
Sign up to save your podcasts
Or


W Irlandii nie ma komu pracować w budownictwie?
Od dwóch czy trzech lat prowadzona jest akcja, żeby ściągnąć tych ludzi, czyli fachowców, budowlańców z powrotem do Irlandii, tak samo jak i pielęgniarki. Niestety zarówno te działania, jak i działania, które miały przyspieszyć budowę mieszkań, no spaliły po prostu na panewce i w tym momencie rząd musiał przyznać się do porażki. I oczywiście nie zrobią tego oficjalniewskazuje szef portalu Polska-Ie.com Bogdan Feręc. Piętnuje sytuację, w której roczny czynsz dla byłych urzędników państwowych mieszkających na osiedlu blisko dublińskiego Phoenix Parku wynosi ok. 4 tys. euro rocznie, podczas gdy normalny czynsz w stolicy wynosi 1,5 tys. euro, ale miesięcznie.
Turystyka w Republice Irlandii
referuje Bogdan Feręc.
Umowa UE-Mercosur
Zdaniem współgospodarza Studia Dublin, umowa w ogóle nie powinna być podpisywana, ze względów czysto formalnych:
Grenlandia stała się znowu gorącym tematem, gdy Donald Trump zaczął publicznie mówić o „przejęciu kontroli” nad wyspą. W Europie wywołało to nerwowe reakcje: deklaracje wsparcia dla Danii, symboliczne wizyty wojskowych planistów i dyskusję o Arktyce jako nowym polu rywalizacji. W tle jest też wojna Rosji przeciw Ukrainie i rosnąca aktywność Rosji oraz Chin w regionie. Piotr Szymański z Ośrodka Studiów Wschodnich studzi jednak część sensacyjnych narracji – i pokazuje, gdzie kończą się mity, a zaczyna realna geopolityka.
Grenlandia: na mapie „wielka”, na globusie „mała” – i w obu wersjach strategiczna
Szymański zaczyna od prostego sporu: mapa kontra globus. Zwraca uwagę, że na popularnej mapie Mercatora Grenlandia wydaje się ogromna, co „może być przez to wyolbrzymione”, ale dopiero globus pokazuje jej realne położenie: brama do Arktyki i północnego Atlantyku.
Jednocześnie podkreśla, że znaczenie Grenlandii to nie tylko wojskowość i surowce.
Grenlandia ma globalne znaczenie dla każdego z nas w sensie zmian klimatycznych– mówi, przypominając, że większość wyspy pokrywa lądolód i to właśnie jego topnienie jest jednym z głównych motorów wzrostu poziomu oceanów.
W rozmowie wybrzmiewa kluczowa cezura: pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę. To – według Szymańskiego – zmienia podejście do Arktyki, bo obok tematów środowiskowych wracają wątki „militaryzacji regionu przez Rosję” i rosnącego zainteresowania Chin.
Ekspert porządkuje jednak proporcje. Owszem, Chiny od lat mówią o sobie jako o „państwie okołoarktycznym”, są obserwatorem w Radzie Arktycznej i współpracują z Rosją przy żegludze i LNG. Ale w odniesieniu do samej Grenlandii Szymański jest kategoryczny: „Nie jest tak, że jest duża obecność Chin na wyspie. Wszystkie projekty górnicze chińskie upadły”, podobnie jak pomysły badawcze i infrastrukturalne. Przypomina też, że w 2018 r. chińską firmę usunięto z przetargu na rozbudowę lotnisk „pod wpływem presji amerykańskiej”.
„Szlak arktyczny” jako mit: koszty, ryzyko i brak „rynków po drodze”
Jednym z najmocniejszych fragmentów rozmowy jest polemika z popularną tezą, że Arktyka stanie się wkrótce nowym Kanałem Sueskim. Szymański tłumaczy, że dziś to szlak trudny, drogi i ryzykowny: potrzebna jest asysta lodołamaczy, ubezpieczenia są kosztowne, wymagany jest wzmocniony kadłub i wyspecjalizowana załoga.
I dodaje argument, który przebija się słabiej w publicznej debacie: w Arktyce nie ma „opłacalnego kabotażu”. W praktyce statek płynie „wzdłuż rosyjskich pustkowi albo grenlandzkich pustkowi”, bez dużych rynków po drodze – w przeciwieństwie do tras przez Malakkę czy Suez. W przypadku kanadyjskiego Przejścia Północno-Zachodniego, biegnącego na zachód od Grenlandii, mówi wprost: mówimy o „kilku jednostkach rocznie”.
Gdy prowadzący Krzysztof Skowroński kieruje rozmowę na metale ziem rzadkich i „miliarderów”, Szymański schładza emocje: na Grenlandii działają dwie kopalnie, a duże projekty blokują warunki i opłacalność. Przypomina też, że wyspa ograniczyła nowe licencje na offshore ropę i gaz.
Wspomina przy tym o „surowcowym optymizmie” po 2009 roku, gdy Grenlandia zyskała poszerzoną autonomię i prawo do samostanowienia. Wtedy liczono na skok gospodarczy i uniezależnienie od Danii, ale – jak podsumowuje – „nic z tego na razie się nie spełniło”.
Dlaczego Trump „nie musi kupować” Grenlandii, żeby tam działać
Ekspert OSW wskazuje paradoks: jeśli USA rzeczywiście chodzi o wzmocnienie pozycji wojskowej, to już dziś mają narzędzia prawne i polityczne, by to zrobić.
Dlaczego nie skorzystają z możliwości, które stwarzają im umowy zawarte z Danią– pyta, przypominając porozumienia z 1951 r. i 2004 r. dotyczące dostępu militarnego.
Szymański przypomina też skalę historyczną: w szczycie zimnej wojny na wyspie było ok. 10 tys. amerykańskich żołnierzy, dziś „250 żołnierzy w stacji radarowej w bazie sił kosmicznych w Pitufik”. I wyjaśnia, czym jest Pituffik: „część systemu wczesnego ostrzegania Stanów Zjednoczonych” przed atakiem rakietowym – element większej architektury obrony.
Wątek najbardziej polityczny to sugestia prowadzącego, że Trump może chcieć Grenlandii, bo „NATO nie będzie”. Szymański nazywa to „doomsday scenario”, ale zaraz dodaje argumenty, dlaczego taki finał nie jest logiczny z perspektywy Waszyngtonu.
To jest w doomsday scenario, natomiast ja bym jednak zwrócił uwagę na to, że Stany Zjednoczone i Donald Trump osobiście sporo swojego kapitału politycznego zainwestowały w NATO w ubiegłym roku, który nie był zły dla sojuszu, bo przyszliśmy od dyskusji na początku tej drugiej kadencji Trumpa, co dalej z NATO, czy NATO przetrwa Trumpa 2.0, do szczytu sojuszu w Hadze, który uchwalił bezprecedensowy wzrost wydatków obronnych.– podkreśla.
Najbardziej wyraziste zdanie o nastrojach społecznych pada pod koniec: mieszkańcy Nuuk „mają zdecydowanie dosyć obecnej sytuacji” i są „zmęczeni psychologicznie” przez niepewność i powracający temat w amerykańskiej polityce. Pada też obserwacja o „desancie dziennikarzy z całego świata” – do tego stopnia, że w stolicy „powstają kafejki dla dziennikarzy”.
Szymański tłumaczy też, dlaczego retoryka „kupna wyspy” działa jak politologiczny granat: na Grenlandii odbiera się ją jako „dyskurs neokolonialny”, próbę mówienia o społeczeństwie jak o przedmiocie transakcji. I dodaje diagnozę: USA miały wśród Grenlandczyków spory „kapitał” i nadzieję na inwestycje, ale taką narracją „zraziły do siebie grenlandzkie społeczeństwo, które organizuje protesty”.
/fa
"Najlepiej znający się na muzyce minister kultury w III RP" w audycji Mila Kurtisa mówi o obawach związanych z planowaną reformą UE, a także m.in. o roli mniejszości narodowych w polskiej kulturze.
UE budując państwo europejskie pochłania suwerenne kompetencje państw członkowskich niedemokratycznymi metodami, wybiegami i pułapkami prawnymi - uważa prof. Krystyna Pawłowicz.
Zbigniew Zieliński omawia zagrożenia związane z dyrektywą budynkową Komisji Europejskiej, której założeniem jest doprowadzenie do zeroemisyjnego systemu ciepłownictwa. Jak mówi, w osiągnięciu tego celu planowana jest termomodernizacja wszystkich budynków, likwidacja użycia paliw kopalnych do ogrzewania (z wyjątkiem biogazu i wodoru) oraz wykorzystanie odnawialnych źródeł energii do zasilania pomp ciepła oraz ciepłowni.
Ta dyrektywa wymaga kolejnych gigantycznych inwestycji w otwarte, odnawialne źródła energii na poziomie 120 gigawatów. To z kolei powoduje ogromne wydatki i również potencjalne braki. Summa summarum termomodernizacja budynku według tej dyrektywy, którą fundacja SETA opublikowała i skomentowała, wyniesie 2 tysiące miliardów zł.~ ostrzega Zbigniew Zieliński i apeluje do Prezydenta Karola Nawrockiego:
Pójdźmy w rozproszoną energetykę atomową, czyli elektrociepłownie atomowe i ciepłownie. Mamy już taki towar na półce, czyli amerykańskie reaktory Newscale, 250 megawattów oraz fińskie 50-megawattowe elektrociepłownie atomowej. Ta elektrociepłownia, taki atom ciepłowniczy jest prostszy od energetycznego, ponieważ tam jest niższe ciśnienie.Jak mówi gość, zastosowanie rozproszonej energetyki atomowej oszczędzi miliardy przeznaczone na termomodernizację, ponieważ dostarczane ciepło będzie zeroemisyjne z założenia.
/ab
Podczas ostatniej sesji Rady Miasta Stołecznego Warszawy zapadła decyzja o zamiarze likwidacji siedmiu placówek przedszkolnych. W przypadku Przedszkola nr 36 decyzja – jak podkreślają rodzice – była faktycznie przesądzona dużo wcześniej.
Nasze przedszkole zostało wybrane przez dyrekcję szpitala im. Kopernika jako budynek, który miałby się nadawać na przychodnię rehabilitacyjną - mówi Ernest Kolk z Rady Rodziców.Przychodnia w strefie zamkniętego wjazdu?
Rodzice kwestionują sens lokalizacji planowanej przychodni rehabilitacyjnej. Rejon Nowego Światu, Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich ma zostać objęty strefą ograniczonego wjazdu.
Przedszkole z potencjałem
Placówka przy Nowym Świecie to obecnie przedszkole trzyoddziałowe, do którego uczęszcza 60 dzieci. W przeszłości funkcjonował tu także czwarty oddział.
dodaje przedstawiciel rodziców.
Głosowanie i zarzuty o upolitycznienie
Podczas sesji Rady Miasta za likwidacją przedszkoli głosowali radni Koalicji Obywatelskiej. Przeciwko byli radni PiS, Lewicy i partii Razem.
Miało nie być polityki, a wyszło skrajnie politycznie. Cały klub KO zagłosował jednolicie
Sprawa dotyczy zdarzenia w Szkole Podstawowej w Kielnie, gdzie – według relacji uczniów – nauczycielka miała wyrzucić krzyż wiszący w klasie do kosza. Postępowanie w tej sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa w Wejherowie. W ostatnich dniach doszło do przesłuchań małoletnich świadków, co wywołało sprzeciw części rodziców i ich pełnomocników.
Radca prawny Wawrzyniec Knoblauch, pełnomocnik części rodzin, relacjonuje, że już sam tryb organizacji przesłuchań budził poważne wątpliwości. O planowanych czynnościach rodzice i pełnomocnicy zostali poinformowani w ostatniej chwili.
Sama czynność powiadomienia o przesłuchaniu nastąpiła dzień wcześniej, w niektórych przypadkach w godzinach późnych. Ja jako pełnomocnik dowiedziałem się o tym dopiero późnym wieczorem – z dnia na dzień– mówi mecenas.
Najwięcej kontrowersji wzbudziła decyzja prokuratury o niedopuszczeniu rodziców do udziału w przesłuchaniach ich własnych dzieci. Jak podkreśla Knoblauch, stoi to w sprzeczności z utrwaloną praktyką.
Nie ma absolutnie zgody prokuratury na udział rodzica w czynności przesłuchania małoletniego, mimo że jest to powszechnie uznana zasada. Przepis ma zapewnić dziecku komfort psychiczny, a zastosowano go w sposób skrajnie ograniczający– podkreśla.
Decyzję w tej sprawie podjęła Prokuratura Rejonowa w Wejherowie. Uzasadnienie – jak relacjonuje pełnomocnik – sprowadzało się do obawy, że obecność rodzica mogłaby wpływać na swobodę wypowiedzi dziecka.
Prokuratura przyjęła, że obecność rodzica będzie wywierać negatywny wpływ, jakby istniało domniemanie nacisku czy mataczenia. To absurdalne, bo to dzieci same przyszły do rodziców wstrząśnięte tym, co wydarzyło się w szkole– ocenia Knoblauch.
Podczas środowych czynności przesłuchano jedynie część dzieci. Pełnomocnik rodzin zwraca uwagę na kolejną decyzję procesową, z którą się nie zgadza.
Wyrażono zgodę na obecność pełnomocnika tylko przy dzieciach z rodzin, które reprezentujemy. Przy pozostałych dzieciach nie dopuszczono żadnego pełnomocnika. To kolejna kwestia proceduralna, z którą stanowczo się nie zgadzamy– zaznacza.
Zdaniem Knoblaucha w sprawie widoczny jest nieuzasadniony pośpiech, który odbywa się kosztem praw dzieci.
To, że sprawa została nagle przyspieszona, nie może oznaczać pokrzywdzenia małoletnich. Zasadą jest dopuszczenie rodzica – właśnie po to, by zapewnić dziecku poczucie bezpieczeństwa– mówi.
Rodzice po przesłuchaniach – jak relacjonuje pełnomocnik – pozostają w stanie silnego napięcia i niepewności.
Rodzice byli i są wstrząśnięci. Nie dostali żadnych pism, a informacja przyszła z dnia na dzień. Teraz panuje nerwowe zawieszenie – nie wiedzą, co będzie dalej– dodaje.
W przestrzeni publicznej pojawiły się głosy, że nie doszło do obrazy uczuć religijnych, bo krzyż miał być jedynie plastikową dekoracją. Mecenas stanowczo temu zaprzecza.
Dla dzieci to był po prostu krzyż wiszący na ścianie – nie miało znaczenia, z czego był wykonany. Próbowano nakłaniać uczniów, by same wrzuciły go do kosza. Gdy odmówiły, nauczycielka zrobiła to sama. To było dla dzieci wstrząsające– relacjonuje.
/fa
Podpisane przez Ministerstwo Zdrowia rozporządzenie dopuszczające tworzenie miejsc porodowych przy SOR-ach wywołało falę niepokoju. Choć rząd zapewnia, że „Polki nie będą rodziły na SOR-ach”, w praktyce – jak podkreśla Katarzyna Sójka, posłanka Prawo i Sprawiedliwość i była wiceminister zdrowia – komunikaty wzajemnie się wykluczają.
Jest to bardzo duży dysonans. Ta komunikacja jest co najmniej dziwna. Najpierw słyszymy, że kobiety nie będą rodziły na SOR-ach, a chwilę później w rozporządzeniu pojawia się zapis, że w określonych sytuacjach poród może się tam odbyć – bez lekarza, z samą położną. To jest totalny chaos– wskazuje była minister zdrowia.
Zdaniem Katarzyny Sójki problem nie dotyczy jedynie jednego rozporządzenia, lecz systemowej likwidacji oddziałów ginekologiczno-położniczych w całym kraju. Posłanka wskazuje konkretne liczby i miejsca.
„zacuje się, że w latach 2024–2025 zlikwidowano około 31 porodówek. W moim powiecie, w Ostrzeszowie, od stycznia zamknięto porodówkę, mimo że w ubiegłym roku było tam ponad 300 porodów. To nie jest marginalna skala– dodaje.
Podobne sytuacje – jak wylicza – dotyczą m.in. Podkarpacia, Warmii i Mazur, Śląska czy Małopolski. W wielu regionach kobiety mają do pokonania ponad 100 kilometrów, by dotrzeć do najbliższego oddziału położniczego.
Jeżeli weźmiemy mapę i zobaczymy, gdzie znikają porodówki, to widzimy wielkie plamy bez dostępu do normalnego oddziału położniczego. Tam pacjentki będą po prostu pozostawione same sobie– zaznacza.
Sójka podkreśla, że rozumie zmiany demograficzne i problemy kadrowe, ale jej zdaniem nie mogą one odbywać się kosztem bezpieczeństwa okołoporodowego.
Rozumiem, że są porodówki z małą liczbą porodów i że czasem konieczna jest współpraca z sąsiednimi szpitalami. Ale zupełnie nie rozumiem podejścia do regionów, gdzie zamyka się oddziały, nie oferując w zamian żadnego realnego zabezpieczenia– wskazuje.
Najwięcej wątpliwości budzi sam pomysł porodów organizowanych przy SOR-ach.
Rodzenie na SOR-ze? Ja tu bezpieczeństwa nie widzę. Trudno sobie wyobrazić poród w miejscu, które z definicji jest nastawione na medycynę ratunkową, a nie na spokojną opiekę nad rodzącą kobietą i noworodkiem– mówi była minister.
Posłanka krytykuje także brak konsultacji z ekspertami i środowiskami medycznymi.
W ogóle ze środowiskiem się nie rozmawia. Informacja gruchnęła, nikt nie wiedział dokładnie, o co chodzi. Ministerstwo nie pokazało mapy potrzeb, nie wskazało konkretnych miejsc, które chce zabezpieczyć– powiedziała.
/fa
Siostra Margarita Bogumiła Brzozowska i Wojciech Sobolewski zapraszają na wystawę „U stóp Krzyża Chrystusowego” poświęconą 100-letniej historii zgromadzenia sióstr Samarytanek.
Rzeczniczka prasowa stowarzyszenia Ad Vocem Iwona Tryfon-Wilkoszewska ocenia, że wśród sędziów i prokuratorów rośnie opór przeciwko uznawaniu Dariusza Korneluka za Prokuratora Krajowego.
From the publisher's feed

11 Listeners

9 Listeners

39 Listeners

44 Listeners

7 Listeners

42 Listeners

12 Listeners

14 Listeners

8 Listeners

60 Listeners

30 Listeners

23 Listeners

24 Listeners

34 Listeners

3 Listeners