Magdalena Dąbrowska jako jedyna dotąd miała odwagę mówić głośno o tym, co ją spotkało. Relacjonuje, jak burmistrz kazał jej jechać do domu zmieniać sukienkę, bo nie podobał mu się jej kolor. Jak ją rozliczał z tego, kto przyjeżdża do niej do domu, z prywatnych spotkań.
- Wymiotowałam przed pracą, w pracy i po pracy. Nie widziałam dnia, słońca, wiosny - tak wspomina ostatnie miesiące przed odejściem z pracy w Urzędzie Miasta w Kaliszu Pomorskim. Przyznaje, że do podjęcia tej decyzji przekonała ją rodzina, a psychiatra, do którego się zwróciła, zapewniał, że jeśli kiedyś dojdzie do procesu, chce być świadkiem. Magdalena Dąbrowska nie była jedyna. Z ratusza odeszło wiele osób, podobnie jak z podległych burmistrzowi instytucji. Nikt nie chciał mówić. Tu każdy jest związany z ratuszem. Albo sam, albo przez swoich bliskich. Tu nikt z burmistrzem nie chce zadrzeć.
To lokalne rozgrywki? Polityka? Czy może mamy do czynienia z człowiekiem bezwzględnym, pozbawionym skrupułów i "chorym na władzę", jak mówi jeden z bohaterów? A może to on jest w tym wszystkim ofiarą? Podczas pobytu w Kaliszu Pomorskim Michał Janczura dostał SMS-a z zaproszenie na spotkanie. Miało do niego dojść nad jeziorem Bobrowo Wielkie. Tam otrzymał przesyłkę, która wiele zmienia i wiele wyjaśnia. Okazuje się, ze burmistrz i Kalisz Pomorski mają jeszcze wiele tajemnic do odkrycia.