Praskie Audiohistorie

Praskie Audiohistorie

By Praskie AudiohistorieHistory
Download on the App Store

Praskie Audiohistorie episodes

  • Praskie Audiohistorie e15 Drzewa, które pamiętają
    Praskie Audiohistorie e15
    Niedawno Stowarzyszenie „Z Siedzibą w Warszawie” wydało ciekawą książkę: „Drzewa Warszawy. Przewodnik po wybranych, ważnych drzewach Warszawy”.
    Autorkami i autorami tej publikacji są Katarzyna Kuzko Zwierz – kierowniczka Muzeum Warszawskiej Pragi, Ewa Kalnoj-Ziajkowska – do niedawna współtworząca nasz praski zespół a także Paweł Dunin-Wąsowicz, Mateusz Korbik i Marek Piwowarski.
    Projekt jest współfinansowany przez m.st. Warszawa, dofinansowany także ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury.
    I jest dostępny za darmo w Internecie! Link znajdą Państwo w transkrypcji tego odcinka. http://www.wwarszawie.org.pl/files/drzewa-warszawy.pdf
    36 drzew, 36 żywych, zielonych świadków historii. Wybrałam dla państwa opowieść o powstaniu Parku Skaryszewskiego… Posłuchajcie:
    Topole białe to jedne z najbardziej charakterystycznych drzew Warszawy. Często krzyżują się z innymi gatunkami, np. osiką, tworząc całą gamę form o konarach czasem bardzo jasnych, czasem zupełnie ciemnych.
    Ich charakterystyczną cechą są kutnerowate liście, od której biorą swoją nazwę. Ich czyste formy najlepiej podziwiać na warszawskich łęgach wiślanych, ale spotkać je można niemal we wszystkich dzielnicach, w tym często położonych daleko od Wisły…
    Na terenie parku Skaryszewskiego topoli białych jest kilka.
    Można na nie trafić nad Jeziorem Kamionkowskim, a także przy arterii okalającej park od strony alei Zielenieckiej. Ta wybrana na potrzeby niniejszej publikacji rośnie od strony Ronda Waszyngtona przy głównej alei przecinającej park na pół. Jest najbardziej okazała, co jednoznacznie sugeruje jej rolę świadkini organizacji parku i jego przemian.
    Zanim powstał park Skaryszewski na tych terenach rozciągały się łąki, służące okolicznym mieszkańcom do wypasania bydła. W jego nazwie zachowało się odwołanie do pobliskiego miasteczka Skaryszew, do którego tereny te należały, zanim stopił się z Pragą i został włączony w obręb Warszawy.
    Na początku XX wieku za zgodą zarządu miasta Franciszek Szanior, główny ogrodnik Warszawy, zaprojektował w tej lokalizacji park miejski, mający stanowić atrakcyjną przestrzeń rekreacyjno- -wypoczynkową. Była to część projektu modernizacyjnego. Równolegle z parkiem powstawał tzw. trzeci most (wówczas most imienia cara Mikołaja II, dziś Poniatowskiego) oraz stworzono plany parcelacyjne Saskiej Kępy, która następnie wraz z Grochowem i innymi obszarami w 1916 roku została włączona w granice miasta.
    Park oficjalnie oddano do użytku w tym samym roku, choć zmieniał się jeszcze przez kolejne lata. Działo się to między innymi za sprawą utworzenia w 1926 roku 62 ogrodów różanego i daliowego oraz wprowadzenia w jego przestrzeń w 1929 roku rzeźb wybitnych artystów, m.in. Rytmu Henryka Kuny czy Kąpiącej się Olgi Niewskiej.
    Teren przeznaczony na park był płaski, zalewany przez Wisłę, wymagał zatem przeprowadzenia poważnych robót ziemnych. Rozpoczęto je jeszcze w 1905 roku, a do ich wykonywania miasto zatrudniało osoby pozostające bez pracy.
    Projekt Szaniora przewidywał podniesienie terenu i utworzenie atrakcyjnej kompozycji, łączącej różnorodne przykłady polskiego krajobrazu.
    Główna aleja, przeznaczona zarówno dla spacerowiczów, jak i pojazdów konnych, biegła od wejścia przy dzisiejszym Rondzie Waszyngtona, w kierunku Jeziora Kamionkowskiego i ulicy Grochowskiej. Przecinała ją obwodnica w kształcie elipsy. Wyznaczono też liczne trasy spacerowe.
    Symetrycznie po obu stronach głównej osi parku Szanior zaprojektował dwa większe stawy, a w ich sąsiedztwie wzniesienia z punktami widokowymi. W sumie na terenie parku powstały cztery różnej wielkości i różnego kształtu sztuczne zbiorniki wodne połączone ze sobą i z łachą wiślaną rowami, co dało możliwość utworzenia wysepek i mostków nadających całości nieco romantycznego...
    7 min
  • Praskie Audiohistorie e14 Wielkanoc
    Praskie Audiohistorie e14 Wielkanoc
    Anna Mizikowska: Za chwilę Święta Wielkiej Nocy. W dzisiejszym odcinku podcastu dawni mieszkańcy prawobrzeżnej Warszawy opowiadają o nieco innym świętowaniu, niż dzisiejsze…
    Ewa Kutrzebska, AHM: Na wielkanocne śniadanie dawniej, tak jak ja słyszałam, rodzina zawsze spotykała się na Rezurekcji, a potem do jednej rodziny wszystko na śniadanie szło.
    Oczywiście na Wielkanoc musiały być wybuchy, procesje. No to takie, musiało być jak, bo Rezurekcja no to musiało im więcej tam chłopcy podłożą no to oczywiście lepiej. Przychodził ksiądz, no i mówił tak: "Kapiszony, pistolety tu na ziemię, żaden nie wejdzie! Przemycili czasem coś, jakieś wybuchy były…
    Mieczysław Podczaski, AHM: Strzelaliśmy z karbidu cały czas. Karbid używali kiedyś do spawania. Rzucało się go do puszki po farbie, z tyłu robiło się dziurkę, pluło lub sikało żeby karbid zaczął wytwarzać gaz. Zapałką się to podpalało, puszkę trzymało się pod nogą. Huk był jak cholera, denko wyskakiwało z olbrzymim hukiem, tak się robiło wystrzały, to było nagminne, wszyscy z tego strzelali. Na Wielkanoc się z tego strzelało.
    Przed Wielkanocą brało się klucze do domu, od szafy, bo klucze miały dziurkę w środku i z klucza strzelaliśmy. Brało się ten klucz, zapałki i draskę po czasie zdrapywało się do dziurki. Wkładało się gwóźdź, na sznurku się go miało ten klucz z gwoździem. Huk był jak cholera. Kalichlorek… kupowało się saletrę i jeszcze coś, robiło się takie piguły z materiału i kamienie do tego.
    Donata Blitek, AHM: Wielkanoc to samo. Śniadanie... no, to już była orgia mięs, wędlin, no bo to raczej było na zimno śniadanie. No i jajek na twardo, które do dnia dzisiejszego zresztą. Przecież się święci... matka zawsze szła ze mną w tym, na Kamionek właśnie, do kościoła – było święcone.
    Elżbieta Piotrowska, AHM: Na Wielkanoc co jedynie pamiętam, to tego nie zapomnę: teraz mój Grochów to niczym nie pachnie! A tu właśnie, jeszcze na Paca mieszkałam, to był zapach gotowanej szynki! Takiej wędzonej, prawdziwej! Bo kiedyś te szynki to były takie: cała z kością, cała – taki pośladek można powiedzieć, od tej… No i ciastem drożdżowym! Tymi zapachami, aromatami! Także na Wielkanoc leciałam z palemką na plac Szembeka, do kościoła… Później leciałam na plac Szembeka ze święconką…
    Ewa Piasecka-Kudłacik, AHM: Wielkanoc, cały dom, duża chałupa obchodzimy... lany poniedziałek oczywiście. Obchodzili wszyscy i wszyscy myśleli jak to też by ubarwić. Mój rodzony ojciec potrafił wejść na stromy dach, wieńczący budynek, żeby przenieść, przeszedłszy okrakiem po szczycie, wylać wiadro wody na sąsiadkę stojącą na balkonie i niespodziewającą się tego. Jeden z sąsiadów przyniósł któregoś roku, to się chyba nazywa hydronetka, nie wiem, coś takiego, co pompuje wodę. I do śmiejącego się zza zamkniętego okna sąsiada wlać przez szparę kilkadziesiąt litrów wody. A i to wszystko razem było robione.
    Zbigniew Gajowniczek, AHM: Otóż w 1943 roku ulicą Stalową przejeżdżał oddział, zmotoryzowany oddział Niemców. To były samochody ciężarowe – z tyłu takie samochody miały z przodu koła, z tyłu gąsienice, załadowane jakimś sprzętem, to wszystko było. I oni mieli... To było w Wielkanoc. Chyba drugi dzień świąt, bo był lany poniedziałek. Oni tak sobie stanęli wzdłuż całej ulicy Stalowej. Jest samochód za samochodem, jakiś tam transporter na czele tam był, jakiś tam transportery te takie niemiecki. I co było ciekawe, że nasi, jak zobaczyli, że Niemcy, bo oni stanęli i tam wychodzili z tego, z szoferek, z kabiny… A nasi jak to w lany poniedziałek w każdej bramie była zawsze te, jakiś kran, jakaś pompa, jakaś woda. No i nasi wzięli kubełki z wodą i tych Niemców chlup! Po nich! No to Niemcy zawsze mieli te kubły przy tych transportach samochodowych również! Lecieli do bramy, pompowali i była bitwa na wodę. Niemożliwa! Ja pamiętam z kolegą na 3. piętrze, on tak mieszkał właśnie od strony Stalowej na 3. piętrze, to myśmy też tak samo kubełki wody i z...
    8 min
  • Praskie Audiohistorie e13 Dom na Świeżej
    Praskie Audiohistorie: Dom na Świeżej

    Anna Mizikowska: Muzeum Pragi zbiera historię mówioną od 2008 roku. Spotykamy się z ludźmi pamiętającymi dawną prawobrzeżną Warszawę i rozmawiamy, rozmawiamy… Nagrane wspomnienia trafiają potem na wystawy, są cytowane w pracach naukowych i w książkach. Są też podstawą tego podkastu.
    W 2011 roku nasza dokumentalistka, Aleksandra Sadokierska, trafiła na świetnego świadka historii: spotkała się z panem Mieczysławem Gajdą. Ten osiemdziesięcioletni aktor potrafił opowiadać! Zbudował na nowo nieistniejący już dom swojego dzieciństwa z przełomu lat 30. i 40., przywołał z pamięci dawnych sąsiadów… Na dodatek mówił tak dobrze znanym głosem - tym samym, co dubbingowany przez Niego smerf Ważniak!
    Musieliśmy to nagranie wykorzystać! Przez trzy lata trwały prace nad interaktywną aplikacją, w której opowieść Mieczysława Gajdy zamieniła się w 27 animacji.
    Autorami tej aplikacji są: Jan Rusiński, absolwenci Pracowni Ilustracji warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych i przyjaciele Fundacji ILLUSRO imienia Zygmunta Januszewskiego. Z ramienia Muzeum rzecz zorganizowały Katarzyna Kuzko i Jolanta Wiśniewska.
    W 2017 roku udostępniliśmy Państwu ten wyjątkowy eksponat - interaktywną historię opowiedzianą, “Dom na Świeżej” - na głównej trasie zwiedzania naszego Muzeum…
    I w tym samym roku ten eksponat został zaprezentowany jako pełnoprawne dzieło sztuki na wystawie “Życie. Instrukcja” w warszawskiej Zachęcie!
    Mam nadzieję, że po lockdownie przyjdą państwo do Muzeum Pragi i odszukają “Dom na Świeżej”. Tymczasem zapraszam do wysłuchania fragmentów opowiesci Mieczysława Gajdy...
    Mieczysław Gajda, AHM: Wchodziło się w tą ulicę Kamienną, ona dochodziła do Szwedzkiej, fabryka mydła tam była: Schichta. Szwedzką kawałeczek, Bródnowska. Bródnowska dochodziła z powrotem do 11 Listopada. Naprzeciwko koszary, carskie jeszcze. Czyli taki czworobok… I między Bródnowską a Kamienną mała wąska uliczka, na której stały mój dom, w którym mieszkałem i potem był kawałek muru i był duży ogród. I to cała ulica.
    Dom, w którym mieszkałem, był dużym, bardzo ładnym drewniakiem. Ładna, drewniana architektura, 7 okien na górze, 7 na dole. I okiennice, z wyciętym, oczywiście, serduszkiem. Nad oknami były, nazwijmy to elegancko, tympanony. Takie trójkąciki z drzewa, takie powycinane ząbki były. Spadzisty dach, rynny ładne… I wejście jedno do domu, od podwórka. Przed wejściem leżał ogromny, płaski kamień. I to był próg taki, wycieraczka.
    Panna Stasia siedziała, żeby ją słońce nie raziło. Śliczna była, maleńka, pięknie uczesana, taka a la Orzeszkowa, z grzebieniami i z warkoczykami. Miała takie śliczne... Drobniutka, mała, zgrabna. Ojciec był szewc, miała buciki sznurowane tak do pół-łydeczki, maleńkie nóżki, rączki. Śliczna, ładna była, tylko wszyscy mówili: No, staruszka! I maluje się! No ona się maluje! To niemożliwe, żeby miała to z własnej cery!”.
    Grzybowscy, Wandzia i Czesio. Grzybowski chciał zamordować swoją własną żonę, że go zdradziła z tym węglarzem garbatym z Bródnowskiej. Na Bródnowskiej węgiel sprzedawał i drewno, i takie wiązeczki, drzazgi na rozpałkę. I się rozeszła plotka…
    Grzybowska była ładna, włosy miała piękne - połowę jej prawie wyrwał. Ciągnął ją po schodach za włosy. I stanął pod studnią, takie wygłosił (skrót pani powiem tylko) przemówienie: - Panie proszone są na parapeta (bo panie zza…, takie firanki do połowy okien, to się nazywały zazdrostki i kobity zza zazdrostek były)…
    - Panie proszone są na parapeta. Wszystkie, wszystkie, chodźcie kobitki, bo coś mam ważnego do powiedzenia - był w kapeluszu, bo się ubrał, zdejmował kapelusz i mówi:
    - W imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego, Amen. Jak kur… złapię za włosy, to uduszę! Skopię i nogami zmiażdżę! Że mnie puściła z tym węglarzem. A jeżeli tego nie zrobię, to żeby jedynego mojego syna, Heńka, tramwaj na naszej ulicy rozjechał na drobne miazgę!”, „Panie Grzybowski, niech pan nie bluźni!...
    10 min
  • Praskie Audiohistorie e12 Radio z lufcikiem
    Ryszarda Zielińska, AHM: Jak powstała telewizja, Wiech, no, on wyłapywał wszystkie nowości, wszystkie niusy… To napisał felieton, nie pamiętam już dokładnie tak treści, ale ogólnie wiem, pod tytułem „Radio z lufcikiem”.
    Anna Mizikowska: znowu mamy lockdown. W miarę możliwości siedzimy w domu, w Internecie. To nasze okno na świat. Ciekawe, że telewizja kiedyś zasługiwała jedynie na określenie „radio z lufcikiem, prawda? Posłuchajcie, jak Zenon Wocial i Andrzej Janiuk zapamiętali początki telewizji…
    Zenon Wocial, AHM: W 1956 roku mieliśmy za płotem, tam w tym domku naszym, pana Brzezińskiego. Tam mieszkał niejaki pan Brzeziński z żoną i synami. I ten człowiek był tłumaczem z polskiego na rosyjski i odwrotnie. W Ambasadzie Rosyjskiej pracował. Była możliwość kupienia z tej Ambasady Radzieckiej telewizorów - oni mieli dla swoich ludzi partię przydziałów telewizorów.
    Ponieważ oni, tamci - nie wiem, czy nie mogli, czy nie chcieli kupić, czy nie mieli pieniędzy, no nie wiem, nie pamiętam, dlaczego - w każdym razie pan Brzeziński przyszedł:
    - Panie Stanisławie, czy pan nie chce telewizora kupić?
    - Jak to telewizora? Jakiego telewizora? Do czego to jest, z czym to się je?!
    - No, telewizor, no nie wie pan? Telewizja!
    To naprawdę było w powijakach, bo u nas telewizja wystartowała w 1953 roku, pierwsze próby zdaje się w ogóle były… Na Ratuszowej na Pradze, nawiasem mówiąc, pierwsze próby były z telewizją, taką normalną…
    - No dobra! - na to ojciec.
    Ja siedzę któregoś dnia przy tym piecu przy oknie, otwierają się drzwi, wnoszą takie pudło… Ja nie wiedziałem, co to jest. Dwie osoby targają te pudło, ojciec tam z kimś czy z matką, czy ze Zbyszkiem, już nie pamiętam, z kim). Odpakowali… No i telewizor, duży normalny telewizor, 19 calowy! Rubin. On nie nazywał się wtedy ani 101 ani 102, tylko Rubin… Ale! O co chodzi, no antena przede wszystkim! To pierwszą antenę to normalnie zrobili w warsztacie z drutu, jakoś tam powykręcali, bo widzieć, widzieli słyszeli… Jeszcze nie wiedzieli, jak ta antena ma wyglądać, zrobili. No coś tam gdzieś słychać, coś tam gdzieś zabrzęczy, ale nie to! No to dawaj! Był salon na Grochowskiej, radiowo-telewizyjny, polecieli tam, kupili antenę… To gdzie tą antenę? No to przybili na tym budynku drewnianym, na ścianie. Po prostu gwoździami przybili kawałek drutu, przeciągnęli do telewizora… Jest telewizja. O rany, jest coś w telewizji!
    W tej telewizji to były jakieś koncerty, jakieś retransmisje z teatru, no wiadomo, spiker jakiś tam był. Ta Edytka jeszcze wtedy… Suzin chyba był pierwszy. Suzin i ta z Saskiej Kępy… Ta, co później „Tele Echo” prowadziła… Jak ona… Dziedzic. Irena Dziedzic. I Pach jeszcze. Eugeniusz Pach był. To byli pierwsi spikerzy Polskiej Telewizji.
    No to jak był program, i ojciec włączył telewizor, to drzwi się były otwarte na całą szerokość. W pokoju kilka osób, na korytarzu kilka osób… I wszyscy jeden przez drugiego, no, do lufcika! Wszyscy, wszyscy do telewizora! I wszyscy przychodzili do… We wtorek, znaczy się w środę wieczorem. No wiadomo, w sobotę to już obowiązkowo. Ale w każdym razie pamiętam jak dzisiaj, że byłem w szoku! Nie mogłem od tego telewizora… Tak stałem, 20cm od telewizora. Stałem i nie mogli mnie oderwać. Bo jak widziałem ten telewizor… Do dzisiaj tak mi zostało i jestem telemaniakiem i tyle no! I ten telewizor pamiętam i te, te właśnie zbiorowiska tych ludzi z całego naszego podwórka. Nawet i z sąsiednich domów przychodzili ludzie, no bo był jeden, jedyny telewizor, podejrzewam wtedy, na Grochowie może nawet…
    Andrzej Janiuk, AHM: Telewizor… W momencie, kiedy w ogóle w Polsce wprowadzono telewizję, to telewizor był czymś wyjątkowym. Jak jeden telewizor się trafił na 10 budynków, to była sensacja.
    Moja ciocia Janeczka, która była żoną Jana Kaliszuka, po raz wtóry wyszła za mąż za jego przyjaciela z ławy szkolnej, Henryka Bieńkowskiego. Ciotka Janka nie pracowała w pierwszych latach, ona była krawcową i w...
    6 min
  • Praskie Audiohistorie e11 Kobieca historia. Uroda.
    Anna Mizikowska: Z okazji Dnia Kobiet zajrzymy do nieistniejącej już firmy, która swój sukces zawdzięczała w dużej mierze kobietom. Pollena-Uroda, bo o tej fabryce kosmetyków mowa, działała na Szwedzkiej od 1950 roku do początku XXI wieku. To kobiety kupowały produkty Urody najczęściej. Kobiety były też większością załogi. Część pracowała przy taśmach, ale…
    Na przełomie lat 70. i 80 dyrektorem naczelnym Urody była Barbara Polańska, członkini Ligi Kobiet Polskich, późniejsza posłanka na Sejm (z ramienia PZPR). W tym samym czasie 26-letnia absolwentka chemii, po Politechnice Warszawskiej, zaczynała w tej firmie swą karierę zawodową. Oto wspomnienia Danuty Kiliszek:

    Danuta Kiliszek, AHM: Ja miałam fantastyczne życie, zawsze robiłam w życiu to, co chciałam. Uczyłam się dobrze, poszłam na Politechnikę, skończyłam studia, poszłam do pracy.
    To był 79 rok. Ja szukałam pracy na przełomie 78. i 79.. Wszędzie, gdzie składałam papiery, czy chodziłam się dowiadywać, to słyszałam, że niestety nie mogą, bo mają blokady etatów. I trafiłam tutaj, do Urody, tutaj nie mieli blokady etatów i tutaj się zatrudniłam.
    Mistrz zmianowy na szamponach.
    Jest produkcja na trzy zmiany. I na każdej zmianie musi być ktoś, kto ją organizuje, zarządza, dba o zaopatrzenie, o to, żeby wszystko funkcjonowało, żeby maszyna działała, żeby pracownicy pracowali jak należy.
    Był jeszcze „starszy mistrz”, który był szefem mistrzów. I kierownik działu. Byłam mistrzem zmianowym, czyli najniższy szczebel w systemie kierowniczym.
    Każda praca niesie ze sobą pewne ograniczenia, Mnie w tej pracy pomagał mój męski charakter. Ja się nauczyłam kląć w Urodzie, a nauczyły mnie tego panie z produkcji. Miałam nieraz 30parę dziewczyn na zmianie. A były zespoły siedmioosobowe i każdy zespół miał swoją zespołową. Jedną z zespołowych była niejaka pani Karwańska, która była matką mojego kolegi ze szkoły. I te właśnie nobliwe panie nauczyły mnie kląć jak szewc.
    Niektórzy nie rozumieli: tam pracowali więźniowie w tym czasie. Przychodzili do pracy na zlecenie, jak były okresy trudne, to byli faceci i kobiety, często schadzki były dla takich osób z więzienia.
    Ten wydział miał trzy piętra. Na samym dole była nastawnia szamponów, gdzie robiono te szampony, fizycznie, z wody, detergentów, wszystkich dodatków. Ponieważ Uroda robiła szampon piwny, to było bardzo dużo piwa w beczkach. No i najgorsza była trzecia zmiana, bo na trzeciej zmianie to od razu ustawiała się kolejeczka z baniaczkami pod nastawnią szamponów. I trzeba było wtedy mieć oko na to.
    Różny element pracował, był np. taki pan, który sikał do mieszalników, bo mu się nie chciało zejść. To były bardzo duże mieszalniki, o pojemności nieraz 1,5-2 tony, no 0,5 tony. Ale do takiego mieszalnika dozowanie surowców często odbywało się ręcznie, albo przynajmniej część z nich ręcznie była dozowana, więc trzeba było wchodzić na takie galeryjki. I był taki jeden pan, któremu się nie chciało schodzić, jak potrzebował siusiu, więc robił do tego mieszalnika.
    Mocz można uznać, że prozdrowotnie działa, ale te szampony były tak mocno konserwowane i zresztą bardzo dobrym konserwantem Bronopolem, więc tam nie groziło, tylko po prostu było obrzydliwe… I trzeba było tego faceta pilnować. Więc jak …owski był na zmianie to trzeba było go pilnować.
    W ogóle dziwne rzeczy się tam działy, np. kradzieże. Kiedyś się ganiałam ze złodziejem po trzech piętrach, on – windą, ja - po schodach.
    - Ale ktoś z zewnątrz przyszedł?
    - Nie, nasz pracownik kradł.
    - Co?
    - Kradł etykiety. Bo to było tak, że można było wtedy na lewo robić różne rzeczy i rozprowadzać na lewo. Z produkcji nie dało się tego uciąć. Więc jak kradli etykiety to później mogli sobie oklejać te lewe produkty i sprzedawać na lewo po parę groszy. Więc trzeba było też tych złodziei pilnować.
    -A nie można było ich zwolnić?
    - No najpierw trzeba było go złapać na gorącym uczynku. Mówię, że ganiałam się z...
    11 min
  • Praskie Audiohistorie e10 Praga i jej bazary
    Anna Mizikowska: W 2020 roku Muzeum Warszawy objęło patronatem książke „Praga i jej bazary. Opowiadania i anegdoty o warszawskiej Pradze z lat 1950-1970. Książkę te wydała WFW. A jej autorem jest Stanisław Tomczak, Stanislaus Tomczak, a dla znajomych Stach- bo tak chciał, żeby go nazywać. Pan Stanisław urodził się na Pradze w 1944 roku i czuje się Prażaninem. Dopiero w latach 70 wyjechał do Niemiec, gdzie do dziś przebywa. Nagrał dla nas fragment swojej najnowszej książki. Przenosimy się do 1959 roku, na praski Zieleniak:
    Stanisław Tomczak: Taki duży i mądry chłopiec jak pani synek, pani szanowna, to potrzebuje i zasługuje już na duży prezent od mamy. Niech pani klientka spojrzy na ten piękny sportowy rower z przerzutką i pięcioma biegami. To jest prawdziwy cud czeskiej techniki. Sportowa kierownica zagięta fachowo do tyłu i jak u prawdziwych kolarzy, uchwyty owinięte specjalną taśmą z plastiku, aby spocone ręce prawdziwego sportowca nie ślizgały się w trakcie szybkiej jazdy. A i dzwonek głośny i mocny do kierownicy przymocowany. Jak szanowna pani widzi, nie ma tu żadnej tandety, a i dobra pompka do pompowania powietrza w kołach jest też na wszelki wypadek umocowana pod ramą.
    Otóż w ostatnim braterskim Wyścigu Pokoju, szanowna pani na pewno wie, że to był ten słynny wyścig Warszawa – Berlin – Praga, to w peletonie, czyli w tej dużej międzynarodowej grupie kolarzy, dochodziło podczas jazdy często do jakichś wypadków i innych mniejszych, czy też większych incydentów. Nasza prasa ludowa wcale o tym nie pisała, ale ja, były kolarz zawodowy, to wszystko wiem i mogę szanownej klientce to krótko streścić. Jak panowie kolarze podczas jazdy, przy szybkości około 80 km, poczują nagle naturalną potrzebę, to nie mają ani czasu, ani też żadnej możliwości na przystanie gdzieś pod jakimś przydrożnym drzewem. Więc siusiają – za przeproszeniem – podczas jazdy. A i to należy do taktyki, czyli do strategii walki o pierwsze miejsce. bo trzeba też wiedzieć, kiedy się to robi – nie za wcześnie i nie za późno Jeśli ci, załatwiający swoją potrzebę, znajdują się jeszcze do tego przypadkowo w peletonie po stronie, z której wiatr wieje, to może się zdarzyć, że ich przeciwnicy i konkurenci jadący obok nich lub tuż za nimi jadą już dalej po tym niespodziewanym "prysznicu" w mokrych koszulkach. Pani wie, o czym mówię? Również może się zdarzyć, że ktoś jadący w grupie musi nagle splunąć siarczyście w bok, bo mu ślina właśnie od wysiłku zakleiła całe gardło, a wiatr tą wydzieliną zalepi niespodziewanie jakiemuś konkurentowi oko. To wtedy jest też taktycznie najlepszy moment do ucieczki z peletonu, aby wygrać ten etap. Dlaczego? Bo ten z "zalepionym" okiem musi wtedy zwolnić, bo teraz źle widzi, a inni jadący obok niego, wytrąceni przez to z rytmu, zaczynają się przepychać, aby go wyminąć – to wszystko przy tak dużej prędkości i jednocześnie tak niebezpiecznie małym odstępie pomiędzy nimi. Jedni robią to "metodą na chama" czyli popychają innych zawodników łokciem lub nawet nogą. Wtedy dochodzi do upadków i poważnych zranień w grupie. Ale wracając do tej pompki…
    Sprzedawca rowerów nowych i używanych pan Zieliński, mający swoje stoisko po lewej stronie, wchodząc na Zieleniak od Ząbkowskiej 9, zapomniał się do tego stopnia przy opowiadaniu rzeczy, których nie można było czytać w ludowo-poprawnych gazetach, że złapawszy za pompkę od roweru zaczął nią bezwiednie wymachiwać w powietrzu – podobnie do gliniarzy w akcji, walących po głowach jak popadło, na lewo i na prawo, jakichś pijaków czy też innych podpadziochów.
    Potencjalna klientka przestraszona nagłym i niespodziewanym wybuchem emocji sprzedawcy rowerów złapała odruchowo synka za rękę, aby odejść od tego – jej zdaniem – niebezpiecznego człowieka. Ale chłopiec nie dał się żadną siłą zmusić do odejścia od budy, oznajmiając zdumionej matce, że chce dalej słuchać tego opowiadania o tajemnicach prawdziwych kolarzy – jego wymarzonych idolów. Na to matka ustąpiła synowi, ale jeszcze na...
    14 min
  • Praskie Audiohistorie 09 Konie na Pradze
    Transkrypcja: Konie na Pradze

    Anna Mizikowska: Dziś oddamy głos Panu Pawłowi Elszteinowi. Pan Paweł urodził się i wychował na warszawskiej Pradze. Urodził się w 1922 roku. Pokochał te Pragę, zapamiętał ją i opisał w książce „Moja Praga. Z archiwum wspomnień”. Poza tym napisał 75 książek, ponieważ był dziennikarzem, publicysta związanym przede wszystkim z rozwojem lotnictwa. Nagrał dla Archiwum Historii Mówionej swoje wspomnienia. Zaprezentuję fragment, w którym opowiada o audiosferze Pragi lat 20. i 30.

    Paweł Elsztein: Wspominamy dawne lata, a najlepiej wspomina się ten kraj lat dziecinnych, prawda, kraj lat młodzieńczych… A ten mój kraj lat dziecinnych to lata dwudzieste i trzydzieste. A w tych latach to w życiu społeczeństwa Pragi, moim również, dominowały konie.
    Nie zdajemy sobie dzisiaj sprawy, w jak w powszechnym użyciu były konie. Bo tak: pieczywo dowoziły wozy małe, zręczne, jednokonne do poszczególnych tutaj sklepików;
    Straż ogniowa, za mojej jeszcze pamięci, jeszcze czasami używała konnych zaprzęgów, chociaż już przesiadali się na, na samochody, prawda, takie niemieckie te wozy czerwonej barwy.
    Od samego rana już słyszeliśmy turkot furmanek, które po tym bruku tutaj zajeżdżały na ulicę Małą, bo jesteśmy na ulicy Małej, z którą jestem związany tu przecież nieomal od urodzenia, turkot furmanek, głosy woźniców, to byli podwarszawscy chłopi, rolnicy, którzy przywozili już z samego rana swoje płody. Zgodnie z wytycznymi władz miejskich, ten, sprzedaż powinna się odbywać na wyznaczonych miejscach, ale i dopuszczano w niektórych uliczkach, takich zacisznych, z wyjątkiem Rębielińskiej, która była bardzo ruchliwa, ale takie ulice jak: Zaokopowa, Inżynierska, Mała, Stalowa, mniej ruchliwe, przynajmniej na pewnych odcinkach, to były zaopatrywane bezpośrednio z wozu sprzedawano kartofle, cebulę i tak dalej, i tak dalej, normalne warzywa. Podobno to było taniej niż w sklepikach okolicznych, nie jestem pewien, czy to tak było naprawdę, w każdym bądź razie już z końmi od samego rana mieliśmy do czynienia.
    Właściwie cały transport ten towarowy, przewóz towarów, to był konny, przewóz piwa, słynne, słynne zakłady, słynny browar Haberbusch i Schielego rozwoził właśnie piwo w takich wielkich beczkach. Charakteryzowały się tym, że konie były potężne takie, miały te pęciny owłosione, potężne rumaki ciągnęły to piwo, zawsze to było sensacją, przejazd taki konnego zaprzęgu był sensacją dla, dla okolicznej dzieciarni.
    No i wojsko, mieliśmy tu sporo wojska w rejonie dzisiejszego Placu Hallera, tam były przecież składnice wojskowe, tam były, był oddział weterynaryjny tu mniej więcej, gdzie dzisiaj pomnik na Namysłowskiej jest, no i wojsko też bardzo dużą liczbą wozów się posługiwało. Oczywiście były to podjazdy, wozy amunicyjne, no były też i samochody naturalnie, ale też tych koni było pełno. Na ulicy Jagiellońskiej nawet wyznaczony był taki tor do jazdy konnej, ja to w książce opisuję, amazonki z Jagiellońskiej, gdzie tam sobie panie z rodzin wojskowych urządzały, takie wyścigi, treningi, gdzie żołnierze ćwiczyli się w jeździe konnej, no tak że i w wojsku tutaj tu konie były, no oczywiście podziwialiśmy zawsze przejazdy jakichś oddziałów kawalerii, przejazdy jakichś oddziałów konnych, bo to podziwiało się i sprawność koni, i sprawność jeźdźców, prawda.
    Niedaleko tutaj mojego domu na ulicy Inżynierskiej był duży dom towarowy taki wielki, dzisiaj, Wróblewskiego, pozostał dzisiaj pod numerem, pod numerem trzecim, prawda, pod numerem trzecim ten dom był, no i tam właśnie ta firma dysponowała dużymi wozami, zaprzęganymi w konie albo w parę koni albo w czwórkę koni, tam były stajnie, tak że znów mieliś... miałem do czynienia i okoliczni mieszkańcy ciągle z tymi końmi.

    Na obrzeżach Pragi były składy paszy, prawda, ulica Markowska szczególnie, gdzie na Markowskiej w tej części prawej, z prawej strony, znaczy się w stronę dworca licząc, były wielkie skupiska tych wozaków...
    14 min
  • Praskie Audiohistorie e08 Dziewczyna z Wileńskiej
    Praskie Audiohistorie e08 "Dziewczyna z Wileńskiej"
    W tym odcinku podcastu wykorzystano relację historii mówionej nagraną przez Panią Janinę Borowską dla Muzeum Warszawskiej Pragi, 18 sierpnia 2011 roku.

    Transkrypcja

    Janina Borowska, relacja AHM: Z tym chłopakiem to się poznałam na balu… Bal! Jak do szkoły chodziłam… On chodził też do którejś tam klasy, nie pamiętam już, do której… I był taki wspólny wieczorek taki. No i tam… On był całym wodzirejem tam, na tej zabawie! I tam się poznaliśmy. Ale się nie widywaliśmy, nie graliśmy, nie umawialiśmy. Nic! I potem… To był 1939 rok…
    Nazywam się Janina Borowska. Urodziłam się 23 marca 1920 roku. W roku Cudu nad Wisłą! Także ja zawsze się śmieję, że ja jestem tym cudem nad Wisłą, bo w tym roku się urodziłam!
    Z mamą pojechaliśmy - to znaczy ja, brat i mama - na wakacje. Tu pod Warszawę, koło Zalesia. Rodzice wynajmowali zawsze tak u gospodarzy.. Tam oja kuzynka też była. I tam się odbywały takie, wie pani, zabawy w lesie, w niedzielę, albo w sobotę… No, takie, jak się mówiło, „dechy” albo „na dechach”! No i ta moja kuzynka mówi:- słuchaj no, co będziemy tutaj siedzieć, chodźmy, zobaczymy… No i poszliśmy. Ja patrzę, a tam jest ten Zbyszek! No już wtedy się zaczęło! Już on… Tam jego mama była z siostrą jego… Też tam mieli wynajęte mieszkanie… On tam, proszę pani, był, już potem wciąż przylatywał do nas! I tak się zaczęło! Wtedy właśnie. Zbyszek…
    Moja mama to go strasznie lubiła. A on mnie denerwował czasami, wie pani! Bo udawał chorego, prawda… To ja… To moja mama mówi „Jedź do niego”, prawda… Bo jego brat zawsze przyjeżdżał do mnie (bo on go widocznie przysyłał), mówił do mnie „słuchaj, Zbyszek to jest – mówi, że jest - chory. Może byś przyjechała do niego?”. To moja mama tam kiedyś nagotowała jakiegoś rosołu, kompotu… Każe mnie to tam wozić. No dobrze. Raz pojechałam… Siostra jego mówi tak: „Ty się nie przejmuj”, mówi, „on udaje, bo chciał, żebyś ty przyjechała tutaj…”.
    Wciąż groził, że on się utopi, że on to, że on tamto… Był strasznie zazdrosny, okropnie! Pani wie, że jak ja na tym Targówku tam pracowałam, to on przyjeżdżał rano na rowerze pod mój dom, na Wileńską, i szedł za mną…? Bo ja szłam do tramwaju, prawda… Ja wsiadam w tramwaj, a za tym tramwajem on jechał na tym rowerze… Aż do samych tych… I kiedyś przyjechał i zobaczył, jak ja już wychodzę z tej pralni… I ze mną wyszedł jeden z braci Wiech. Bo ten Wiechecki to jeszcze miał braci… Ja wychodziłam z nim z pracy, do tramwaju. No, to miałam awanturę taką straszną! Kto to jest?! Dlaczego on z tobą wychodzi?! Ja się wciąż z nim kłóciłam, prawda… A moja mama mówi: „No przestań już, już dobrze… On taki wariat jest, ale dobry chłopak…”. Ja mówię: „no dobrze… Dobrze…”
    No i potem rzeczywiście rozdzieliła nas Wisła. I już na wieki nas rozdzieliła.

    Mój chłopak był po drugiej stronie, prawda… On tam brał udział w Powstaniu. Ja już go więcej nie widziałam. Ale on nie zginął, nie… On walczył na Starówce i potem on… Ich wywozili, gdzieś tam ich wywozili… Oni uciekali, prawda… I on w końcu znalazł się we Włoszech. A stamtąd pojechał do Anglii, zresztą z bratem, bo ich dwóch było. A potem z tej Anglii do Stanów.
    I jak mój mąż umarł, to on zaczął do mnie pisać. Ja mam bardzo dużo listów od niego. Tak… No. Ja już mężatka i syna miałam… I on też żonaty, bo się ożenił, prawda… Pisał wiersze. Zaraz pani pokażę jego jeden wiersz… Pisał wiersze, bo mam jego tomik, bo moja synowa, jak pojechała do Stanów, to do niego dałam telefon i ona zadzwoniła do niego i dostała taki tomik.
    Ale on umarł, biedaczek. Przywieźli go tutaj z tych Stanów. Byłam na pogrzebie na Powązkach. A ja byłam nawet z nim zaręczona! Pierścionek mam do tej pory, zaręczynowy.


    Proszę jest tu, znalazłam Do mnie pisał zawsze liściki w takich książeczkach. On potrafił napisać na znaczku pocztowym też, na drugiej stronie O tutaj chyba jestem taki znaczek… A tutaj, zaraz pani to pokażę,...
    9 min
  • praskie_audiohistorie_07 Na wieczną rzeczy pamiątkę
    Na wieczną rzeczy pamiątkę.
    Transkrypcja
    [fragment muzyki: Claudio Monteverdi - Vespro della Beata Vergine (1610) - Antifona "Deus in adiutorium", wyk. Cantica Symphonia, dyr. G. Maletto (Live recording, San Filippo Church, Turin (Italy), october 3, 2000, AuthorGuido Magnano w: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Deus_in_adiutorium.ogg, dostęp 05.02.2021)]
    [nagranie w języku łacińskim. Fragment Aktu lokacji Pragi czyta Błażej Cul. Tekst łac. i poniższe tłumaczenie za „Starożytności Warszawy”, t. 6, 1958]
    Anna Mizikowska: Władysław IV, z Bożej łaski Król Polski, Wielki Książę Litewski, Ruski, Pruski, Mazowiecki, Żmudzki, Inflancki, Smoleński, Czerniechowski; oraz Szwedów, Gottów i Wandalów dziedziczny król.
    [Ad perpetuam…] Na wieczną rzeczy pamiątkę wiadomym czynimy niniejszym dyplomem naszym, wszystkim w ogóle i w szczególe komu na tym zależy.
    [Inter cruentos…] Wśród krwawych zgiełku wojen i bitew, jakimi przyległe naszym królestwom sąsiedzkie państwa, oraz błonia urodzajnością ziemi niegdyś wsławione, są obecnie krwią obywatelską skrapiane i na obrzydłą, dziką pustynię w tych czasach wyradzają się, za wielki udział szczęścia poczytujemy, gdy w państwach i prowincjach naszych, po uskromieniu napadów nieprzyjacielskich, powstają i rozwijają się w pożądanym pokoju zamożne osady, odłogi i opuszczone pola na najbujniejsze łany są uprawiane; zaniedbane zaś wsie i prawami nieopatrzone sioła, na nowe i ustawami nadane zamieniają się miasta.
    [Ac proinde…] Więc z tych powodów, gdy Przewielebny w Chrystusie Ojciec Michał Działyński biskup kamieniecki, z całą swą Wielebną kapitułą, pokornie nas upraszali, ażeby na brzegu Wisły przeciwległym miastu naszemu Warszawie, na gruncie własnym, czyli dziedzicznym, gdzie Kaplica Lauretańska Najświętszej Panny niedawno wystawiona jest, mając tamże zamiar miasto założyć, oraz mieszkańców osiadłych pod stałe prawa podciągnąć i ustawami publicznymi opatrzyć, za naszym na to pozwoleniem, iżby dozwolonym mu było wykonać;
    [Nos, id ipsum…] My zważając, iż to na większą chwałę Boga i na rozszerzenie czci Najświętszej Panny Loretańskiej najsilniej wpływać będzie i że to miasto rezydencji naszej Warszawie przyległe, już dawszy poznać pierwsze fundamenty swojej postaci, stanie się w uczczeniu Bogarodzicy wielkim Rzeczpospolitej zaszczytem i wygodą, chętnie postanowiliśmy na założenie jego zezwolić tak, jak niniejszym dyplomem zezwalamy i odtąd prawem niemieckim, które zwą Magdeburskie, nadajemy i do niego wcielamy, mieć chcąc, ażeby Pragą dawnem mianem ciągle i na wieki przezywało się. Prócz tego, odrzucając i unieważniając wszystkie miary i zwyczaje obecnemu prawu magdeburskiemu przeciwne, a jakich Prażanie dotąd używali, postanowiliśmy niniejszym dyplomem naszym dać i udzielić zupełną i wszechstronną tymże mieszkańcom władzę...

    Błażej Cul, historyk-miediewista, przeczytał Państwu po łacińsku Akt lokacji Pragi, spisany dokładnie 373 lata temu, 10 lutego 1648 roku, na Zamku Królewskim w Warszawie. Na pamiątkę tego wydarzenia warszawska Praga obchodzi swoje urodziny właśnie 10 lutego.
    Właściwie ten oryginalny łaciński tekst i przeczytane przeze mnie tłumaczenie to tylko pierwsza - najważniejsza, ogólna - część całego dokumentu. Dalej mowa była o konkretach, o przywilejach, które pozwalały Pradze zarabiać i rządzić się jako miastu. O tych konkretach opowie Państwu 11 lutego, o godzinie 18. Adam Lisiecki, kustosz Muzeum Pragi. Zapraszamy na wykład na facebooku Muzeum Warszawskiej Pragi.
    Oryginał aktu lokacji to pergamin, gęsto zapisany złotym i czarnym atramentem, z odręcznie wyrysowanym kolorowym herbem Pragi, z piękną wielką pieczęcią królewską odciśniętą w czerwonym wosku. Ten oryginał leży bezpieczny, w dobrym stanie, w Archiwum Akt Dawnych. Faksymile, czyli bardzo dokładną kopię tego dokumentu, mogą Państwo zobaczyć w Muzeum Pragi.
    W...
    13 min
  • Praskie Audiohistorie e06 Foto-rzemiosło
    Transkrypcja
    Anna Mizikowska: Dziś zapraszamy Państwa na spotkanie z… historią rzemiosła? Historią fotografii? W trudnym z powodu pandemii roku 2020 otworzyliśmy w Muzeum Warszawskiej Pragi wystawę „Warszawiacy. Fotografie Mikołaja Grynberga w kolekcji Muzeum Warszawy”. Muzeum Pragi będzie można znów odwiedzić 4 marca - zapraszamy na tę wystawę!
    Tymczasem warto na naszej stronie znaleźć „Spacerownik”, stworzony specjalnie do tej wystawy. Czyta się dobrze, bo napisała go Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, która jest dziennikarką i muzealnikiem. Od lat dokumentuje działalność pracowni rzemieślniczych i inicjuje nowe działania wokół warszawskiego rzemiosła.
    Katarzyna Chudyńska-Szuchnik: „Spacerownik”, o którym chciałabym dziś Państwu opowiedzieć, powstał w związku ze zdjęciami wykonanymi przez artystę fotografika, a dziś już bardziej pisarza, Mikołaja Grynberga, w 2004 roku. Wówczas był on jednym z wielu artystów, którzy na warszawskiej Pradze wynajmowali lokale na pracownie artystyczne. Zdjęcia „Zawodowców” powstały niejako na zamówienie, z inicjatywy Galerii Luksfera. Było to pierwsze w Warszawie miejsce zajmujące się sprzedażą fotografii kolekcjonerskiej, organizujące również warsztaty fotograficzne i wystawy. Prowadziły je Katarzyna Żebrowska i Magdalena Przeździak, a mieściło się na terenie dzisiejszego Centrum Praskiego Koneser.
    Zdjęcia Mikołaja Grynberga z cyklu „Zawodowcy” są czarno-białe, ale tak naprawdę były wykonane jednym z pierwszych aparatów cyfrowych, które właśnie artyści i fotograficy dostali od producenta, aby zrealizować jakieś zdjęcia reporterskie, jakiś materiał rejestrowany na Pradze.
    Mikołaj Grynberg nie był entuzjastą cyfrowego obrazu i tym, wówczas najnowocześniejszym, modelem postanowił zrobić zdjęcia w odcieniach sepii, jakby sprzed wojny. A ponieważ wówczas specjalizował się w portretach, poszukiwania swe prowadził w terenie. I uznał, że tę koncepcję najlepiej zrealizuje w miejscach, które mijał codziennie – w małych sklepikach i w pracowniach rzemieślniczych.
    Cykl „Zawodowcy:” Mikołaja Grynberga jest ważny dla Muzeum Warszawskiej Pragi i dla programu rzemieślniczego, który obecnie prowadzimy, ponieważ można uznać, że on, jako pierwszy, w 2004 roku, wychodząc do warsztatów, uwieczniając rzemieślników uznał, że są oni warci docenienia, odkrycia… W zasadzie można powiedzieć, że to było takie pierwsze odkrycie na nowo rzemiosła jako czegoś ważnego dla kultury, dla lokalnej publiczności, w końcu dla samej historii.
    Dla pracy badawczej, która prowadzę od 2015 roku i programu „Wykonane na prawym brzegu. Rzemieślnicy” w Muzeum Warszawskiej Pragi ta wyprawa Mikołaj Grynberga jest szczególnie ważna. Co prawda minęło tylko 16 lat, ale jeśli chodzi o świat rzemiosła, to jest naprawdę bardzo dużo. Wiele tych warsztatów, które Mikołaj Grynberg uwiecznił, po prostu przestało istnieć. I żeby namierzyć miejsca, w których one istniały, znaleźć jakieś ślady (stare szyldy, fragmenty wystaw), rozpoznać te miejsca – faktycznie trzeba było kilku wypraw w teren, dokładnie śladami Mikołaja Grynberga, wielu rozmów z sąsiadami, rzemieślnikami, a nawet z paniami pracującymi w Zakładzie Gospodarowania Nieruchomościami…
    Zachęcam Państwa do wyprawy, do spaceru śladem „Spacerownika” inspirowanego zdjęciami „Zawodowcy” Mikołaja Grynberga. Odkryjecie na pewno wiele miejsc, niektóre bardziej, niektóre mniej spektakularne… Będzie to okazja, żeby przejść się po ulicach starej Pragi, po ulicach Szmulowizny…
    Anna Mizikowska: Przeczytam Państwu fragment „Spacerownika”, pod tytułem „Fotografki z Ząbkowskiej i ich sąsiedzi”.
    „Bazar ma kilka bram. Wychodzimy tą do ul. Ząbkowskiej. […]
    Drewniany walec z nawiniętym kablem – nicią to symbol pracowni Szpulka…[…]
    Po wizycie w Szpulce warto wejść do Klitki. Pretekstem może być chęć napicia się kawy, potrzeba zrobienia zdjęcia do dokumentów lub odbycia sesji fotograficznej, a nawet poszukiwanie niebanalnego prezentu (to również mała galeria...
    12 min

About Praskie Audiohistorie

From the publisher's feed

Praskie Audiohistorie.
Podcast Archiwum Historii Mówionej Muzeum Warszawskiej Pragi.

Przez cały rok, w każdy wtorek, nadamy nowy odcinek podcastu “Praskie Audiohistorie”.
Będziemy mówić…