Praskie Audiohistorie

Praskie Audiohistorie

By Praskie AudiohistorieHistory
Download on the App Store

Praskie Audiohistorie episodes

  • Praskie Audiohistorie e25 Sensorycznie
    Anna Mizikowska: Od czasu do czasu w Muzeum Pragi proponujemy Państwu poznawanie prawobrzeżnej Warszawy poprzez zmysły: słuchu, dotyku, wzroku i węchu.
    W 2019 roku Karolina Jusińska zaprosiła Państwa na swoją wystawę „Praga sensorycznie” adresowaną głównie do rodzin z dziećmi i życzliwie przyjętą…
    Dziś Karolina opowie Państwu o jednym z symboli Pragi i zaproponuje kilka ćwiczeń z sensoryki, do wykonania - przez dzieci, ale i przez dorosłych - w konkretnym miejscu. Na przykład w czasie spaceru.

    Karolina Jusińska: Ta praska audiohistoria to próba opowiedzenia o mieście w sposób uważny, bez pośpiechu. Kiedy ostatnio mogliście sobie na coś takiego pozwolić?
    Bosą stopą, gołym okiem, wyostrzcie słuch, węch i na własną rękę zwiedzajcie sensorycznie warszawską Pragę.
    Zacznę od mojego ulubionego miejsca na Pradze, które budziło mój podziw kiedy byłam dzieckiem.
    Miejsce, o którym Wam dzisiaj opowiem, jest bardzo charakterystyczne, to miejsce z historią.
    Warszawska Katedra Metropolitalna św. Marii Magdaleny, czyli po prostu Cerkiew Św. Marii Magdaleny - perła architektury prawosławnej.
    Zbudowano ją kiedy Warszawa znajdowała się pod zaborem rosyjskim, w drugiej połowie XIX wieku, , wg projektu Mikołaja Syczewa, u zbiegu głównych ulic Pragi – dawnej Aleksandrowskiej (nazwanej na cześć cara Aleksandra II Romanowa i ul. Targowej. Jaka Aleksandrowska wiele i wielu z Was zapyta? Chodzi o dzisiejszą al. Solidarności. Zbiegiem lat zmieniała nazwę na Zygmuntowską, al. gen. K. Świerczewskiego, by na początku lat 90. przyjąć już dobrze Wam znaną nazwę al. Solidarności. Upamiętnia ona NSZZ „Solidarność”, stąd nazwa alei pisana jest w cudzysłowie.
    Wracając do cerkwi. Bliskość legendarnego Dworca Petersburskiego końcowej stacji Kolei Warszawsko-Petersburskiej i stacjonującego tutaj wojska rosyjskiego sprawiła, iż cerkiew stała się centrum życia religijnego społeczności prawosławnej w tej części miasta.
    Cerkiew założona została na planie krzyża greckiego orientowanego ołtarzem na wschód. Była pierwszą samodzielnie stojącą prawosławną świątynią Warszawy. Odwiedzający Warszawę w 1876 r. Fritz Wernicki napisał: „Do najpiękniejszych należy tylko jedyny oryginalny Kościół grecki, który znajduje się na Pradze pośród zieleni parkowej prawobrzeżnej Warszawy. W nim dopiero możemy nasycić oko najczystszym, najprawdziwszym, najpiękniejszym stylem bizantyjsko-rosyjskim”.
    Jeśli macie ochotę zobaczyć cerkiew, lub znajdziecie chwilę, by się obok niej zatrzymać, to mam dla Was małe ćwiczenie.
    Proszę Was o wysłuchanie zasad ćwiczenia, które dla Was przygotowaliśmy. Jeśli jesteście w pobliżu świątyni zadbajcie o swoje bezpieczeństwo i upewnijcie się, że nie stoicie na ścieżce rowerowej lub w zbyt bliskiej odległości od przystanku autobusowego.
    Stojąc frontalnie do wejścia głównego świątyni spróbujcie objąć wzrokiem cały budynek. W takiej pozycji w tym właśnie miejscu zamknijcie oczy i wsłuchajcie się w dźwięki miasta, które otaczają budowlę aurą miejskiego pośpiechu.
    Poczujcie ciężar swojego ciała i skierujcie go w dół. Zakotwiczcie się w tym miejscu tak mocno jak od niemal 150 lat trwa tutaj praska cierkiew.
    Odpowiedzcie sobie wewnętrznie na pytania. Co w tej chwili słyszycie? Czy potraficie odróżnić i nazwać dźwięki dochodzące do Was? Dajcie sobie czas na takie działania. Spróbujcie odszukać dźwięki, które wydają drzewa otaczające świątynię. Skupcie się tylko na tym. Czy jesteście w stanie wyłączyć inne odgłosy dochodzące z zewnątrz Was?
    Poświęćcie temu zadaniu chwilę czasu.
    Otwórzcie oczy. Jak się czuliście podczas tego ćwiczenia?
    Stojąc w tym samym miejscu, skierujcie oczy na wejście główne cerkwi. Rysujcie wzrokiem (od dołu ku górze) linie, tak jakbyście chcieli odrysować ręką każdy detal tego miejsca. Proste kreski, łuki, wzory. Czy kiedykolwiek patrzyliście na ten budynek tak szczegółowo?

    Teraz pokierujcie wzrok na szczyt budynku,...
    10 min
  • Praskie Audiohistorie e24 Bazar
    Anna Mizikowska: Dziś zapraszam Państwa do siedziby Muzeum Pragi na nowe słuchowisko ze zbiorów Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi. „Bazar Różyckiego Tam było wszystko”!
    [muzyka], [okrzyki przekupek], [szum bazaru]
    Małgorzata Majewska: - Wszystko można było dostać na Różyckim. I na kila i na metry, i na wagę, i na na łokcie, na wszystko. Nawet dziadka z babcią można było kupić…
    Joanna Mazurek: - Mówiło się Bazar Różyckiego na Pradze się mówiło, Dworzec Wileński wiadomo, że na Pradze, ZOO na Pradze, Kościół św. Floriana na Pradze, Szpital Przemienia na… znaczy tak się łączyło, jak ludzie…
    Magdalena Michalska: - Życie toczyło się na Pradze, Bazar Różyckiego, ten słynny, to było w ogóle miejsce marzeń, gdzie wszystko mogło dostać, wszystko można było zjeść, gdzie byli ludzie życzliwi, jedni drugim pomagali. A co to właściwie to był bazar, to jest właściwie centrum Pragi mieściło się na Bazarze Różyckiego. Tam wszystko było. I charakter miał specjalny ten bazar.
    Elżbieta Strzemińska: - To było okno na świat Pragi. Tam było wszystko.
    Kunegunda Sanir: - Naprawdę był magnesem przyciągającym tu wszystkich. Przez dziesiątki lat z powodu tego bazaru ludzie tu przyjeżdżali.
    Anna Mizikowska: 60 minut nagranych wspomnień prażan, godzinna wizyta na bazarze w czasach jego świetności… W ulicznym hałasie, przerywanym okrzykami przekupek, w gwarze targujących się klientów można usłyszeć niejedną historię.
    Na przykład tę:
    Andrzej Nowakowski: Były różne epizody takie, powiedzmy... Jak naloty organizowane przez Milicję na Bazar Różyckiego. Pamiętam jeden z takich, przychodziłem akurat tą ulicą Brzeską. To to, to co jedni milicjanci zabierali ze straganu - wtedy były te owoce cytrusowe na przykład - przenosili na samochody ciężarowe, żeby to niby do domu dziecka czy coś… To głównie widać było, jak z tych różnych skrzynek ci pozostali kradli, co mogli, po kieszeniach upychali sobie pomarańcze, banany, cytryny… I tak wyglądała, że tak powiem, rzeczywistość likwidowania spekulacji, bo tak to się nazywało wtedy…
    Prażanie i ich bazar… Pani kryjąca się pod pseudonimem Kunegunda Sanir zapamiętała stoisko:
    Kunegunda Sanir: Tam były wiklinowe rzeczy i tam też, pamiętam, ci właściciele to przez wiele, wiele lat mieli te stoiska z wikliną, z koszykami różnymi, z donicami, na kwiaty, ceramiczne takie rzeczy, do domu i na działki, i konewki były i szlaufy…
    Okazuje się, że w naszych zbiorach mamy nagranie Pani Ryszardy Zielińskiej, której babcia była właścicielką tego lub takiego samego stoiska:
    Ryszarda Zielińska: Babcia była przedsiębiorczą, handlową osobą… Miała różne interesy, rozliczne. Właśnie mówię, na bazarze Różyckiego, z tą wikliną, to było olbrzymie stoisko. Miała trzech synów, musiała jakoś ich trzymać w ryzach, bo to byli chuligani nie z tej ziemi…
    Mamy nawet bardzo zniszczone zdjęcie, na którym widać babcię pani Ryszardy w jej królestwie…
    Kunegunda Sanir wspomina też inną kupcową:
    Kunegunda Sanir: Chodziłam do tej pani od bardzo wielu lat. Bliżej Brzeskiej to było. Miała taką skrzynię wielką. I najpierw ona miała to tą skrzynię i swoje to stoisko tutaj, w okolicy właśnie jak drób i warzywa, od tej strony. gdzie teraz toaleta jest… To ona miała tą skrzynię i stare książki kupowała, sprzedawała… Pani Zosia. I bardzo ją z wielkim sentymentem wspominam. Przez wiele dziesiątków lat u niej kupowałam.. Najpierw, jak w szkole, no, jak znalazłam to, po prostu przechodząc natknęłam się, że stare książki... No i zaczęłam tak tam do niej chodzić. I właśnie w języku…, w innych językach obcych też miała, stare książki miała, jakieś o sztuce, i literaturę, i lektury, historyczne, mnóstwo miała we wszelkich rodzajach i gatunkach…. A potem miała w innym miejscu to ten swój punkt właśnie bliżej tam bramy przy Brzeskiej. Już w latach 1996... chyba, jak też no chodziłam, co pewien czas tam - też bardzo często do niej chodziłam oglądać, kupić coś - i potem...
    7 min
  • Praskie Audiohistorie e23 Fantasy na starej Pradze
    Co jakiś czas w Praskich Audiohistoriach polecam książkę o Pradze. Tym razem polecam zbiór opowiadań urban fantasy, fantazja miejska, science-fiction “Praskie opowieści” Tomasza Bocheńskiego, zlokalizowane w centrum starej Pragi, w okolicach Ząbkowskiej, Brzeskiej, bo stąd pochodzi autor…
    Książka ukazała się we wrześniu 2012 roku. Jeżeli kogoś z państwa zainteresuje, to jeden egzemplarz mamy u siebie w czytelni na Pradze, zapraszamy państwa, zawsze można wpaść, umówić się, przeczytać tę książkę.
    Natomiast ja państwu dzisiaj przeczytam kawałeczek jednego opowiadania. Mam nadzieję że państwa wciągnie i będziecie chcieli wiedzieć, co jest dalej…
    Cytat: No dobra, opowiem... Tego dnia, szanowna publiko, nie byłem w najlepszym nastroju. No wiecie, jak to jest, gdy was ukochana kopnie w dupę. Nie, miłe panie, ja niczego nie sugeruję... Opowiadać? Się robi. Właściwie standardowo po takim zdarzeniu powinienem się upić w trupa, a potem powtarzać zabieg aż do całkowitego zaniku sieci neuronów odpowiedzialnych za uczucia wyższe. Zyskałbym na dzielnicy wierne grono przyjaciół, trwały alkoholizm i wszystko byłoby git, czyli normalnie. Ja jednak postanowiłem być oryginalny. Taak... Kategorycznie odmówiłem chlania, budząc niepomierne zdumienie kolesiów; tacy byli współczujący, że chcieli stawiać, sądząc, że groszem nie śmierdzę, i ze zgrozą przyjęli odmowę. Ostatnio jeden kumpel zaniechał picia, a rano znaleźli nieboraka wiszącego na żyrandolu. Ząbkowska i nawet część Brzeskiej przypuszczały, że zmierzam w ślady wisielca. Cóż, ludzie na Szmulkach są w porządku, czasem jednak zbyt konserwatywnie podchodzą do świata. Jesteś nieszczęśliwy – napij się wódki. Szczęście cię rozpiera – stawiaj gołdę. Nie wiesz, czy jest tak, czy siak – walnij setę, rzecz się wyjaśni. A Maryjka zamieniła mnie na jednego palanta w garniturze: „Bo on nie pije tak jak ty”. Pewnie nie, a oprócz tego miał brykę i prowadził prywatny biznes. Jak mogłem z nim rywalizować? Powiedzcie. Ale postanowiłem zmienić coś w życiu. Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to wyremontować chałupę. Umęczę się, myśli zajmę, a efekt pozytywny będzie. I postąpiłem jak w starym dowcipie o kupowaniu samochodów; pamiętacie: facet nabył dziurkowane rękawiczki i do nich dobierał limuzynę. Tak i ja, zwiedziwszy targ staroci na Kole, powróciłem z łupem. Dźwigałem dumny i prawie szczęśliwy aparat telefoniczny, gdzieś tak na oko z lat dwudziestych. Ździwko widzę w oczach przepięknych. Że telefon? Miła, jak go odczyściłem i ustawiłem w przedpokoju, to całe pomieszczenie aż blasku nabrało. Wysoki, srebrny, ze słuchawką wykładaną szlachetnym drewnem – jedyny sprzęt z klasą w całym zapuszczonym mieszkaniu. Komórki? No nie, bracie – wtedy, w połowie lat dziewięćdziesiątych, występowały rzadziej niż śnieg w maju. A drogie tak, że nawet nowy men Maryjki – Tadek w Garniturze, mocno się w łeb pusty drapał, czy zabawkę nabyć. Napatrzywszy się na telefon, ruszyłem do przesuwania gratów. Komody przepchnąć nie mogłem, trzeba było wybebeszyć ciężkiego grzmota. Skończyło się na tym, że zasiadłem na podłodze pośrodku pokoju, obłożony skarbami i pamiątkami rodzinnymi. A w lodówce znalazłem dwa browary. Piwo do sześciu sztuk to przecież nie alkohol. Nieprawdaż? I tak jakoś zrobiło mi się trochę lepiej. Z zapałem wertowałem albumy ze zdjęciami, coraz bardziej zagłębiając się w przeszłość. Nie rozpoznawałem twarzy, ale szczęściem fotografie opisano, i to dość skrupulatnie. Jedna fotka zaciekawiła mnie niezmiernie, aż wyjąłem sepiowy kartonik, by obejrzeć go dokładnie. Przodek w tużurku i sztuczkowych spodniach, gładko uczesany z przedziałkiem, siedział na krześle z powagą wpatrzony w obiektyw. Zdjęcie solidne, podklejone grubym kartonem, na plecach miało wyraźną pieczątkę: nazwisko fotografa, adres i numer telefonu. A nawet ręcznie wypisaną datę. Obracałem zdjęćko w palcach, nadsłuchując. Niestety, piękny aparat telefoniczny milczał przez cały wieczór. A ja, nie ukrywam, czekałem w napięciu. Może Maryjka...
    13 min
  • Praskie Audiohistorie e22 Obozy harcerskie
    Anna Mizikowska: Nie wiem, jak Państwo, ale ja coraz częściej myślę o wakacjach. Ciekawe, w ilu domach na Pradze dzieci przekonują właśnie rodziców, żeby je puścić na obóz harcerski? A może dziś to rodzice przekonują „pojedź!”?
    Kilkoro harcerzy z praskich drużyn podzieliło się z naszym Archiwum Historii Mówionej wspomnieniami ze swoich pierwszych obozów.
    Stefan Romanowski i Bogumiła Sajkowska opowiadają o czasach tuż po II wojnie światowej:
    Stefan Romanowski, AHM: Na 1 obozie, który tak wspomniałem, to też było ciekawe. To były inne czasy. Było nas 40, podjechała ciężarówka, tylko taka, jak dawniej była, to już jej nie ujrzycie, takie radzieckie. Ładowaliśmy sprzęt, ile można, nie było namiotów, mieliśmy jeden malutki namiot. Pytanie, jak pojechaliśmy na obóz, to za chwilę. Ileś tam tego sprzętu załadowaliśmy, swoje plecaki, swoje osobiste wyposażenie, 40 wsiadło potem i tak jak to na filmach możecie to oglądać wojennych, tak się jechało. Dzisiaj to by pozabijali, policja by pozabijała, i kierowcę i nas wszystkich. Na obóz pod Piaseczno. A pod Piasecznem mieliśmy w takim ośrodku, w gospodarstwie prowadzonym przez zakonnice, a naszym lokum była potężna stodoła i myśmy w tej stodole. A tak pokazowy mieliśmy taki maleńki namiocik z pałatek zorganizowany, stół był wykopany ziemny. Z tym, że ja tam byłem tylko oboźnym. A komendantem moim obozu, bo ja miałem wtedy, nie miałem 18 lat, miałem 17,5. Był phm. Jan Cichosz, ksiądz. Obóz trwał 2 tygodnie, ale ksiądz, i komendant i ksiądz Cichosz był 1 dzień na obozie, a ja pozostałych 13 prowadziłem samodzielnie. Co ciekawego stamtąd. Przeżycia różne, jak to harcerskie, zajęcia. Ale mieliśmy taką jedną bardzo ciekawą noc. Nie wiem, czy państwo wiecie, był taki okres zaraz po wojnie, jak nasi wyzwoliciele pędzili całe stada krów z zachodu aż do Związku Radzieckiego. Przyszła taka jedna noc, że 250 krów, zatrzymali się w tym folwarku, gospodarstwie. Wtedy nas nawet z tej stodoły powyrzucali, musieliśmy iść gdzie indziej, bo oni musieli zabezpieczyć. Taka przygoda była, charakterystyczna na ówczesne czasy.

    Bogumiła Sajkowska, AHM: Wstyd mi jest, ale nie pamiętam, jaka to była drużyna. Od pani Rzeszotarskiej byłyśmy na obozie w Jaszczurówkach, to było zaraz po wojnie, to było bardzo siermiężnie, niektóre namioty były z Unry, a te polówki były takie fajne rozkładane, takie z drewnianymi, takie naciągane drewniane. Też były z Unry. Oczywiście odrębnie były drużyny żeńskie i drużyny męskie i obozy były też odrębne i ja byłam dzieckiem obozu.
    Ja spałam w odrębnym namiocie, w takim namiocie, niby tym PCK i czerwony krzyż był na wierzchu, ale nikogo nie było w nim. Ja tam spałam, jako dziecko tego obozu. I te cholerne chłopaki mnie ukradli razem z tym łóżkiem. No i moi mili, ja się w ogóle nie obudziłam. No tak. Zanieśli mnie do obozu do siebie, jak ja otworzyłam oczy, to ja byłam zupełnie nie tam, gdzie powinnam być. Ale nasze dziewczyny się postarały, podkradły chłopakom, ukradły raz to totem poszedł, a drugi raz nie wiem, coś tam jeszcze i była uroczysta wymiana. Ja była ta uroczysta wymiana pamiętam, takimi, za co leśniczy strasznie się gniewał, bo mu połamali gałęzie w jakimś świerku czy coś, taką linię demarkacyjną zrobili no i oni mnie z jednej strony nieśli na tym łóżku, ja musiałam leżeć w tym łóżku oczywiście, a tutaj z drugiej strony tej strony tej elegancko i taka była wymiana. To jest nie do zapomnienia. To się będzie pamiętało zawsze. A widzicie, jaka była drużyna nie pamiętam.

    Anna Mizikowska: Na porządnym obozie musi być chłopak, do którego się wzdycha… I trzeba się czegoś nauczyć…
    Barbara Prószyńska wspomina obóz harcerski z 1956 roku:
    Moja przyjaciółka już się zapisała i ja też. I pojechałyśmy już w sierpniu na obóz harcerski. To było zgrupowanie hufca Grochów nad jeziorem Nidzkim prowadzone przez dh. Szypowskiego Mirosława, który został nazwany w takim echu obozowym „syn hrabiego Monte Christo”. To było charakterystyczne,...
    10 min
  • Praskie Audiohistorie e21 O pracy z dźwiękiem
    Anna Mizikowska: 18 maja to Światowy Dzień Muzealnika. Z tej okazji zdradzę Państwu trochę muzealnej „kuchni”, związanej z pracą z dźwiękiem.
    W tym podcaście korzystam z nagranych wspomnień prażan. Gromadzimy takie relacje od 2008 roku w Archiwum Historii Mówionej. To około 500 godzin nagrań, bo każda taka rozmowa trwa od 2 do nawet 20 godzin.
    Z tego bogatego zbioru wybieramy kilkuminutowe fragmenty. Część z nich znajdziecie na stałej wystawie Muzeum Pragi. Inne trafiają na wystawy czasowe, dopełniają opowieść albo są samodzielnym eksponatem.
    Czasem praska opowieść jest tak barwna, że wystarczy słuchać, a wyobraźnia sama maluje obrazy. Jak we wspomnieniu Pana Jacka Natorffa:
    Jacek Natorff, AHM: Na Targowej było sporo knajp. Były kawiarnie. Była taka mordownia, proszę Pani. Mordownie, to się nazywało takie, takie, wie pani, knajpki takie, gdzie tam na stojący wypijało się setę i dyżurnego śledzia podawali, prawda - bo przymus był taki, że trzeba było do sety zakąskę wziąć. No, to pani bufetowa zawsze pytała, prawda - no, to już są późniejsze lata, prawda, lata siedemdziesiąte - pani bufetowa pytała: - Śledź do zjedzenia, czy dyżurny? - No, dyżurny, no. No, to spod lady wyciągała talerzyk z nadgryzionym śledziem, prawda, stawiało się to obok siebie, wypijało się setę, i oddawało się śledzia z powrotem.
    Anna Mizikowska: Zawsze staramy się nagrywać relacje historii mówionej w ciszy, żeby zapewnić im jak najlepszą jakość. A jeśli już ujawniam kulisy tej pracy: montowanie rozmowy z tłem dźwiękowym trwa dłużej i jest trudniejsze…
    Czasem jednak dźwięki, które towarzyszą nagraniu i które trudno wyeliminować – są same w sobie wartością. Ubarwiają przekaz.
    Pan Marek Drzażdżyński opowiadał nam o swoim życiu zegarmistrza w swoim miejscu pracy, na Saskiej Kępie. Posłuchajcie, jak pięknie grały zegary w tle tej rozmowy…
    Marek Drzażdzyński, AHM: Ja od najmłodszych lat miałem do czynienia z zegarkami, ponieważ przychodziłem, przynosiłem ojcu obiad, nawet taki nawet jako taki młody człowiek mieszkający jeszcze na Grochowie i widziałem, jak ojciec pracuje, tam sobie grzebałem w kółkach, trybikach. Przyszedł moment, że zaczął mi dawać budziki do naprawy. Więc ja je rozkładałem, składałem, czyli od najmłodszych lat miałem do czynienia z taką mechaniką precyzyjną. Do Szkoły Rzemiosł Artystycznych uczęszczałem, do której trzeba było zdać egzamin nawet. Pomimo, że była to szkoła zawodowa, ale trzeba było zdać do niej egzamin. Ponieważ to była szkoła, która zrzeszała zegarmistrzów, grawerów, złotników, tapicerów, kowali artystycznych. To były takie zawody artystyczne. No i do klasy zegarmistrzowskiej zdawałem.
    St.K.: Gdzie ta szkoła była?
    M.D.: To było na Sandomierskiej. Już w tej chwili jest zlikwidowana, jej nie ma. Przeniosła się z czasem na Włościańską, ale ja jeszcze jestem tym rocznikiem tym przedostatnim z ulicy Sandomierskiej. Nie bardzo nawet chciałem iść do tej szkoły, ale pod presją ojca, że tak powiem, poszedłem, ponieważ on ten zawód wykonywał i miał aspiracje, żebym ja również, żebym ten zawód się nauczył.
    Pojedyncze są zakłady zegarmistrzowskie, które pokuszą się i są w stanie wykonywać naprawy jakiś zegarów antycznych. Ja mówię jeśli chodzi o naprawę zegara antycznego, to taki zegarmistrz to nie jest tylko zegarmistrzem. Bo to jest tak – ślusarz, kowal, stolarz, historyk sztuki i na końcu zegarmistrz, do tego wszystkiego. Żeby taki zegar naprawić poddać jakieś konserwacji, renowacji, no to żeby to było zgodne ze sztuką zegarmistrzowską starą, aczkolwiek przychodzą do mnie klienci, którzy chcą w stary zegar wstawić zegar kwarcowy. Zrobić taką hybrydę. Co w moim przypadku to jest bolesne bardzo, ale no też robię.
    Muzeum Pragi: To ze względów finansowych, podejrzewam.
    Marek Drzażdżyński, AHM: No tak, bo te naprawy są nie tanie, ale za to jak uratujemy to pięknie bije, pokazuje nam czas. Poza tym pokoleniowo możemy przekazać taki zegar. Dbając o niego, przekażemy go...
    11 min
  • Praskie Audiohistorie e20 Życie w ZOO na Pradze
    Anna Mizikowska: Wiedzą już Państwo, że 12 maja rusza w Muzeum Warszawy nowa wystawa? „Zwierzęta w Warszawie. Tropem relacji” o obecności zwierząt w historii miasta i o relacjach ludzie-zwierzęta.
    Dla Pragi takim miejscem obopólnych relacji jest m.in. ZOO.
    W 2010 roku Maria Szymańska nagrała dla naszego Archiwum Historii Mówionej wspomnienia Ryszarda Żabińskiego o przedwojennym spokojnym życiu w rodzinie dyrektora Ogrodu Zoologicznego, w willi na terenie tegoż ogrodu. I o wojennych losach rodziny. Oto fragmenty tej rozmowy.
    Ryszard Zieliński, AHM: Rodzina jest w ogóle warszawska. To znaczy na Pradze mieszkaliśmy... znaczy ojciec zaczął mieszkać jak został dyrektorem Ogrodu Zoologicznego. Ja się tam urodziłem, no nie dosłownie w Ogrodzie, ale w każdym razie, w każdym razie mieszkałem już od niemowlęcych lat w Ogrodzie. Ojciec został w 1929 roku dyrektorem Ogrodu, no i zaraz potem ja się urodziłem, to znaczy zaraz potem. Jak zaraz potem. W każdym razie w 1932 roku się urodziłem. No i przez wiele lat mieszkałem w Ogrodzie. To znaczy z rodzicami. Do 1953 roku. W tym momencie ojciec przestał być, to znaczy dokładnie to w 1952 roku chyba przestał być dyrektorem Ogrodu.
    Stoi ten dom, to jest pierwsza rzecz. W Ogrodzie. To jest willa, to jest piętrowy budynek dosyć duży. Pomieszczenia no... tradycyjne kuchnia, salon, gabinet ojca, takie pomieszczenie do zebrań powiedzmy administracyjnych, tego typu no... no i na piętrze właściwie dwa czy trzy pokoje, sypialnia rodziców, mój pokój. Była piwnica tak trochę przystosowana częściowo do trzymania zwierząt. Ojciec miał powiedzmy, swoje miejsce takie, znaczy nie gabinet, ale taką pracownię, w której miał też jakieś tam swoje przyrodnicze badania, i mikroskop i powiedzmy jakieś tam typowe przyrządy, którymi się posługują zoo…, nie tyle zoolodzy ale w ogóle badacze, no bo w końcu był naukowcem przy tym wszystkim.
    Trzeba powiedzieć jedną rzecz, że nasz dom, powiedzmy, z racji tego, że, no to była po pierwsze inteligencja powiedzmy... ojciec miał dużo znajomych artystów, którzy też przychodzili do Ogrodu i ... była pani Magdalena Gross rzeźbiarka, która rzeźbiła. Się zaprzyjaźniła z domem, zresztą ona była też jedną z osób, które żeśmy ukrywali w okresie okupacji. Znał malarza Henryka Stażewskiego, tego co tutaj stoi rysunek jego... także to był taki dom trochę artystyczno-, wie pani, na różne kierunki... naukowo- artystyczno-, powiedzmy, normalny. No i jeszcze dodatkowo właśnie w tym otoczeniu zwierząt. Pawie ryczały zresztą tak jak i w Łazienkach, ale, albo tam lew zaryczał, albo jakiś tam hipopotam coś tam sobie hih...
    Co tam robiłem? Nic nie robiłem, bawiłem się zajęciem się jakimś stworzonkiem będącym… czy wyjściem z nim na spacer, jeżeli to trzeba było zrobić, czy dać mu jeść... To takie, takie no powszechne, powiedzmy to, działania.. Było bardzo fajnie, no bo... w takich warunkach miejskich mieszkać w takim z kolei, z kolei miejscu jak Ogród no to bardzo fajna zabawa. Właściwie prawie jak na wsi. No jeździłem tam na kucach, na... bawiłem się... miałem taką przyjaciółkę szympansicę, która się ze mną bawiła. No i tak wyglądało powiedzmy moje życie do 1939 roku.
    W trakcie wojny to w ogóle było trochę inaczej. Bardziej ruchliwie. Z tej racji, że, że my żeśmy, ja mówię, my żeśmy... to głównie rodzice. W każdym razie żeśmy, ja w części też.... opiekowali się Żydami. Także, że przez... w okresie okupacji to przez do się przewijało sporo osób. I z racji i żydowskich... pochodzenia żydowskiego i nie tylko bo... no bo też byli… ukrywani po niektórych akcjach Akowcy. To znaczy... znaczy się po jakiejś dywersyjnej akcji żołnierze... znaczy żołnierze... no AK. Znaczy to, to okres okupacji, to bardzo już jest taki specyficzny zresztą, no na ten temat to z kolei już matka napisała książkę pod tytułem „Ludzie i zwierzęta”.
    Maria Szymańska: A jak pan odbierał tę sytuację, bo pan przecież jeszcze był zupełnie młodym chłopcem, prawda? Czy pan był...
    16 min
  • Praskie Audiohistorie e19 Muzeum Grochowskie
    Dziś mamy dla Państwa cymes: Autor książki nagrał specjalnie dla Muzeum Pragi jedno ze swych opowiadań. Gwarą!
    Gwarę warszawską państwo lubią, to wiemy… Przemysława Śmiecha, autora książek „Mowa z Grochowa” i „Na drugie nóżkie”, felietonistę Miesięcznika Stolica państwo lubią, to też wiemy…
    Czyta Przemysław Śmiech:

    „Muzeum Grochowskie”
    Zeszłem do piwnicy, ponieważ moja notoryczna małżonka kazała mi, pardons, poprosiła mnie o przyniesienie kompotu z renklod, gdy nagle usłyszałem własnoręcznie jakiś hałas. Po zbliżeniu się do jego źródła okazało się, że to mój sąsiad, pan Benek, przeprowadza w swojej piwnicy renament.
    – Szaconek, panie Benku. Z powodu dlaczego spędzasz pan wolny czas wśród słoików, starych pudeł, rupieci i tem podobnej martwej natury?
    – Zdobywam zasługi na niwie kultury.
    – Nie rozumiem.
    – Już wyszczególniam. Jak pan wiesz przy ulicy Targowej trwa budowa Muzeum Warszawskiej Pragi.
    – Przepraszam za pardon, panie Benku, ale co nam do tego?
    – Teraz ja nie rozumiem.
    – Sam pan tłumaczysz różnem lebiegom, że nasz rodzinny, mlekiem i mniodem płynący Grochów to jedna para kaloszy, a zaś przeciwnie Praga – druga para, czy też wszak nie?
    – Detalycznie tak, ale jeżeli o wiele rozchodzi się o muzeum to nie bądź pan taki szczególarz. Jakby tak Praga, Grochów, Gocławek czy Bródno mniały swoje muzeum to posiadałbyś pan czas je wszystkie obskoczyć? Lepiej, żeby kulture z całego naszego brzegu zebrać na, pardons, kupe w jednem miejscu, żeby z tego jednego miejsca rozchodziła się na cały świat. Podpierasz pan takie stanowisko?
    – W całej rozciągliwości. Ale skoro jeżely w jednem miejscu, to takie miejsce już jest na Starówce – muzeum całej naszej kochającej stolycy.
    – Masz pan racje bytu, ale chyba prawa strona powinna mieć swoją placówkie, gdzie obywatele mogliby obcować z historycznemi pamniątkamy?
    – Musowo. Ale ja jeszcze nie rozumiem co ma kultura do piwnicy?
    – Oj panie sąsiedzie, szkoły podstawowe masz pan za sobą, a o takie rzeczy pan pytasz. W tej skromnej piwnicy przed pańskiem zwrokiem co się roztacza?
    – No co, słoiki, połamane meble, pajęczyny…
    – Zabytki się przed panem szanownym roztaczają. Byłeś pan kiedyś w muzeum?
    – Owszem, jako małoletni pętak.
    – Więc pamiętasz pan chyba te wszystkie skorupy, biżuterie i inne starożytne utensylia? W ten sam deseń będzie w naszem muzeum i każden jeden patriota grochoski ma psi obowiązek dostarczyć tam eksponant.
    – A jakie pan ma eksponanty panie Benku?
    – Poprosze o chwileczkie uwagi. Widzisz pan to krzesło?
    – To połamane?
    – Tak. Czysta secencja.
    – W jaki sposób?
    – W taki, że na oparciu mają zaszczyt figurować kwiatki i inna roślinność.
    – A z powodu dlaczego panie Benku trzyma pan taki mebel?
    – Z powodu, że to droga memu sercu pamniątka miłosnej pożogi mojej Tereni. Zdarzyło się albowiem kiedyś, że omal się nie pośliznąłem na wyboistym szlaku małżeńskiej wierności.
    – Omal? Sumienie się obudziło?
    – Nie, mąż wcześniej wrócił. Dałem nogie przez okno, ale Terenia i tak się o wszystkiem dowiedziała i potem robiła mi wyrzuty między innemi za pomocą tegoż krzesła.
    – A ta niedwabna marynarka z oderwanem rękawem i esem floresem w poprzek?
    – A to zabytek z wesela mojego rodzonego szwagra. W takiem garniturze czciłem jego gorzko, gorzko. Rękaw oderwany nawskutek towarzyskiego kwowadis, esy floresy to ślady po sosie koperkowem, najlepszem jaki miałem zaszczyt konsumować.
    – A gdzie są spodnie?
    – Nie wiem. Spodnie okrywa mrok tajemnicy.
    – A te słoiki panie Benku?
    – Ostrożnie, nie podchodź pan, bo koty tu się szwendają i możesz pan wdepnąć w, za przeproszeniem, nieprzyjemność. Cóż mogie tu zaznaczyć? W tech słoikach figurują pokarmy, któremi pokrzepia się tubylcza grochowska ludność. Grzybki marynowane, ogóreczki kiszone, bigosik… A wiesz pan co?
    – Co panie Benku?
    – Tak sobie pomyślałem, że nie mogie...
    10 min
  • Praskie Audiohistorie e18 Tańce, dechy, zabawy
    Anna Mizikowska: W tym tygodniu wypada Światowy Dzień Tańca. To dobra okazja, żeby posłuchać, o tańcach na Pradze. Gdzie tańczono? Do jakiej muzyki? W jakiej atmosferze?
    Na początek wspomnienie Pana Władysława Perkowskiego z początku XX wieku – suknie, kapelusze, kwiaty… I orkiestra dęta…
    Władysław Perkowski, AHM: W parku Skaryszewskim byłem na takiej uroczystości, która właściwie miała na celu… to było pewnego rodzaju święto wiosny. Albo powitania lata, jak kto woli. To się nazywało korso. Korso to była… pokaz samochodów. I to przyjeżdżały samochody typu torpedo więc bez tych, nadwozia, tylko otwierane te budy były, otwierane samochody. Były pięknie ukwiecone, ale to kwiatów tak, że prawie samochodu nie było widać. Tam było dużo kwiatów. I te samochody przyjeżdżały do parku Skaryszewskiego. Tam, w tej głównej alei się tam ustawiały. I… oczywiście była tam i orkiestra, ale przeważnie dęta. Bo dęta orkiestra to była najlepiej słyszana, więc to było najlepiej… najlepiej dęta. Była tam sala taneczna. Podium takie właściwie, z desek zrobione, do tańca.
    Tymi samochodami przyjeżdżały pięknie ubrane, elegancko ubrane panie. Damy. Ale to tak było. Więc długie takie krynoliny, długie, widać, że to wielowarstwowe suknie. One były upięte tak dosyć, zawsze wysoko, tak prawie pod same piersi. Ale tutaj później była bluzeczka albo… kontrastowa w kolorze, bo to było bardzo barwne. I teraz ta bluzeczka była albo biała, albo różowa, albo niebieska. W różnych kolorach, poza tym albo był pełny materiał, albo ażurowy. Świetnie. Oczywiście żabociki przy… nie. To wtedy, jak były długie rękawy. Ale one miały krótkie rękawy i takie jeszcze bufiaste tutaj. Rękawiczki takie długie, długie. I były albo białe, albo kolorowe, ażurowe. I oczywiście musiało to być…
    Poza tym kapelusze. Kapelusze, wielkie: ronda, i to właściwie były klomby, nie kapelusze. Na tych kapeluszach było tak mnóstwo kwiatów, myślę, że sztucznych raczej, ale to takie bukiety całe były. I jeszcze z woalką albo podniesioną, albo opuszczoną, rozmaicie.
    Oczywiście obowiązkowo i koniecznie były lorgnon. Lorgnon to były takie okulary na rączce, które się tylko przystawiało do oczu i się tam patrzyło na co, tam, tego… Poza tym oczywiście obowiązkowo parasolka. No, to było na takich cienkich, to nawet są do dzisiejszego dnia jeszcze takie parasolki o bardzo niewielkiej średnicy, ale musiała być otwarta. I z parasolkami panie chodziły, żeby słońce nie… nie zniszczyło im jasnej, mlecznej, białej, oczywiście białej koniecznie, bo modne były tylko jasne cery, nie były opalone. Opalona to była ordynarna. I tak.
    No i te panie sobie tam chodziły, a panowie… no, panowie przeważnie w słomkowych kapeluszach i nie mieli okularów, tylko binokle. A binokle to były takie okulary, które tu były zapinane na takie sprężynki na nosie. I jeszcze ze sznureczkiem takim czarnym, to były takie charakterystyczne. Nawet widziałem też przez jakiegoś malarza portret jakiegoś mężczyzny i okulary… To ten czarny sznureczek był zawsze bardzo taki interesujący. No, a poza tym w surducie, oczywiście przeważnie sztuczkowe spodnie, wie pani, co to są sztuczkowe spodnie? W długie takie, białe, jasne paseczki. To były… czarny materiał, ale w jasne paseczki. Także w sumie one były takie właściwie szare. No i… no, oczywiście z laseczką koniecznie. No więc jest tam zabawa. I humor… no, to był rzeczywiście rozbawiony tłum po prostu.
    Anna Mizikowska: Tuż po II wojnie światowej, w zupełnie innej rzeczywistości, Ryszarda Zielińska uczyła się tańczyć u znanej przed wojną tancerki:
    Ryszarda Zielińska, AHM: No więc takie jakieś prywatne były szkoły, jakieś kursy, ja pamiętam też, chodziłam, taka rosyjska jakaś baletnica na Wileńskiej ulicy mieszkała, w pojedynczym pokoju prowadziła szkołę. Mieszkała w tym pokoju, myśmy tam chodziły grupkami po cztery, po pięć, bo więcej byśmy nie miały miejsca jak ćwiczyć. Nazywała się Nina Zabojkina. I ona uczyła nas tańca, ja długo nie chodziłam, bo mnie...
    14 min
  • Praskie Audiohistorie e17 Żydzi z Pragi
    Anna Mizikowska: W 1940 roku Niemcy stłoczyli prawie pół miliona Żydów w otoczonym murem getcie warszawskim. Skazali ich na śmierć z głodu, wycieńczenia, w egzekucjach. W 1943 roku rozpoczęli planową likwidację getta.
    19 kwietnia 1943 roku Żydzi stanęli do bohaterskiej walki. Powstanie w getcie warszawskim, mimo nieporównywalnej siły wroga, trwało miesiąc!
    W 78. rocznicę tych wydarzeń sięgam do Archiwum Historii Mówionej naszego Muzeum, żeby przypomnieć kilkoro z ponad 20 tysięcy Żydów, zamieszkujących przed wojną prawobrzeżną Warszawę. Tych zwyczajnych ludzi, którzy potem - przez rasizm i politykę nienawiści – trafili do getta. Pomyślmy o tym…
    AHM 1: Co pamiętam z tych młodych lat przed rozpoczęciem wojny: pamiętam piękne spacery z moją babcią, kiedy dochodziłyśmy do ulicy Jagiellońskiej… Tam na ciemno ubranych, biegających szybko ludzi, w berecikach… Nie wiedziałam, kto to i co to. A babcia mi mówiła: „masz być grzeczna, bo to są ludzie, którzy się modlą. A zobacz, panowie w kapeluszach to są rabini”.
    AHM 2: Róg Jagiellońskiej i obecnie Księdza Kłopotowskiego to tu bardzo dużo, dużo Żydów mieszkało. Oni handlem się zajmowali. Ale byli też bardzo wykształceni, bo byli adwokaci, i to byli bardzo dobrzy lekarze! U Świętej Zofii, jak moja ciotka pracowała tam, była lekarzem, to tam, wśród naszych Polaków, byli i Żydzi lekarzami.
    AHM 3: Na Targowej to bardzo dużo Żydów mieszkało. Cały handel się odbywał! Do bazaru.
    AHM 4: Na rogu był taki sklepiczek jakiś, właścicielem był Żyd. Nazywał się Dufet. I do niego zawsze można było pójść. O każdej porze, nawet w nocy! On się budził i: Pani chce chleba, to proszę bardzo, pani zabrakło chleba… Jak zamknięty sklep był to się od tyłu do niego chodziło. Nieraz mnie mama tam posyłała po coś. Otwierał drzwi, a tutaj bucha na mnie zapach ryby. Ja mówię: Co to jest? Co tak pachnie? – No zupa rybna się gotuje, bo przecież obchodzimy święto”. Bo to był jakiś piątek, czy sobota… Oni chyba w sobotę obchodzą święta…
    AHM 5: Radzymińska 2, w naszym domu mieszkało pół na pół: połowa żydowskich rodzin, połowa, polskich. Nie było w całym tym domu, nie było żadnej wrogości, mimo że było takie mieszane… No to mieszkał tam koło nas rabin, który odprawiał tam modły swoje.. No to nas trochę bawiło, bo to jest inny obrządek. Nam śpiewał, zawodził… Ale nie było żadnych takich… Jakiejś wrogości nie było.
    Babcia, która mieszkała na Wileńskiej, jeszcze tam były drewniaki, drewniany domy były, zapadnięte w ziemię… Ponieważ babcia była akuszerką, to odbierała większość porodów w tamtym rejonie. I właśnie między innymi Żydzi nauczyli ją robić chałkę… Jak piec chałę, to był sekret. Więc to współżycie to było wspólne prowadzenie życia, nie zakłócanie jeden drugiemu…
    AHM 6: Na Ząbkowskiej pod 35, tam bardzo dużo Żydów mieszkało… Nawet oni sobie w święta sobie kuczki stawiali na podwórku. Taki szałas na podwórku stawiali i tam sobie kolację jedli…
    AHM 7: Właścicielem kina, nie pamiętam nazwiska, ale pamiętam sylwetkę… I to był narodowości Żydowskiej. Z początku to myśmy nie wiedzieli. Mój ojciec tam się z nim troszeczkę znał. Także ja od czasu do czasu… On mnie tam wpuszczał bez biletu do kina… I zorientowaliśmy się wtedy, jak wyszło zarządzenie, że ludność żydowska ma nosić opaski na ręku, z gwiazdą. I pewnego razu patrzymy, a on ma opaskę na ręku, dopiero zorientowaliśmy się, że on był „Żydkiem”. No a później, jak już utworzone zostało getto, to oni wszyscy poznikali…
    6 min

About Praskie Audiohistorie

From the publisher's feed

Praskie Audiohistorie.
Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.

Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”.
Będziemy mówić…