Praskie Audiohistorie

Praskie Audiohistorie

By Praskie AudiohistorieHistory
Download on the App Store

Praskie Audiohistorie episodes

  • Praskie Audiohistorie e05 Nasz Gambit Królowej
    Praskie Audiohistorie 05 Nasz Gambit Królowej
    Anna Mizikowska: W minionym roku rekordy popularności w sieci bił serial „Gambit królowej” opowiadający historię niezwykle uzdolnionej szachistki… Czy wiedzą Państwo, że w 1928 roku, we wsi Zerzeń pod Wawrem, w rodzinie twórcy i dyrektora miejscowej szkoły powszechnej, urodziła się jedna z najlepszych polskich szachistek? W 2012 roku, kilka lat przed swoją śmiercią, nagrała wspomnienia dla Archiwum Historii Mówionej:
    Maria Mirosława Litmanowicz: Nazywam się Maria Mirosława Litmanowicz z domu Kałęcka. Używam drugiego imienia. Jestem z wykształcenia ekonomistką i mam hobby. Życiowe hobby to jest gra w szachy, co sprawiło, że miałam bardzo interesujące całe życie. Całe życie, bo dosyć wcześnie zaczęłam grać. Nie tylko miałam wiele przygód grając z różnymi osobami w szachy w Polsce i co najważniejsze poza granicami kraju. Zwiedziłam wiele krajów i to bardzo dalekich od Polski dzięki, dzięki szachom.
    W Mongolii orkiestra symfoniczna w hali sportowej witała nas jako szachistki, uczestniczki turnieju. Mam to przed oczami. Cały widok tej sali pełnej, pełnej, wszystkie miejsca były zajęte w tej hali sportowej na otwarciu naszego turnieju międzynarodowego szachowego. W Mongolii graliśmy latem sześćdziesiątego ósmego roku. I opiekował się nami przystojny, sympatyczny Dżam-dżam Szuren (zapis fonetyczny) łucznik klasy międzynarodowej.
    Anna Mizikowska: Zapytaliśmy, jak zaczęła się ta warszawska przygoda z szachami…
    Maria Mirosława Litmanowicz: Nauczył mnie ojciec grać w szachy i chętnie ze mną grywał. Grywał również ze mną ojca przyjaciel, bo grali ze sobą i ja się zainteresowałam, że tak się ładnie zabawiają, to ja też chciałam. Potem znalazłam się w klubie po skończeniu studiów, znalazłam się w klubie szachowym „Ogniwo – Warszawa” i od tego czasu to już zaczęła się zawodnicza przygoda szachowa. Dlatego, że w klubach szachowych wówczas wprowadzili obowiązek... Reprezentacja klubu musiała składać się z siedmiu bodajże mężczyzn i jednej kobiety. Dla…, żeby rozpowszechnić szachy wśród kobiet Polski Związek Szachowy wprowadził taki obowiązek. Wobec tego bardzo poszukiwano szachistek. Przypadkiem spotkałam szachistę z „Ogniwa”, dowiedział się, że ja gram w szachy, to natychmiast mnie prawie na rękach zaniósł do klubu. A tam byłam uwielbiana, to jak mogło mi się nie podobać.
    Poza tym tak się złożyło, że od razu, że nie przegrałam żadnego… Na początku pierwsze dwa turnieje, to były z Mistrzostw Warszawy, obydwa wygrałam, do których mnie zgłoszono. To to również nie mogło nie zachęcić mnie do gry w szachy, skoro nie przegrywałam. I zaczęła się dlatego, tak ładnie się zaczęła, moja przygoda… Zresztą cały czas to jest piękna przygoda. Szachy to jest… Nie wiem, czy może być piękniejsza przygoda. Pewnie może, ale...
    Szachy to jest coś, coś wspaniałego. Coś wspaniałego. Bo dotychczas, przecież już mam osiemdziesiąt cztery lata, a wciąż bawią mnie szachy i wciąż mam piękne, piękne zajęcia z dziećmi dzięki szachom.
    Jakieś trzy tygodnie temu grałam na symultanę na dziesięciu szachownicach w Jedynce na Wilczej. Grałam też w końcu ubiegłego roku mecz również z zawodniczką z Wrocławia, Apolonią Litwińską. Oczywiście… Nie oczywiście, to przepraszam, to jest złe słowo, nie powinnam tego powiedzieć… Ale udało mi się wygrać dwa-zero!
    Teraz się pochwalę, muszę to powiedzieć. Jestem, proszę sprawdzić zresztą w Wikipedii, jestem rekordzistką świata. Napisałam najwięcej książek ze wszystkich! Napisałam najwięcej książek o tematyce szachowej. Bo napisałam chyba 10 tytułów, a 12 tomów. I nikt nie napisał więcej ode mnie!
    Anna Mizikowska: W Internecie znajdą Państwo tytuły wszystkich książek bohaterki tego odcinka. Ta najważniejsza, biograficzna, to „Moja przygoda z szachami”. Poprosiliśmy, żeby Pani Mirosława choć w skrócie wymieniła swoje największe sukcesy sportowe…
    Maria Mirosława Litmanowicz: Tytuł Mistrzyni Polski zdobyłam w sześćdziesiątym ósmym roku, a...
    7 min
  • Praskie Audiohistorie e04 Dzień Babci i Dzień Dziadka
    PRASKIE AUDIOHISTORIE E04
    Anna Mizikowska: W styczniu obchodzimy bardzo ważne święta: Dzień Babci i Dzień Dziadka. Z tej okazji wyszukałam w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi dwa nagrania. Jako pierwsza swoich dziadków wspomina Pani Wanda Iłecka, urodzona w 1914 roku. Jej dziadkiem był Leon Ogórkiewicz, właściciel Fabryki Ślusarskiej (parcela między Brukową, dziś Okrzei a Krowią). A babcia, Maria, wychowywała dziewięcioro dzieci!
    Wanda Iłecka: Dziadek ze mną chodził, chodził w pole, wtedy jeszcze pola były, o chodził z laseczką i opowiadał różne... Babcia miała tyle tych mamek, tyle miała tych różnych… Tam cały dom był pełen ludzi… Bardzo kochani byli, bardzo kochani. Pamiętam, dziadek tak się mną ciągle, żeby Wandzia, żeby Wandzia... A w ogóle mi mówili, jak byłam mała: Dziudzia, Dziudzia i Dziudzia, i w końcu dziadek zaoponował: słuchajcie, zostawcie już tą Dziudzię, niech ona ma prawdziwe imię Wandzia.
    Dziadek był smirny... Słuchaj, jak on tych chłopaków miał tyle, jak on by był taki… O!, trzymał ich krótko. Surowo Jak tam było ośmiu chłopaków?!. Obiad musiał być dwunasta godzina. To dziadek zasiadał pierwszy... Tam było ze dwie kucharki… A babcia tylko kapelusik na główkę i do Elwirki na Stare Miasto… Sznurowany gorsecik i do Elwirki. Bardzo przystojna była zresztą, blondynka. Oczy takie miała... Ale ja już siwą ją pamiętam. Siwiutka, tylko jej się kręciły włosy, więc zawsze miała wiesz, koczek tu i włoski wyciągnięte.
    Dziadek czuprynę miał fajną. O, tylko dziadek później to był już taki, ale jak był młody to był smirny. Czuprynę miał, tak kręciły mu się włosy trochę, falowane, to ja pamiętam, ja. Tak, dobry był, wysoki, zgrabny. ”Marychno, Marychno!” ciągle było. Strofował ciągle babcię. Ona do Elwirki tylko, do siostry tego, to tylko kapelusik na główkę a, dziadek ojca piłował, żeby kupił parcelę i ogródek i ten ogródek, dziadek siedział w ogródku i robił, i kopał i siał, już od rana biegał tam do tego ogrodu, przynosił te warzywa do domu, takie pełen tryumfu.
    Anna Mizikowska: Druga relacja przenosi nas do lat 50., do kamienicy przy Targowej 84:
    Jacek Natorff: Był rytuał po obiedzie, prawda: babcia zmywała, dziadek ze ściereczką naczynia wycierał i tak to już było utarte, prawda, tak jak ja to pamiętam, to to zawsze się to tak odbywało. Z tym, że pracował tylko dziadek, natomiast babcia zajmowała się najpierw wychowaniem córki, czyli mojej mamy, potem wychowaniem mnie i siostry, bo mama pracowała. Natomiast Babcia cały czas prowadziła gospodarstwo domowe.
    Anna Mizikowska: Swoich dziadków: Wandę i Zenona Kozłowskich oraz Zofię Natorff wspomina Pan Jacek Natorff, urodziny w 1947 roku:
    Jacek Natorff: Dziadek do emerytury w zasadzie pracował. Po przyjściu z pracy, prawda, miał przygotowany obiad. Potem, tak jak już mówiłem, to zmywanie tych statków, to był taki rytuał. No i potem, po tym zmywaniu, pamiętam, że siadał w fotelu, zapalał papierosa… Papierosy były takie aromatyczne, lubiłem wchodzić do pokoju, jak ten dymek się taki unosił, prawda… Myśmy mieszkali w tych trzech pokojach, w zasadzie była to rodzina,,, w zasadzie mieszkały trzy pokolenia: dlatego że mieszkali dziadkowie, mieszkała mama – nie z ojcem, a z mężem, mieszkałem ja z siostrą. Także trzy pokolenia. To w trzech pokojach wbrew pozorom nie było to za luźno… Dziadkowie mieli ten pokój największy, prawda.
    I babcia ze strony ojca, czyli matka mojego ojca, mieszkała na sąsiedniej klatce, przez ścianę mieszkanie. U babci imponujący był stół. Stół chyba na 24 osoby, wielki, potężny, prawda, na którym można było śmiało grać w ping-ponga. Był piękny w tym stołowym pokoju, był piękny żyrandol taki… Taki, który można było podnieść do góry albo opuścić, z pięknymi kloszami…Mnie fascynowały mnie te obciążniki, odważniki, za pomocą których można było to przesuwać do góry i do dołu… No i u babci tez było radio takie, prawda, jak się gałki przełączało to się tam kolory zmieniały, prawda… No, jako małemu...
    7 min
  • Praskie Audiohistorie e03 Dwoje olimpijczyków i tajny agent - przedwojenni sportowcy związani z Pragą
    Praskie Audiohistorie E03
    Dwoje zdobywców złotych medali olimpijskich i tajny agent brytyjskiego wywiadu. To przedwojenni mistrzowie sportowi, związani z prawobrzeżną Warszawą. I o nich dziś opowiem.
    Kobiety mają pierwszeństwo: Halina Konopacka przeszła do historii jako pierwsza Polka, która wygrała złoty medal olimpijski dla naszego kraju. Był rok 1928 i Mazurek Dąbrowskiego, odegrany na stadionie w Amsterdamie, idealnie dopełnił obchody dziesięciu lat niepodległości Polski.
    Urodziła się w 1900 roku w Rawie Mazowieckiej, ale dorastała w mieszkaniu przy Grochowskiej 326 w Warszawie. Swoje pierwsze dziecinne zwycięstwo w grze w piłkę odniosła na praskim placu zabaw… Jej starszy brat, Tadeusz, był uznanym sportowcem, piłkarzem Polonii Warszawa, brązowym medalistą Mistrzostw Polski w trójskoku.
    Dziewczęta w tamtych czasach rzadko uprawiały wyczynowy sport. Dwudziestoletnia Konopacka amatorsko grała w tenisa, jeździła na nartach i konno, ale nie myślała o sportowej karierze. Na szczęście wśród jej znajomych znalazł się m.in. Tadeusz Semadeni – członek drużyny pływackiej warszawskiego AZS-u, założyciel Polskiego Związku Pływackiego. To on pewnego dnia 1924 roku zaprowadził Halinę na boisko. Tak to po latach wspominała:
    Lekkoatletyka zaczęła się bardzo dziwnie. Zapoznałam Semadeniego Tadeusza, który mnie przyprowadził na boisko. I tam leżały różne przyrządy, no i każdy przyrząd ciekawość kazała rzucić, biegać, próbować. Po prostu z radości życia i młodości, z przygody, z tego wszystkiego, co sport się powinien składać; zamiłowania do ruchu. No i jak wzięłam ten dysk, to okazało się, że padł jakiś rekord Polski. No to już wtedy mnie wzięli w jakąś ramkę i kazali mi trochę trenować…
    Ten „jakiś rekord”, czyli pierwszy polski rekord świata w rzucie dyskiem, pobiła Konopacka na stadionie na Agrykoli niecały rok po rozpoczęciu treningów. Potem było Mistrzostwo Świata w 1926 roku i wspomniany już medal olimpijski. Przygotowywała się do tych zawodów w Parku Skaryszewskim, na stadionie AZS, który – jako zawodniczka AZS – pomagała budować.
    Wyjechała z Polski we wrześniu 1939 roku. Była jednym z kierowców w konwoju ewakuującym z kraju złoto Banku Polskiego. Organizatorem całej akcji był jej mąż, Ignacy Matuszewski.
    Po wojnie mieszkała w Stanach, kilkakrotnie przyjeżdżała do Warszawy. Jest jeszcze coś, co wiąże Konopacką z prawym brzegiem stolicy. Zgodnie z Jej wolą jej prochy spoczywają na Cmentarzu Bródnowskim.

    O kolejnym wspaniałym lekkoatlecie międzywojnia Muzeum Warszawy stale opowiada w swoim oddziale w Palmirach. Był bowiem jedną z ofiar niemieckiej egzekucji w Puszczy Kampinoskiej w czerwcu 1940 roku.
    Janusz Kusociński był warszawiakiem. Urodził się w 1907 roku. Swoją sportową karierę zaczynał jako piłkarz w wolskim Robotniczym Klubie Sportowym Sarmata. Przypadkiem, na zastępstwie za kolegę, zadebiutował w tym klubie jako biegacz. I od razu wygrał.
    Co go łączy z warszawską Pragą?
    W 1928 roku na grochowskim stadionie Orła rozegrał jeden ze swoich najbardziej pamiętnych i brzemiennych w skutki biegów.
    Do polskiej Reprezentacji i do drużyny Warszawianki dołączył właśnie Stanisław Petkiewicz – biegacz, który dopiero co w barwach Łotwy startował na 5000 m Olimpiadzie w Amsterdamie.
    W tym samym roku, na tym samym dystansie Kusociński triumfował jako Mistrz Polski. Ale na Olimpiadę się nie zakwalifikował… Za to - wkrótce po Mistrzostwach -otrzymał powołanie do wojska.
    Napięcie między rywalami o podobnych możliwościach sportowych ciągle rosło. Sam Kusociński tak to wspominał:
    Dzięki staraniom przyjaciół otrzymuję przydział w baonie administracyjnym III kompanii, która stacjonuje na Pradze. Dowódcą moim jest kapitan Polniaszek, serdeczny opiekun sportowców. Byłem więc zadowolony, że znalazłem się w jego kompanii. […]
    W dwa tygodnie po wstąpieniu do wojska, na boisku Orła na Grochowie odbywały się zawody. Miałem tam startować razem z Petkiewiczem...
    13 min
  • Praskie Audiohistorie e02 "Wiesław Brengos o szkolnym sporcie na Bródnie"
    Dziś w Praskich Audiohistoriach rozwiniemy nieco temat sportu na Pradze, który poruszamy w słuchowisku “Goool!...” dostępnym na stronie muzeumpragi.pl.
    Na muzealny apel - ogłoszenie, że nagrywamy wspomnienia - odpowiedział Pan Wiesław Brengos. Od lat 50. do lat 80. uczył wychowania fizycznego w bródnowskich szkołach podstawowych. Miał niebagatelny wpływ na rozwój szkolnego sportu i młodzieżowych mistrzostw piłki ręcznej.

    Transkrypcja:

    Praskie Audiohistorie. E02


    Anna Mizikowska: Dziś w Praskich Audiohistoriach rozwiniemy nieco temat sportu na Pradze, który poruszamy w słuchowisku “Goool!...” dostępnym na stronie muzeumpragi.pl.
    Na muzealny apel - ogłoszenie, że nagrywamy wspomnienia - odpowiedział Pan Wiesław Brengos. Od lat 50. do lat 80. uczył wychowania fizycznego w bródnowskich szkołach podstawowych. Miał niebagatelny wpływ na rozwój szkolnego sportu i młodzieżowych mistrzostw piłki ręcznej.
    Wiesław Brengos: Po skończeniu liceum pedagogicznego z wyróżnieniem sportowym człowiek wszedł do Warszawy w miejsce, no… Szkoła, stara szkoła, bo szkoła w 1938 roku wybudowana, jako budynek nowy, ale sportowo nieprzygotowany. Boisko - ugór, sala bez wyposażenia żadnego, ponieważ Niemcy tam mieli swój klub i zamieszkali, mieli po prostu kasyno.
    1954 rok. Toruńska 23, szkoła podstawowa nr 42. Po liceum, czyli jako dwudziestolatek, zacząłem pracę w Warszawie, na Bródnie, na Annopolu, w środowisku kryminogennym. Bo obok, no, pozostałości przedwojenne… Bo tam było 56 baraków, wybudowano. I element niepłacący za mieszkania, element kryminogenny, po prostu nie nadający się do środowiska grupowego, do tego… wyrzucano z Warszawy właśnie tam. W tej chwili to już po prostu jest historia.
    Ja nie przyszedłem jako wuefiarz, tylko nauczyciel od wszystkiego. Jedynie śpiewu nie uczyłem. No i po prostu w pewnym okresie wizytacja szkoły jest, ja mam w którejś klasie - bo miałem 2 czy 4 godziny wf-u, miałem wf na holu, bo tam hole były… Wizytator przeszedł, stanął z boku, popatrzył na tą lekcję, poszedł sobie. No i potem awantura w szkole, dlaczego ja wf-u nie uczę. No i po tej wizytacji po prostu mnie zabrano wszystkie lekcje, a dano mi wf. I od tego się zaczęło po prostu. Sala… Sala gimnastyczna 18x9… Sala gimnastyczna! Goła! Bez kosza, bez ochron na szyby. Co można zrobić? Obok… Zaraz po wojnie, dookoła Warszawy, były tak zwane Ochronne Jednostki Wojskowe. I w pobliżu, na Marywilskiej, stała jednostka wojskowa. No i w tym czasie częściowo zaczęli to likwidować. i tam oni mieli, po prostu, salkę pod namiotem. I tam drabinki były. Oni mi dali drabinki… W związku z tym… Fachowców nie ma, no to do rodziców się zwracam: “słuchajcie, czy ktoś może pomóc?” Coś w tym sensie… No to ten, ten… No i załatwiłem drabinki. Ale przy okazji… Stoją stoły pingpongowe. “Będziecie zabierali?” - “no, te dwa nowe weźmiemy”. No to z dwóch stołów kosze, tablice do koszy. Salę wyposażyłem w potrzebne rzeczy. O piłce, o piłce to można było pomarzyć. Piłki to były, jak to mówią na wentyl, pompowane pompką, pompką po prostu. I jeszcze szyte. Nie takie gładkie tylko prosto… Po dwóch latach i tak dalej, zaczęły się ukazywać piłki, po prostu, normalne. Do kosza to dużo później przyszły piłki. Tylko były, po prostu, piłki skórzane. Boiska nie ma. Gruzy. No to trzeba, po prostu, ja opisałem te rzeczy… A ponieważ kotłownia na miejscu, wysypali żużel, no to z tego żużlu stopniowo, stopniowo, bieżnia. Rodzice mi pomogli zrobić skrzynię na skocznię. Piasek, nie piasek, to tam się taczkami woziło. I tak stopniowo człowiek bazę swoją przygotowywał. Proszę sobie wyobrazić, że ja tam zrobiłem lodowisko! Następna sprawa: natryski, no higiena…
    Ponieważ zorientowałem się że tylko by w kopaną grali, tylko to było modne, w związku z tym postanowiłem - mimo że sam nie grałem i nie byłem zaangażowany, zainteresowany - wprowadzić piłkę ręczną. Bo nie potrzeba dużej przestrzeni do ćwiczeń, nie potrzeba ogromnego boiska…...
    11 min
  • Praskie Audiohistorie e01 "Gwiazdka'2020"
    Przed nami Święta. Trochę inne, niż ostatnio, bo w czasie pandemii. W naszym Archiwum Historii Mówionej przechowujemy wspomnienia prażan o poprzednich takich wyjątkowych Wigiliach. Posłuchaj! A potem przyjmij nasze życzenia i muzyczny prezent!


    Transkrypcja:

    Praskie Audiohistorie. E01 „Gwiazdka’2020”

    Anna Mizikowska: Za chwilę zabłyśnie pierwsza Gwiazdka… Te Święta będą pewnie trochę inne, niż zazwyczaj, bo w czasie pandemii.
    W naszym Archiwum Historii Mówionej przechowujemy wspomnienia prażan o poprzednich takich wyjątkowych Wigiliach.
    Mówi pani Elżbieta Piotrowska:
    Elżbieta Piotrowska: W czasie okupacji, to Boże Narodzenie jedne, co ja tak dobrze pamiętam, to było biedne. Choinkę miałam, co prawda. Ale w papierkach to były nie cukierki, tylko zawinięte jakieś takie, czy patyczki, czy kamyczki, czy coś… Nie było…
    Dopiero jak tata wrócił, w 1945 roku, no to już wtedy miałam prawdziwą choinkę. No, ale babcia zawsze się starała usmażyć dorsza. Dorsz kiedyś to była najtańsza ryba. To cały Grochów już na święta… Cały Grochów pachniał drożdżowym ciastem i tym dorszem, bo wszyscy smażyli dorsze, czy robili po grecku, czy robili tak smażone takie...Także każdy się starał i te święta, nawet z okupacji, to tak rodzinnie się spędzało.
    Anna Mizikowska: Róża Karwecka i Elżbieta Jędrych-Pordes wspominają lata tuż po wojnie:
    Róża Karwecka: Święta Bożego Narodzenia są takimi świętami najbardziej rodzinnymi. Prezenty wtedy były bardzo skromne, ale zawsze były bardzo cenne, wykonane przez rodziców najczęściej, ale żeśmy się wszyscy radowali z tego, co otrzymywaliśmy.
    Zajmowałam się choinką, ubieraniem, zabawkami, robieniem zabawek. Na Skaryszewskiej był taki sklep, mydlarnia, w której można było kupić aniołka! Takiego wykonanego z krepiny. Krepina to był rarytas zaraz po wojnie. Robienie aniołka, aniołków, bo nie mógł być jeden, tylko trzeba było, żeby było kilka… No, oczywiście, kupione były ładniejsze. Ale babcia zawsze mówiła, że te, które ja robię to są najładniejsze. Czyli ja starałam się dla każdego zrobić takiego aniołka…
    Elżbieta Jędrych-Pordes: Była choinka i był właśnie ten Mikołaj, który przyszedł i przez okno wrzucał… No pamiętam, oczywiście, dlatego że wtedy dostałam w prezencie pierwszą lalkę! To była z takiego tworzywa, różowa, bardzo piękna. I pierwsza! Ja wcześniej nie miałam lalki.
    Ta lalka to było objawienie zupełnie. jakby z nieba spadła! Ja zresztą wierzyłam, że to Mikołaj przyniósł!
    Anna Mizikowska: Pan Andrzej Wajda opowiedział o świętach w stanie wojennym:
    Andrzej Wajda: To były rodzinne święta, także: ja, żona, syn, synowa i mama. Takie smętne święta, ale tym bardziej czuliśmy się zespoleni rodzinnie.
    Cisza, pustka, bo blok, jedyny, stał w szczerym polu… Tutaj przecież było przedtem lotnisko, wokół porastały chaszcze… A my w tym ciepłym mieszkaniu, w enklawie rodzinnej.
    Wigilia jest wieczerzą postną. A zatem grzyby do uszek, ciasto na uszka, pszenicę do kutii, mak i miód można było dostać bez kłopotu. No, rybę trzeba było wystać w kolejce, ale była. I smażona i w galarecie. Także właściwie wszystkie potrawy tradycyjne na stole się pojawiły. Na drugi dzień też była ta szynka, była gąska, można to było wystać.
    Ja w pracy, syn w szkole, także nie mogliśmy zastąpić żony w kolejce...
    Anna Mizikowska: Tym z Państwa, którzy jeszcze stoją w kolejce po brakujące anielskie włosy… Tym, którzy byli lub będą gośćmi Muzeum Warszawskiej Pragi, zespół Muzeum i Chór Kameralny Sirenes – rezydent naszego Muzeum przesyła dużo ciepła i kolędę!
    Karolina Jusińska: Życzenia zdrowia i pogody ducha nabierają w te Święta szczególnego znaczenia. Życzymy zatem Państwu, i nam również, abyśmy - zahartowani wydarzeniami tego roku - weszli w 2021 rok w zdrowiu i z uśmiechem na twarzy.
    Jolanta Wiśniewska: Wesołych, radosnych Świąt dla wszystkich! I żebyśmy mogli już wkrótce wyjść z domu i wspólnie odkrywać warszawską...
    9 min
  • Praskie Audiohistorie Trailer
    Praskie Audiohistorie.
    Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.

    Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”.
    Będziemy mówić o historii i współczesności prawobrzeżnej Warszawy.
    Posłuchasz wspomnień najstarszych prażan, z nagrań zgromadzonych w naszym muzealnym archiwum, dowiesz się, o czym i jak robimy wystawy.
    Zdradzimy, czego kuratorzy nie pokazali na wystawie - do jakich materiałów dotarliśmy opracowując wybrany temat.
    Czasem coś przeczytamy, coś dopowiemy, coś przypomnimy…
    Żyj z nami dawnym i dzisiejszym życiem warszawskiej Pragi. Szukaj nas na muzeumpragi.pl, na kanałach Spotify, Google Podcasts i Apple Podcasts oraz na muzealnym Facebooku.

    Podkast przygotowuje Anna Mizikowska, kustosz Muzeum Warszawskiej Pragi,
    z towarzyszeniem Zespołu Muzeum.
    2 min

About Praskie Audiohistorie

From the publisher's feed

Praskie Audiohistorie.
Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.

Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”.
Będziemy mówić…