bezwzględnym, kiedy ustaje cały ruch, ustaje też czas. I znów teoretycznie czas też jest skończony. To co tak naprawdę jest nieskończone? Tak nieteoretycznie? Czas ma swój początek i koniec. Biorąc pod uwagę, że to jedyna zmienna definiująca ludzkie życie, czy możemy mówić o nieskończoności w inny sposób, niż tylko teoretyczny? A jeśli tak, to co tak naprawdę przedstawia seria obrazów Romana Opałki? Moim zdaniem poszukiwanie nieskończoności. Naiwną, wręcz dziecięcą, próbą pokazania, czym ona jest. A to daje nieskończone pole do interpretacji!
A przy okazji zapraszam do odsłuchania naszego najnowszego odcinka podcastu, w którym oprócz standardowych newsów i bebechowa, Piotr opowiada o swoich wrażeniach z ostatnimi przygodami pani archeolog Lary Croft, a Maciej narzeka na animkę NinoKuni, która chciałby być Ghibli, ale nie może. Oprócz tego nadrabiamy zaległości Oscarowe. Bawmy się! (W nieskończoność